Nigdy nie miałem problemu z pochwyceniem ulotnych doznań szczęścia. Wiem, kiedy jestem szczęśliwy. Staram się łapać tych momentów jak najwięcej. Nazywać je, celebrować, spowalniać upływ czasu. Szanuję je wielce, a nawet zapamiętywać.

Może to nadzwyczajne wyczucie rzeczywistości, ale potrafię też wyczuć, że ładuję się w nieprzyjemne sytuacje. Niestety najczęściej jest tak, że sama świadomość nie wystarczy.

Wiedziałem, że nadszedł czas, kiedy muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, co będę dalej robił w czasie niewolnym swojego życia. Uporałem się wielkim trudem, znojem, zmęczeniem i znowu trudem z dużym zadaniem. Zadaniem, które miało swój początek i swój koniec. To, co miało być napisane i zrobione, leżało obok mnie na łóżku. Wystarczyło wyjść z pokoju, przejechać parę kilometrów Warszawy, zapłacić przy wejściu, zanieść zgromadzone papiery i kwitek zapłaty, a potem pojechać na urlop, który zaczynał mi się następnego dnia. Czyli w zasadzie oprócz dwóch godzin miałem ten dzień dla siebie.

Obudziłem się za wcześnie, z pierwszym trelem dzwońca. Siadłem na krawędzi łóżka w pustym, niewielkim pokoju. Na ścianie mały, czternastocalowy, niedziałający telewizor. Czajnik pamiętający lepsze czasy. Skromnie. We wszystkim stłumiony wielokrotnym sprzątaniem i wietrzeniem zapach dymu papierosów.

Wsadzam twarz w dłonie i czochram siwiejące. Siedzę tak chyba długo. Nie chcę znaleźć zegarka ani okularów. Nie wiem, co dalej. Wiem, że wstanę, wykonam podstawowe czynności egzystencjalne, a potem zgodnie z planem złożę papiery w odpowiednie miejsce. Ale co dalej tak w ogóle?

Przez głowę w kółko przelatuje mi myśl napisana kiedyś przez Marka Hłasko „po wielkim wysiłku nawet sukces wydaje się koszmarnym snem”. Nie spałem coś do pierwszej, czy która to była. Prawie cały dzień nie jadłem. Nie wyspałem się, nie byłem też głodny. Wstanę chyba.

Czas podjąć męskie decyzje. Może jednak posłuchać się podświadomości, zrobić to, co zamierzałem zrobić od dawna? Przecież to jest właśnie ten moment, żeby złożyć wypowiedzenie i odejść z tarczą. Nie odkładać spraw najważniejszych. Niemal czuję, że zamiast anioła stróża stał tego ranka nade mną najcierpliwszy ze wszystkich świętych, święty nigdy. Jak zwykle milczał.

Przed nim siedziała skulona, zmęczona postać, złapana przez samego siebie w pułapkę myślogonu. A to odpowiedzialność, czyli słowo klucz przyszłych ojców, samotne matki księgowe przed zamknięciem miesiąca, głównych programistów i tych

Nigdy nie miałem problemu z pochwyceniem ulotnych doznań szczęścia. Wiem, kiedy jestem szczęśliwy. Staram się łapać tych momentów jak najwięcej. Nazywać je, celebrować, spowalniać upływ czasu. Szanuję je wielce, a nawet zapamiętywać.

Może to nadzwyczajne wyczucie rzeczywistości, ale potrafię też wyczuć, że ładuję się w nieprzyjemne sytuacje. Niestety najczęściej jest tak, że sama świadomość nie wystarczy.

Wiedziałem, że nadszedł czas, kiedy muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, co będę dalej robił w czasie niewolnym swojego życia. Uporałem się wielkim trudem, znojem, zmęczeniem i znowu trudem z dużym zadaniem. Zadaniem, które miało swój początek i swój koniec. To, co miało być napisane i zrobione, leżało obok mnie na łóżku. Wystarczyło wyjść z pokoju, przejechać parę kilometrów Warszawy, zapłacić przy wejściu, zanieść zgromadzone papiery i kwitek zapłaty, a potem pojechać na urlop, który zaczynał mi się następnego dnia. Czyli w zasadzie oprócz dwóch godzin miałem ten dzień dla siebie.

Obudziłem się za wcześnie, z pierwszym trelem dzwońca. Siadłem na krawędzi łóżka w pustym, niewielkim pokoju. Na ścianie mały, czternastocalowy, niedziałający telewizor. Czajnik pamiętający lepsze czasy. Skromnie. We wszystkim stłumiony wielokrotnym sprzątaniem i wietrzeniem zapach dymu papierosów.

Wsadzam twarz w dłonie i czochram siwiejące. Siedzę tak chyba długo. Nie chcę znaleźć zegarka ani okularów. Nie wiem, co dalej. Wiem, że wstanę, wykonam podstawowe czynności egzystencjalne, a potem zgodnie z planem złożę papiery w odpowiednie miejsce. Ale co dalej tak w ogóle?

Przez głowę w kółko przelatuje mi myśl napisana kiedyś przez Marka Hłasko „po wielkim wysiłku nawet sukces wydaje się koszmarnym snem”. Nie spałem coś do pierwszej, czy która to była. Prawie cały dzień nie jadłem. Nie wyspałem się, nie byłem też głodny. Wstanę chyba.

Czas podjąć męskie decyzje. Może jednak posłuchać się podświadomości, zrobić to, co zamierzałem zrobić od dawna? Przecież to jest właśnie ten moment, żeby złożyć wypowiedzenie i odejść z tarczą. Nie odkładać spraw najważniejszych. Niemal czuję, że zamiast anioła stróża stał tego ranka nade mną najcierpliwszy ze wszystkich świętych, święty nigdy. Jak zwykle milczał.

Przed nim siedziała skulona, zmęczona postać, złapana przez samego siebie w pułapkę myślogonu. A to odpowiedzialność, czyli słowo klucz przyszłych ojców, samotne matki księgowe przed zamknięciem miesiąca, głównych programistów i tych

1

wszystkich, którym kazano. Dorosłość już od dawna znaczy dla mnie umiejętność rezygnowania z przyjemności, odmawiania sobie, a w zasadzie nawet zakazywania. Wraz z pracą w dużej firmie z ambicjami na coś więcej doszedł jeszcze rygor planowania. Dzięki niemu wiedziałem ile czasu poświęcę na spanie, ile na podróż, że zakupy żywności zajmują mi do czterdziestu minut, a poranna kąpiel około dwudziestu.

 

Dzięki zdobyczom planowania wiedziałem, że albo w ciągu najbliższego roku wezmę kredyt mieszkaniowy, który będę spłacać przez najbliższe 30 lat, albo już nigdy go nie wezmę i będę zdany na łaskę rodziny, obok której teraz mieszkam w jednym starym domu. Rodzice będą coraz starci, ja nadal nie będę mieć łazienki.

Jak taki wytarty sprany sweter. Wiadomo, że dobrze by się go nadal nosiło, ale w szafie jest jeszcze kilka swetrów. Ten wymaga prania, a i tak już nie będzie lepszy. Tamte są nowe, cieplejsze. Tylko siła przyzwyczajenia powoduje, że go nie wyrzucamy na śmietnik. Jestem w firmie takim swetrem. Czarnym z pomarańczowym pasem na wysokości piersi. Chwilowo bez siły.

Jesteś też ty. Nie umiem z tobą już od dawna porozmawiać. Gdy udaje mi się usiąść w twoim domu i patrzeć na te niesamowite dłonie, sposób, w jaki się kulisz w fotelu, czy drapiesz po udach od razu powoduje, że nie potrafię nic powiedzieć. Najczęściej jestem zmęczony, strasznie zmęczony, nieuleczalnie. Siedzę i bezmyślnie przerzucam kanały w telewizorze, wysyłając za przesuwającymi się po ekranie postaciami swoje marzenia. Myślę o podróży, ucieczce, znalezieniu się w miejscu, gdzie nie będzie szumu, nie będzie tego wszystkiego, co ciągle tłumi moją wrażliwość, oddala od nas.

Moja miłość jest nienazwana od czasu, jak usłyszałem, że wypowiadanie 'kocham' przychodzi mi za łatwo, jest banalne. Jak cała moja codzienność i oczekiwanie na twoją spontaniczność, czy choćby ściszenie telewizora. Chwilę wieczorem, o której powiesz, że jest dla nas, byśmy mogli porozmawiać. Tak strasznie za tobą tęsknię wieczorami siedząc zaledwie kilka metrów koło ciebie.

Teraz mógłbym to zmienić. Z urlopu zrobiłem jeszcze jedno zadania na długiej codziennej liście telefonów i tematów do załatwienia gdzieś między planowanymi zebraniami. Wyszukałem ogłoszenie w Internecie. Nie było kiedy poszukać ocen, wrażeń odpoczywających w tym miejscu w przeszłości. Cholera, daleko jakoś. Sprawdziłem na mapie, że ponad 350 km. W pobliżu jeziora, co nic nie znaczy, jak ta droga z hakiem. Mogą być kłopoty z ciepłą wodą, tyle zapamiętałem. I jak najszybciej trze-

2

ba było wpłacić zaliczkę. Zapłaciłem, wrzuciłem do osobnego katalogu potwierdzenie.

 

To już za dwa dni. Mam akurat tyle czasu, żeby się spakować, założyć na dach rower, wyjąć pieniądze i w drogę. Z niezwykłą szczegółowością docierają do mnie wszystkie czynności, które złożą się na zapakowaną walizkę, zatankowany samochód i inne drobiazgi składające się na moment wyjazdu.

Po co mi to. Powinienem do ciebie zadzwonić. Znowu prosić, żebyś przyjechała do mnie. O niczym bardziej nie marzę. Chcę ciebie. Całej.

Fajnie, gdybyś mnie wspierała, gdybyś wiedziała, z czym sam walczę, jakie mam wątpliwości, czego się boję. Tylko co wtedy... Nie mówię Ci o tych wszystkich swoich wnętrznościach, bo wydają mi się banalne. Od czasu, jak mnie podsumowałaś „to zmień”, nie mam odwagi. Taka zmiana dotyczy mnie, dlatego jest taka trudna.

Wiem, co chciałem usłyszeć. O pomocy, że nawet jak przez kilka miesięcy nie będę mógł znaleźć pracy, to mi pożyczysz pieniądze. Głównie chodziło o wiarę, że nie wykorzystam sytuacji, nie będę się starał żyć z twoich pieniędzy, ale będę aktywnie szukać. Albo pomogę ci rozkręcić twój mały, wiecznie kulejący kawałek kapitalizmu.

Wiem, że potrafię się przestawić i zająć czymś innym. Po latach wtłaczania swojej osobowości w ramki korporacyjnej obowiązkowości już wiem. Wystarczy, że przestanę patrzeć na zegarek, pozwalając sobie tym razem na włożenie kawałka swojej duszy w to, co mam do zrobienia. Bez ciągłego upychania w godzinie jeszcze większej liczby zadań w imię bezpostaciowych wskaźników.

Pamiętam słowa kobiety, jaka wtedy z ciebie wylazła. Przecież mężczyzna powinien sobie radzić. Nie wyobrażasz sobie sytuacji, w której mogłabyś utrzymywać faceta. Do tego miesiącami, jak sam powiedziałem. Faceci powinni sobie radzić. Tego oczekują kobiety. Cała prawda o wyzwolonym partnerstwie.

Wstaję z łóżka i włącza się automat. Łazienka. Nie golę się. Z jakiejś zasady. Ponieważ trudno było powiedzieć, z jakiej, skorzystałem z pomocy dziadka powtarzającego, że co to za mężczyzna, który z własnej woli z samego rana kładzie sobie nóż na gardle.

Świeci słońce, gdy wychodzę z malutkiego hoteliku pracowniczego w poszukiwaniu najbliższego spożywczaka. Będzie śniadanie mistrzów, jak już odstoję swoje w kolejce. Praski sklep o poranku, pełny spóźnionych, spieszących na pierwszą zmianę. Napychają do reklamówek jogurty, bułki, czasem żółty ser. Stare

3

agregaty chłodnicze charakterystycznie szemrzą. Bez sensu te wszystkie reklamówki rozkładające się potem setki lat na wysypiskach lub latające w poprzek brudnej ulicy.

 

Na Grochowie jest szaro i zwyczajnie. Rozklekotane pociągi wolno sunące przez wyjątkowo szeroki przejazd kolejowy. Zbudowano nad nim szeroką kładkę dla pieszych, ale komu by się chciało wdrapywać po schodach. Przecież samochody i tak przejeżdżają przez tory niemal w tym samym miejscu. Dziury w jezdni komponują mi się przed oczami ze zmęczoną zielenią pełni lata. Ciągnę siebie w kierunku pętli autobusowej mijając ludzi, którzy w godzinach pracy biurowej załatwiają inne sprawy, niż widoczna praca.

Dodaj komentarz