Niedziela, więc mam wolne, a skoro wstałem, to znaczy, że jest po 9. Pada. Na śniadanie zjadłem to co zwykle. Teraz mi się trochę odbija. Siedzę przy herbacie i słucham Smolika, kawałka o śnieniu (S. Dreams). Dzwonek do drzwi. Dziwne, ale nie niemożliwe. To może być firma sprzątająca klatkę schodową. Podchodzę do domofonu.

- Kto tam? - Pytam.

- Anna.

Jak to Anna? Ta Anna?

- Jak?

- No Anka. Wpuść mnie.

Jasne. Wpuszczam. Bzyczenie zamka, trzask pchanych drzwi. Weszła do klatki. Ale jak to? Skąd wiedziała, gdzie teraz mieszkam? Kim teraz jest? „Wyobraź sobie, że nie istnieję”. Tak brzmiał jej ostatni sms.

Zamykam drzwi do łazienki, sprawdzam, czy nie mam za dużego chlewu w łazience i czujnie zamykam drzwi do sypialni.

- Wejdź.

Stoi na progu w lekkim rozkroku. Nie ścięła włosów. Na ramieniu ma ten swój plecak, który ją zawsze wyróżniał – z jednym szerokim ramiączkiem. Zimowa kurtka, golf. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak ten jej wyraz twarzy, zawsze bezczelny.

Jest prawie mojego wzrostu, więc może mi patrzeć prosto w oczy. Nie patrzy. Ma opuszczone ramiona i lekko się garbi.

- Wejdź. - Powtarzam.

Zapalam światło w korytarzu, ale żarówki rozgrzeją się za dobrą chwilę. Zamykam za nią drzwi i gapię się teraz na jej ocieplane buty.

- Jak się domyślasz nie miałam dokąd pójść... - zaczęła.

- Tak, domyślam się. Przecież nie istniejesz. Musiało się więc stać coś fatalnego, że postanowiłaś zmienić czasoprzestrzeń.

Co najmniej skończyły się jej pieniądze. Albo ktoś ją wciągnął w długi, bo przecież sama była na to zbyt rozsądna. Od zawsze.

- Może herbaty się napijesz? Nawet jakąś kawę powinienem mieć – zaczynam. - Ile to już lat?

- Co ile lat? - Pyta.

- No... Ile lat się nie widzieliśmy.

 Niedziela, więc mam wolne, a skoro wstałem, to znaczy, że jest po 9. Pada. Na śniadanie zjadłem to co zwykle. Teraz mi się trochę odbija. Siedzę przy herbacie i słucham Smolika, kawałka o śnieniu (S. Dreams). Dzwonek do drzwi. Dziwne, ale nie niemożliwe. To może być firma sprzątająca klatkę schodową. Podchodzę do domofonu.

- Kto tam? - Pytam.

- Anna.

Jak to Anna? Ta Anna?

- Jak?

- No Anka. Wpuść mnie.

Jasne. Wpuszczam. Bzyczenie zamka, trzask pchanych drzwi. Weszła do klatki. Ale jak to? Skąd wiedziała, gdzie teraz mieszkam? Kim teraz jest? „Wyobraź sobie, że nie istnieję”. Tak brzmiał jej ostatni sms.

Zamykam drzwi do łazienki, sprawdzam, czy nie mam za dużego chlewu w łazience i czujnie zamykam drzwi do sypialni.

- Wejdź.

Stoi na progu w lekkim rozkroku. Nie ścięła włosów. Na ramieniu ma ten swój plecak, który ją zawsze wyróżniał – z jednym szerokim ramiączkiem. Zimowa kurtka, golf. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak ten jej wyraz twarzy, zawsze bezczelny.

Jest prawie mojego wzrostu, więc może mi patrzeć prosto w oczy. Nie patrzy. Ma opuszczone ramiona i lekko się garbi.

- Wejdź. - Powtarzam.

Zapalam światło w korytarzu, ale żarówki rozgrzeją się za dobrą chwilę. Zamykam za nią drzwi i gapię się teraz na jej ocieplane buty.

- Jak się domyślasz nie miałam dokąd pójść... - zaczęła.

- Tak, domyślam się. Przecież nie istniejesz. Musiało się więc stać coś fatalnego, że postanowiłaś zmienić czasoprzestrzeń.

Co najmniej skończyły się jej pieniądze. Albo ktoś ją wciągnął w długi, bo przecież sama była na to zbyt rozsądna. Od zawsze.

- Może herbaty się napijesz? Nawet jakąś kawę powinienem mieć – zaczynam. - Ile to już lat?

- Co ile lat? - Pyta.

- No... Ile lat się nie widzieliśmy.

1

 

 

- Słuchaj, mam problem...

- To może zdejmiesz kurtkę i herbaty się napijesz? - Przerywam jej.

Wzdycha. Znam to westchnięcie na pamięć. Nabiera powietrza do tej swojej wielkiej kobiecej klaty i gwałtownie je wypuszcza, jednocześnie wydając dźwięk przypominający gardłowe warknięcie psa. Przejąłem od niej to zachowanie. W końcu gdy się jest z kimś przez sześć lat tak blisko, mimowolnie przejmuje się niektóre zachowania.

- Buty też mam zdjąć?

- Tak. Masz tu kapcie. Nastawię wodę.

Przechodzę do kuchni i nalewam wody do czajnika. Kurcze, co ona tu robi? Tyle lat... Potem rzeczywiście zniknęła. Chociaż w zasadzie w każdej chwili mogłem sprawdzić, co się z nią dzieje. Przecież mamy Internet. Wiedziałem, że ona tego nie chce. Miałem raz na zawsze zniknąć i nigdy więcej się nie pojawić. Byłem byłym.

Nie rozstaliśmy się w zgodzie. Nawet rozstanie jej nie wyszło. To ona chciała odejść. Chciała, żebym ja od niej odszedł. Najpierw ogłosiła, że nasza relacja zmienia się ze związku, cokolwiek to zresztą znaczyło, w przyjaźń. A potem powiedziała, z tym swoim uśmiechem, że mam odejść i mogę się więcej nie pojawiać.

- Ładnie tu. Mogę się rozejrzeć? - zapytała. Zaczęła szurać po panelach, przechodząc z korytarza do kuchni. Zawsze tak szurała. To był jedna z tych małych cech człowieczych, niezbyt zresztą unikalnych.

- Wolałbym nie. Mam bałagan, jak zresztą widzisz. Proszę usiądź przy stole.

- Ty masz bałagan? - Zakpiła. Wraca jej pewność siebie. Wkłada ręce w szerokie rękawy swojego swetra. Siada przy stole i zaczyna się garbić.

- Tak, ja mam bałagan. - Odpowiadam pragmatycznie.

Kurcze, tyle lat... Będzie ze trzy. Co najmniej. Zależy, jak liczyć. Ja jednak nadal coś do niej czuję. To sekret naszych umysłów, że po podstawieniu odpowiedniej osoby przed oczy mózg odtwarza zdarzenia z przeszłości, ale dopasowując je do zapamiętanego schematu. Tak, jakby nie było całej tej przerwy czasowej, tylko skończylibyśmy rozmawiać wczoraj. Źle skończyliśmy.

Zaczynam zbierać przynajmniej brudne naczynia ze stołu i wstawiam je na szybko do zlewu, co powoduje sporo hałasu. Wiem, że stół się klei. Mógłbym swoim zwyczajem z okazji wizyty gościa zapalić świeczkę w ozdobnym

2

świeczniku, ale tego nie robię.

- Muzyki słuchasz... Kiedyś nie słuchałeś. - spojrzała na mnie. Rozgląda się wokoło. - To mogę się rozejrzeć? - znowu pyta.

Rzeczywiście słucham muzyki. Mam ochotę jej odpowiedzieć, że kiedyś też lubiłem słuchać muzyki, tylko nie miałem jak tego zrobić, bo zawsze leciała tylko jej muzyka. Co za ironia. Akurat odtwarzałem kawałek znaleziony gdzieś na youtube. Leci 'Kollektiv Turmstrasse – Tristesse. Ilustracją muzyki jest film rysunkowy Disneya pt. Fantasialand. Nimfa leśna, która najpierw daje życie Ziemi przelatując nad nią z rozpostartymi skrzydłami, budzi Demona, który postanawia zniszczyć ją i wszystko wokół, zalewając ziemię lawą i wypełniając powietrze popiołem po horyzonty. Ale nagle tajemniczy jeleń odnajduje resztki nimfy i ta się odradza, a wraz z nią przyroda.

- Herbatę Ci robię. Czy kawę chcesz?

- Może być herbata – odpowiada.

Wreszcie zagotowała się woda. Nalewam ją do szklanek, wyciągam z szafki małe spodki na herbaciane „kapcie”, czyli torebki z resztkami po zaparzaniui. Siadam naprzeciwko.

- To co Cię sprowadza? - pytam.

- Tak, no, ja... To może od razu Ci powiem, o co chodzi. - Znowu na mnie nie patrzy. Nie lubiła na mnie patrzeć, gdy miała ze mną porozmawiać. To był jeden z nigdy nie przepracowanych do końca powodów naszych sporów. Gdy ja chciałem rozmawiać, ryczał telewizor, a ona koniecznie coś musiała skończyć na komputerze. Gdy ona chciała rozmawiać, ja koniecznie próbowałem akurat zasnąć. A później wydawało jej się, że już nie mamy o czym rozmawiać. A ja wolałem milczeć, niż znowu próbować.

- Powiedz mi najpierw, skąd wiedziałaś, gdzie mieszkam. Nie przypominam sobie, żebym Ci o tym mówił.

- Co?

Dawno temu zauważyłem, że ona bardzo wolno myśli. Nie tylko, że myśli „po swojemu”, czyli że nie będzie mi dane dogonić jej sposobu rozumowania, ale także dlatego bardzo powoli trawi moje słowa. Jakiekolwiek przerwanie powoduje, że się gubi.

- Skąd wiedziałaś, gdzie teraz mieszkam. - Powtarzam.

- No... Piotrek mi powiedział. Zadzwoniłam do niego i mi powiedział.

- Aha. I tak po prostu postanowiłaś przyjść.

3

- Przecież nie lubisz specjalnych okazji. Lubisz spontaniczność. - Celny strzał z jej strony. Wypominałem jej brak spontaniczności przy każdej okazji.

- Mogłaś zadzwonić. - Powiedziałem.

- O Jezu. Będziemy to teraz wałkować? Tak, mogłam zadzwonić. Ale wolałam przyjść. Widocznie miałam powód.

- Masz powód. - Poprawiam ją. - No to słucham.

Znowu walczymy. Od zawsze powstawało między nami takie napięcie, którego nie potrafiłem zniwelować. Ona jedno, ja drugie.

Nabiera powietrza.

- Dobra. Na pewno masz jak zwykle mało czasu, bo zajmujesz się tymi swoimi wszystkimi... działaniami. Poprawiasz świat i tak dalej. Tak, nie miałam dokąd pójść. Kiedyś... Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Jednak te wiele lat... No i byłeś dobrym człowiekiem. Niezależnie od tego, jak mnie traktowałeś... Mam z Tobą wiele miłych wspomnień... Nawet niezapomnianych. Wiem, że nie zwracasz uwagi na sprawy materialne, albo że nie ogarniasz tego tematu. Nie ważne. Nie mam dokąd pójść, musiałam zniknąć. Mam długi, straciłam pracę. Nie mam się gdzie zatrzymać. Potrzebuję miejsca, gdzie nikt mnie nie będzie szukać, ale najlepiej blisko domu, żebym mogła chociaż częściowo panować... Czy mogłabym u Ciebie zostać?

Nadal na mnie nie patrzy. Odwraca głowę. Wędruje wzrokiem po ścianach.

Mam ochotę ją walnąć w zgarbione plecy. Po przyjacielsku. Jasne. Nie odzywała się przez ostatnie lata. Teraz się pojawi, opowie mi o sobie i będzie chciała u mnie zamieszkać. Bo nie ma lepszego pomysłu. No ale mogę ją jeszcze zaskoczyć.

- Mam rodzinę. Zaraz wróci Ewa. Mały jest w przedszkolu. - Tyle zdołałem wymyślić od chwili, gdy jej otworzyłem drzwi.

- Nie masz. Piotr mi powiedział. Nie zrozumiałeś. Nie mam dokąd pójść.

Ale nie zmieniła tonu głosu. To ona nauczyła mnie zwracać na niego uwagę. Uśmiechnęła się. Chyba do siebie. No tak. Jeden z kapci jest rozdarty.

- Zapłacę Ci, ale nie mogę teraz... - Spojrzała mi prosto w oczy.

Jestem wrażliwy na punkcie pieniędzy. Chciałem, żeby nigdy nie czuła, że jej czegoś brakuje. Dlatego obsypywałem ją podarkami. Bez okazji. Wystarczyło, że mi

4

powiedziała, że coś ją interesuje, czy jej się potencjalnie przyda. Kilka dni później, w zależności od szybkości działania poczty polskiej, znajdowała to coś pod poduszką.

Nazywałem ją hrabiną, co miało w moim zamierzeniu jej dokuczyć. Nie używała magicznych słów „proszę” czy „przepraszam”. Gdy ją na tym łapałem, lubiłem jej dokuczyć.

- To nie zmieni nic między nami – dodała.

- To znaczy? Co się nie zmieni?

- Będziemy tylko przyjaciółmi. - Znowu okiem w oko.

Zmęczone ma te oczy. Kiedyś mnie zapytała, jakiego są koloru. Nie wiedziałem. Koronny argument by uznać, że nic o niej nie wiem i jestem z nią dla tylko sobie wiadomych celów. Trochę infantylizmu w przerwie pomiędzy kolejnymi walkami.

- O nic nie pytam przecież. A magiczne słowo?

- Co? - już za daleko odbiegłem. Padły przecież ze cztery zdania. To dla niej za dużo, żeby powiązać powód wizyty z ewentualnymi konsekwencjami, które na nas spadną, jeżeli się zgodzę.

- Magiczne słowo brzmi nadal „proszę”.

- Ale o co mnie prosisz? - Znowu na mnie spojrzała.

- Myślałem, że ty mnie prosisz o pobyt w moim mieszkaniu. - Dzisiaj jestem cierpliwy i tłumaczę. To zasługa teledysku o tajemniczym jeleniu.

- No. A nie zrozumiałeś? - Teraz gapi się w herbatę. Nic nie wypiła.

- Dobra. A jak to sobie wyobrażasz?

- No przyszłam dzisiaj. I jestem. Mam wszystko w plecaku. Przynajmniej na razie to jest wszystko. Mogę tu zostać i nie wychodzić. Masz Internet?

- Acha. - Trochę mnie zatkało. Nie koniecznie chodziło mi o nią, co o brud w łazience, porozrzucaną bieliznę w sypialni i takie tam. - Czyli piżamkę masz?

- Przecież śpię bez... No mam. - odpowiedziała.

- A gdzie będziesz jadła? - głupie pytanie zadałem.

- Wiesz, bo nie mam nic. Dzisiaj nie mam nic. Zgódź się. Nie mam dokąd pójść.

- Herbata Ci stygnie. - Zauważam przytomnie. - Opowiesz mi?

- Mogłabym się położyć? Zimno tu masz. Nie chcę Ci teraz mówić. Wiesz, jak będzie odpowiedni moment. Kiedyś nie musiałam tyle mówić. Więcej rozumiałeś chyba.

Znowu słowa-klucze. „Odpowiedni moment”. A w aureoli

5

nad głową zaczynała się mienić frasobliwa postać „świętego Nigdy”, patrona grzechu zaniechania. „Bo mi nie mówiłaś” to była moja formuła, którą powstrzymywałem jej ataki. Moja ostatnia flaga, którą wymachiwałem na znak chęci pojednania.

Kurcze, ile jeszcze pamiętam...

Schudła chyba, jak tak na nią patrzę.

- Dobra. To ja muszę posprzątać. Zaraz zrobię tak, że Ci będzie cieplej. Połóż się na razie pod kocykiem. W tym czasie coś wymyślę. Ale jak już się obudzisz będę chciał jednak porozmawiać.

Zaczęła siorbać herbatę. Wstaję i przechodzę do pokoju, w którym mam komputer i sofę. Rozkładam ją szerzej, narzucam koc. Ustawiam regulator temperatury z 16 na 21 stopni. Słyszę, że cofnęła się do przedpokoju. Wzięła plecak.

- Tu się na razie połóż. Jak siku, czy coś, to się powstrzymaj na razie. Muszę... Chcę posprzątać. Zamknę drzwi do tego pokoju.

- No. Ładnie tu masz. - To wszystko, co powiedziała.

- Acha, to jeszcze jedno. Witaj. - Wyciągnąłem do niej dłoń. - Ja już jestem kimś innym.

- Ja też. - Uśmiechnęła się. - Przyjacielu.

Znowu ma zimną dłoń. Zawsze miała zimne dłonie. Czasami do tego jeszcze spocone. Nierówno przycięte, sterczące pazury. Pamiętam, że lubiłem patrzeć, jak śpi.

 - Posiedź tu jeszcze chwilę. Pościelę Ci łóżko. - Wychodzę z kuchni i zaczynam egzystencjalną krzątaninę. Na szczęście często mam gości, więc mam dodatkowe komplety pościeli. Ale kurz z mebli od ręki nie zniknie. Anka utrzymywała w swoim mieszkaniu wzorową czystość, nie mylić z porządkiem.

Teraz jest u mnie.

Walczę z pościelą, rozkładam sofę, opuszczam żaluzję. Wynoszę do kuchni laptopa.

- Będziesz miała bardzo cicho. Mam żaluzje zewnętrzne. Trochę wcześnie, żeby się położyć, ale jak chcesz. Ja trochę pohałasuję, bo dopiero wstałem. Wyjdę potem.

- Nie rób sobie kłopotu.

- Tak jakby Cię nie było? - Mówię to do ściany, zastanawiając się już, czy wyszorować też zasłonkę pod prysznicem.

- Dopiero przyjechałam. Chociaż godzinę się położę.

6

Mogę już? - Wstała, odstawiła kubek z niedopitą herbatą w pobliże zlewu. Zawsze tak robiła, to jest nie dopijała do końca.

- Ja teraz łazienkę trochę podciągnę do kobiecych standardów. Ale tak, już możesz się kłaść.

Znikam w łazience. No tak, trochę ją zapuściłem. Rozkładam gąbki, szczoty, szmaty i zaczynam metodyczne działania z użyciem chemii i fizyki. Jednak zdecydowałem się na program rozszerzony, czyli szorowanie wszystkiego, co się da, świadomie odpuszczając sobie tylko kamień, który narósł na armaturze.

 

W którymś momencie życia straciliśmy umiejętność rozmowy. Wiecznie ryczący telewizor i codzienna rutyna zabiły we mnie czujność. Ja ją nie tylko kochałem. Uzależniłem się od niej. Od samej jej obecności. Sama jej obecność zaczęła mi wystarczyć, sama możliwość przebywania blisko niej. Ona chciała od „życia”, czyli ode mnie, znacznie więcej.

Podejrzewam, że po prostu zrealizowała swój plan. Plan, mający „coś” zmienić, skoro ja zmienić się już więcej nie dałem.

Przecież wystarczyło, by mnie zapytała, jak się ze mną rozstać. Nie pierwszy, lecz ostatni raz zabrakło prośby o rozstanie, albo chociaż niezbyt wyszukanego pytania. Wybrała sposób dla mnie najgorszy z możliwych, konfrontacyjny. Niemal wystawiła moje rzeczy za próg. Zaczęła się zakochiwać, jak stwierdziła, w kimś innym. Wyrzuciła mnie więc jak stary, znoszony kapeć. Mieliśmy co prawda zostać przyjaciółmi, ale wkrótce potem dostałem od niej wspomniany sms wyjaśniający przyszłe relacje.

Odkąd pamiętam starała się nade mną górować, przedstawiając się jako osoba bardzo doświadczona życiowo, co dla niej oznaczało liczne wcześniejsze kontakty damsko-męskie. Czyli również rozstania musiały wchodzić do wachlarza jej wcześniejszych doświadczeń. Przypomniałem sobie moment rozstania. Pamiętam, że powiedziała coś w stylu „to nigdy nie jest łatwe”. A mi się świat skończył.

W miejscu przeznaczonym na emocje i relacje z innymi ludźmi powstała bezgraniczna czarna dziura. Jak wiadomo z fizyki, czarne dziury powodują zakrzywienie czasoprzestrzeni. Zanim czas odzyskał zdolność leczenia ran, prawie się zatrzymał, a raczej stracił na wartości. Jeden ze sma

7

ków wolności.

   Była trochę starsza ode mnie. Niewiele, zaledwie kilka lat, ale pamiętanie i podkreślanie różnicy w naszych metrykach było dla niej bardzo ważne. Prosty fakt, że byłem młodszy, powodował że według jej hierarchii wartości byłem osobnikiem niepełnowartościowym. Wcześniej nie spotkałem kobiety, której podobali się przede wszystkim starsi mężczyźni. Nie przeszkadzała jej siwizna, czy nawet łysina lekko zachodząca na plecy. Podążając za myślą podpowiadaną przez współczesną psychologię, być może poszukiwała wśród starszych mężczyzn archetypu ojca, opiekuńczości, bezpieczeństwa. A tu się jej przytrafił młodszy.

   I niższy. Kiedyś w złości mi wygarnęła, że przeważnie trafia na niższych od siebie. Nic to, że stosując obiektywną miarę metryczną byłem od niej dwanaście centymetrów wyższy. Dopiero, gdy kiedyś posłużyłem się lustrem, by jej pokazać, że jestem w stanie zobaczyć czubek jej głowy, fuknęła. Cokolwiek miało to znaczyć.

Nie chciała mówić o przeszłości. W chwili, gdy ją poznałem, była już „kobietą po przejściach”. Te przejścia były małżeństwem, do którego dorosłych ludzi zmusiła rodzina, zakończonym rozwodem już w pełni świadomym.

Taki kraj, w którym związek jego mieszkańców z religią widoczny jest tylko w niektórych, ale najważniejszych momentach. Jest tajemnicą poliszynela, że jedną z największych traum młodości całego pokolenia jest sakrament małżeństwa. Od jego zawarcia rodzice uzależniali wsparcie finansowe „młodych”, dzięki któremu znacznie łatwiej było wziąć kredyt, czy przynajmniej wypełnić sprzętami kuchnię. Ceny nieruchomości wkrótce po zakończeniu się „komuny” poszły w górę, a uzyskanie samodzielnego kredytu przez osobę, która dopiero co skończyła studia, było prawie niemożliwe. Wspólne mieszkanie to wspólne życie i konkretne zobowiązania finansowe. Często gęsto huczne wesele wypala się w pamięci jak znak na skórze zwierząt znakowanych rozpalonym żelazem. Zwyczaje przedślubne i samo wesele sprzyjają, by ten czas nazwać „niezapomnianym”, ale czy rzeczywiście najszczęśliwszym w życiu?

Jak to się przyjęło mówić wśród pokolenia naszych rodziców Anka „żyła” ze swoim mężem przed ślubem. Zwyczaj dochowywania dziewictwa szybko zniknął wraz z nastaniem wolności ekonomicznej, otwarciem granic i do

8

stępnością antykoncepcji. Kościół oczywiście nadal trwał niezmiennie przy swoim stanowisku, wspartym słowem i autorytetem papieża Polaka, ale przestał być powszechny. Stracił prawie całe pokolenie, które przestało „chodzić” do kościołów. Nadal jednak brało w nich śluby.

Cóż z tego, że oboje przyszli małżonkowie deklarowali się jako ateiści. Jest to nowy ateizm - pragmatyczny. Wynika bardziej z wygody, niż z rzeczywistych przekonań. Postawa hierarchów Kościoła jak i zwykłych księży, wydatnie się ku temu przyczyniła.

Przez pokolenie rodziców dorosłość jest rozumiana jako umiejętność powstrzymywania się. „Mogę, ale mi nie wolno”. Tymczasem młodzi właśnie mogli, a do tego jeszcze chcieli: kupić, poczuć swoją niezależność, beztroskę, zdobyć kawałek techniki, by się nim cieszyć, zapełniać czas. Dlaczego mieli się powstrzymywać? Przed czym i w imię czego?

W razie podjęcia decyzji o przedzieraniu się przez codzienność we dwoje Kościół wymagał przed przyjęciem sakramentu absurdalnego kursu przedmałżeńskiego oraz spowiedzi. O ile pierwszego warunku za drobną wpłatą lub bliskim koneksjom rodziny z miejscowym księdzem udawało się uniknąć, to drugiego z nich już ominąć się nie dało.

Myślący i wykształcony człowiek kurs przedmałżeński mógł przetrwać chyba tylko dzięki nabytej przez lata edukacji w szkole, systematycznie walcującej niezależność, odmienność, wtłaczającej w ławki, budującej nijakie, niepewne siebie dzieci-śmieci. Jednym z chyba nieprzewidzianych efektów MEN-u jest odporność całego pokolenia na wszelką wiedzę wymuszaną, a posteriori w formie i treści.

Nie inaczej było i na tym kursie. Ja ze swojego do dzisiaj pamiętam „czop śluzowy” blokujący drogi rodne kobiety w którymś tam momencie cyklu. Do tego szaro-bure wykresy i rysunki podobno wyjaśniające moment stworzenia. „Zbliżenia”, „cykl”, „płodność”, „dojrzałość emocjonalna”, ale także obowiązek sprawdzania konsystencji śluzu przez „świadome swojego ciała kobiety”. Wyobraźnia podpowiadała termometr z rana jak metodycznie wędruje między uda... Mądre zwroty i wspomniany już „czop”, który zagnieździł mi się w głowie dzięki doświadczonej mężatce, matce piątki dzieci, która uczyła mnie o skutecznej antykoncepcji naturalnej.

Spowiedź to kwintesencja wpływu Kościoła na życie jed

9

nostki. Przyzwyczaiłem się znosić znaczenie tajemnicy w Kościele. Sporo tych tajemnic. A to Święta Trójca, ale jedyny Bóg, a to cierpienie i choroby zestawione z miłością Boga do człowieka. W literaturze nie brak też bardziej banalnych przykładów, jak chociażby wciąż żywe pytanie, co stało się z ogryzkiem z Drzewa Poznania, czyli resztkami jabłka nadgryzionego przez Adama. Wobec tylu tajemnic niepojętych przez moje ciasne zwoje mózgowe, o swoim życiu mam opowiadać drugiemu człowiekowi zamkniętemu w drewnianej skrzyni, klęcząc i obiecując poprawę. W tajemnicy. W dodatku nie koniecznie tylko z wewnętrznej potrzeby, ale także w określonych momentach czasu, jak chociażby przed ślubem.

Grzeszenie jest i tak nieuniknione.

W konsekwencji samodzielnych przemyśleń Anka przystąpiła do spowiedzi pierwszy raz od bierzmowania, mając na sumieniu tak ciężkie przewiny jak miłość fizyczną z niejednym już przecież mężczyzną, ale także z kobietami. Nie żałowała, bo każde z tych doświadczeń przecież ją wzbogacało, pozwalając na poznanie drugiego człowieka, na potrzeby chwili i miejsca nazywanych bliźnimi. Dzieliła z nimi intymność, odnajdowała przyjemność, uczyła się. Spowiednikiem aż zatelepało, dźwięki, które się z niego wydobyły, sugerowały długotrwałe nadciśnienie światła kluczowych rurek krwionośnych.

W jej przypadku głównie poszło o żal za grzechy. Dla mnie największą przeszkodą było szczere postanowienie poprawy. Bo czemu niby miałbym się spowiadać z grzechów, co do których wiem, że i tak je popełnię? Bardziej konstruktywne wydawało mi się zaprzestanie praktyk, które sam uznałem za niewłaściwe i dopiero potem spowiedź, po osiągnięciu trwałej poprawy. A nade mną uśmiech frasobliwego Świętego Nigdy.

Pozostawiając problemy teologiczno-moralne na uboczu, rozgrzeszenie było, bo przecież ślub następnego dnia, rodzina i świętość sakramentu. W głowie pozostało pytanie: czy chcecie zaprosić Boga do waszego związku?

Powiedzieli sobie „tak”. Nic to, że on nijak nie potrafił uwierzyć w duchy, nawet Święte, a dla niej idea Boga współistniała gdzieś pomiędzy początkiem tęczy, mieniącym się wszystkimi kolorami w świetle ciepłego poranka oraz światłem, do którego podążali umierający. Boskość była błogością odpoczynku zmęczonych mięśni, upojeniem ruchem podczas swobodnego tańca, gdy jej dłonie wyczu

10

wały pewność męskiego uścisku, możliwością świadomego lotu, muśnięciem płatków róży...

Jakiś czas po poznaniu Anki odkryłem, że ludzie urodzeni zaledwie kilka lat wcześniej niż ja, powiedzmy na samym początku lat siedemdziesiątych, niosą w sobie wspólne ciernie przeszłości. Po pierwsze przeżywają jak mrówka okres wpływ, jaki wywarli na ich życie rodzice. Próbowałem parokrotnie jej tłumaczyć, że w chwili uzyskania świadomości swojego bytu, nazwanej na potrzeby tamtych rozmów dorosłością, należy skonfrontować przeszłość, gdy to inni, przede wszystkim rodzice, decydowali o naszej przyszłości, z teraźniejszością, gdy uzyskaliśmy samodzielność. Podtykałem jej pod nos książkę „Toksyczni rodzice” w nadziei, że to pomoże jej przejść przez ten bolesny proces. Łatwo powiedzieć. Co innego zrozumieć, czyli poznać przyczyny i mechanizmy łączące je z konsekwencjami za pomocą umysłu, a co innego cały ten proces przeżyć. Przypuszczalnie podobnie jest ze śmiercią bliskiej osoby. Pomimo że rozumiemy, że ta osoba umarła w nas, że stanowiła część nas samych i że to ten fragment naszej psychiki opłakujemy, nie powoduje, że przestają nam płynąć łzy.

Drugą cechą, którą rozpoznałem u „siedemdziesiątek” jest ogromne rozczarowanie kaprysami młodego kapitalizmu zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku. Oto na rynku pracy pojawiło się pierwsze pokolenie, które uzyskało dyplomy ukończenia studiów pięć, sześć lat po tej dacie. Gospodarka rozwija się w szybkim tempie. Nie ma problemu ze znalezieniem pracy w licznych, dynamicznie się rozwijających się firmach prywatnych. Przyzwoite pieniądze, możliwość przenoszenia się pomiędzy firmami w poszukiwaniu lepszych warunków. Do tego chyba zawsze zapamiętywane doświadczenia siły nabywczej, jaką dawały „papiery”, a więc pierwsze dżinsy, pierwszy odtwarzacz CD, wreszcie upragniony samochód.

Świat staje otworem. Wycieczki zagraniczne, czy to te wykupowane od licznie powstałych biur podróży, czy te organizowane samodzielnie, z noclegami na kempingach, czy wręcz we wnętrzu swojego samochodu. Okazało się, że istnieje inny świat. Przede wszystkim przepełniony promieniami słońca, ale także lepiej poukładany, gdzie ludzie się nie spieszą, nie liczą każdej złotówki, gdzie życie ma więcej kolorów i smaków.

Nagle, około roku 2000, ten do tej pory znośny świat, w

11

którym można samodzielnie zarobić, i kupić, ulega załamaniu. Ci, którzy wzięli kredyty, nierzadko tracą, co do tej pory zgromadzili. Posiadanie dóbr materialnych nabrało kolejnego, tym razem bolesnego znaczenia. Wiele małych firm upadło. Te większe znacznie zredukowały szeregi swoich pracowników, w pierwszej kolejności pozbywając się tych, którzy pracowali najkrócej: najmłodszych, z najmniejszym doświadczeniem.

Bolesna lekcja pokory. Jeszcze nie byliśmy w Unii Europejskiej, więc wyjazd na zwany „zachód” wymagał odwagi, a w każdym razie nie był tak prosty, jak zaledwie kilka lat później. Trzeba było brać, co jest. Zacisnąć pasa. Tyle, że dojście do tego poziomu zarobków, który mieli już powiedzmy w dwa - trzy lata po skończeniu studiów uzyskali ponownie po ośmiu - dziesięciu latach. Pozostało wspominanie czasów prosperity i nieprzewidywalności koniunktury.

Był ślub, był i rozwód. Sens sądu jest równie trudny do uchwycenia, jak spowiedzi. Sprowadza się w zasadzie do tego samego upokorzenia polegającego na opowiadaniu o przeżyciach intymnych, tylko że tym razem bez tajemnicy, jakiejś obcej babie ubranej jak Buka z Muminków, noszącej na szyi ciężki łańcuch. Oto za grzech ślubu przychodzi jeszcze raz się kłaniać, tym razem władzy świeckiej.

Zwana legalizacja związku okazuje się porażką. Co dzieje się pomiędzy dwójką ludzi powinno pozostać tylko między nimi. Ja nazywam to intymnością, bez wglądu, czy wstępu rodziny, państwa i Kościoła.

 

Upaprałem się proszkiem do glazury. Wlazł mi pod paznokcie, jego zapach sparaliżował mi na kilka godzin powonienie. Po kawalersku narzuciłem sobie standard czystości i teraz po zaledwie kilku godzinach pracy mogłem uznać za osiągnięty. Przebieram się i ruszam na kolejne starcie swojej gnuśności ze śmieciami pod zlewem. Naciągam buty i prawie wychodzę na dwór.

Zaraz, przecież ona tam chyba czeka na dostęp do łazienki.

Wchodzę do pokoju, w którym jej pościeliłem. Śpi w ubraniu, chociaż buty zdjęła. Kurcze...

W drodze ze śmieciami zastanawiam się, co jeszcze wyrzuciłem ze swojej głowy wraz z jej odejściem. Będę musiał poukładać na nowo swoją codzienność.

Po powrocie wyszukuję zapasowy komplet kluczy. Siadam przy stole w kuchni i piszę krótką wiadomość:

12

 

To są klucze od tego mieszkania. Te płaskie są od drzwi wejściowych. Te starsze są od drzwi od strony ulicy i drzwi od strony podwórka. Lodówka jest do Twojej dyspozycji.

AM

 

No właśnie, lodówka. W efekcie krótkiego przeglądu jej zawartości jeszcze raz idę wyrzucić śmieci. Planuję też wyprawę do sklepu. Wyciągam rower i wyruszam do pobliskiego Lidla.

 

Starałem się, żebyśmy mogli robić zakupy razem. Rzadko nam się to udawało. Przeważnie to ja zawalałem. Albo wracałem z pracy późno, albo jeszcze później. Ograniczałem się do próśb, by kupiła sama. Proszę, mam wyrzut sumienia.

Miała dosyć specyficzny stosunek do pieniędzy, polegający na niezwracaniu uwagi na ich istnienie. Tak mi się przynajmniej wydawało do chwili, gdy okazało się, że ona nie chce wiedzieć, ile ona zarabia. Kolejnym sygnałem ostrzegawczym było pojawienie się smutnej pani z bodajże czwartego filaru. Okazało się, że moja dziewczyna zapobiegawczo od dłuższego czasu przekazuje część pieniędzy na jakiś smutny rachunek.

 

Kupuję jak dla siebie, ale nieco więcej. Postanowiłem zrobić sałatkę, zanim wyjdę. Właśnie, przecież jutro wyjeżdżam służbowo w Polskę. Łapię się na myśli, że nadal o niej myślę przez cały czas. Kupiłem na przykład kawę rozpuszczalną, czego nie zrobiłbym w zwykłych okolicznościach. Kawa stanowiła jedną z przeszkód, której nie udało nam się zniwelować we wzajemnych relacjach. Nienawidzę zapachu i smaku zalanej gorącą wodą kawy. Jak to w ogóle można pić? Moim zdaniem kawa śmierdzi i nieraz wyrażałem tę opinię na głos. W odpowiedzi podsunęła mi kiedyś artykuł, którego teza zawierała się w myśli „nigdy nie ufaj mężczyznom, którzy nie lubią smaku kawy, coś jest z nimi nie tak”. Pocałuj mnie, mówiła, odstawiając kubek z czarnym capem.

 

Wracam z zakupami, rozprowadzam je wśród kuchennych schowków, a część mieszam w misce na kształt sałatki. Rozglądam się jeszcze raz krytycznie po kuchni. Pajęczyny. Gdzieś pewnie są ich mali architekci. Nie pałam

13

do nich specjalną niechęcią, ale nie lubię ich ścigać tylko po to, by zostawić na ścianie rozmazana myzę potwierdzającą w sposób dla chętnych namacalny śmierć.

Dopisuję na tej samej kartce:

 

Jutro (poniedziałek) wyjeżdżam. Wracam w środę około 17. Wszystko, co znajdziesz do jedzenia, jest do Twojej dyspozycji. W lodówce masz sałatkę. Kupiłem Ci kawę, jest pod chlebakiem. Jak coś, to dzwoń.

AM

 

Kolejna złota myśl. Może ona nie ma pieniędzy? Wyciągam z portfela Jagiełłę. Na dwa dni powinien jej starczyć. Walczę ze sobą, czy nie dopisać trzeciego akapitu z podpisem. Radość z dzielenia się z innymi rywalizuje w tym momencie z pojęciem lichwy. Kładę króla i dopisuję słowo „pożyczka”.

Zapomniałem o Internecie.

 

Nazwa sieci WiFi: amaretto. Hasło: nierzucimziemi.

AM

 

Wychodzę realizować dalszy ciąg niedzieli według ustalonego porządku. Zamykam oba zamki.

 

Moje tak zwane życie zawodowe przez większość czasu ogranicza się do siedzenia za biurkiem. Studia sprawiły mi wielki ból zębów i przeorały mi trwale psychikę, ale dały fach. Nic to, że poświęciłem noce na próby ogarnięcia wyższego aparatu matematycznego, który w ciągu życia zawodowego mi się nie przydał. Nie postawiłem jak na razie służbowo na papierze znaku całki. Umiejętnością, która na co dzień dawała mi chleb i pozwalała na kolejne awanse, był język angielski. O ironio nauczyłem się go jeszcze w ogólniaku. Zwyczajnie wystarczyło mi odwagi i pewności siebie, by z niego korzystać, tak w mowie, jak i w piśmie. Umiejętność mówienia w innym języku jest weryfikowana podczas rozmowy przez telefon, gdy nie dokładnie słychać interlokutora, w dodatku się jąka, zacina, lub sam mówi w „międzynarodowym angielskim”, kalecząc gramatykę i stosując tylko najpopularniejsze słowa.

 

Właśnie jechałem samochodem wraz z dwoma kolegami do „wszawy”, jak zwykłem nazywać Warszawę,. Spotkanie z delegacją Brytyjczyków poświęcone problemom technicznym, harmonogramom, planom. Kapitalistyczna codzienność w socjalistycznej UE. Nie da się ukryć, że takie spotkania są bardzo absorbujące psychicznie. Konieczność dojazdu do innego miasta oraz obowiązkowa kolacja biznesowa powodują, że także ciało nieźle obrywa.

14

Okoliczności tego spotkania w zasadzie pozwalają mi zapomnieć na chwilę o tajemniczym pojawieniu się Anki. Zamykając rano za sobą drzwi zdołałem tylko stwierdzić, że rozkład sprzętów w kuchni w zasadzie się nie zmienił.

 

Dzień upłynął mi na próbach przekazania w możliwie prostych słowach niezadowolenia, frustracji i gróźb tak protokolarnych jak i finansowych w przypadku nie spełnienia niezbyt wygórowanych żądań poprawy fragmentu świata, który Brytyjczycy sprzedawali takim jak ja, a który nie działał jak byśmy tego chcieli. Wszystko osnute nićmi wzajemnych długoletnich powiązań, certyfikatów, kursów walut, dostępności rozwiązań konkurencyjnych.

 

Wieczorem, po oficjalnej kolacji zjedzonej w bardzo sympatycznej, ale cholernie drogiej restauracji, chłopaki z wysp proszą o pokazanie im centrum miasta. Mamy hotel na Pradze, gdzie jest chociaż trochę taniej. Brniemy przez wyczyszczone z liści parki, by dotrzeć do starówki mniej więcej na wysokości pomnika Powstańców Warszawskich. Bezśnieżna zima pokrywa nas marznącą mgłą. Po obowiązkowych kilku zdaniach przed sąsiadującymi ze sobą dowodami dawnej świetności RP zasiadamy w jednej w knajp przy piwku. Piwko rozciąga się w osiem pukali, co po zsumowaniu z alkoholem spożytym podczas oficjalnej biznesowej kolacji stawia pod znakiem zapytania kompletność wspomnień.

Wychodzimy jako ostatni goście pubu nieco po północy. Chłopaki nie mają dość. Tym razem bazują na nosie swojego dowódcy. Ten po chwili wskazuje niewielką grupę ludzi przy wejściu do „bistro Gessler”, jak udało mi się zamglonym już nieco wzrokiem odcyfrować pisane litery. Wchodzimy.

Zmiana scenerii, świata, uderzenie wspomnień. Kurcze, przecież takich miejsc już dzisiaj powinno nie być... Jakbym się znalazł na kartkach jednego z opowiadań Hłaski w Warszawie lat pięćdziesiątych, wchodząc do „Kameralnej”. Większą część jednej dużej sali zajmuje lada, za którą uwija się kelner ubrany w białą koszulę i muchę. Wspierają go dwie kelnerki, ale chcąc nie chcąc moja uwaga skupia się na jego starannych, bardzo pewnych ruchach, pobrużdżonej twarzy i fryzurze, kompletnej mimo wieku. W pierwszej chwili dziwi skromny zestaw garmażu i alkoholi, ale jednocześnie prosty i łatwy do zapamiętania. Dwie stawki

15

cenowe, wódka to wódka, piwo to piwo. W zasadzie to wszystko, ascetycznie, ale do ogarnięcia nawet przez nieco już zamglone umysły. No i są, dla mnie legendarne, zimne nóżki. Czyżby te same, co w „Siekierezadzie” Edzia S.?

Na pewno leci tu jakaś muzyka, ale z niewytłumaczalnych powodów jej nie słyszę przez cały czas pobytu w tym miejscu.

Obok głównej sali jest jeszcze druga, z WC. Po pewnym czasie odkrywam, że goście dzielą się na cztery kategorie. Pierwsza, to Ci, którzy przyszli się wysikać. Najwyraźniej po północy w centrum miasta jest niewiele przybytków oferujących w szczególności paniom przysiad na porcelanie. Druga kategoria, to klienci wpadający na jeden do dwóch strzałów czystej. Obiegają ściany wzrokiem, szukają znajomych twarzy, wlewają w siebie alkohol i szybko znikają. Swego rodzaju rytuał. Pod pachą teczka lub torba z laptopem. Jeszcze do mojej rozkołysanej głowy dociera, że przecież jest po drugiej, a oni wyglądają, jakby dopiero wyszli z pracy.

Trzecia grupa to „stali bywalcy”. Pewnie okupują miejsca przy barze lub oknach. Widać, że ich pobyt tutaj idzie w godziny. Część jest już w związku z tym znacznie rozchwiana, pomimo licznych punktów podparcia. Przeważają mężczyźni w wieku około lat trzydziestu - czterdziestu, ale są i kobiety. Takoż. Od czasu do czasu w oko wpadają mi ich uśmiechy. Wydają się niebrzydkie, co udaje mi się powiązać z postępującym zatruciem alkoholem.

Kompania, w której się znalazłem, podpadła pod ostatnią kategorię, przypadkowych lub incydentalnych odwiedzających.

Atmosfera ogólnej tolerancji i grzeczności. Co prawda od czasu do czasu ktoś pada na ziemię w przypadkowym momencie, ale wtedy pozostali uczestnicy spotkania podnoszą osobnika, a przynajmniej próbując nawiązać do pozycji wyprostowanej. Nikt nikomu przez cały wieczór nie dał w mordę, a przy okazji przepychania się w kierunku wucetu udaje się usłyszeć od tego czy owego „szepraszam”.

No i się skułem. Wódka za wódką, stawiana przez ciekawych życia Brytoli, nielogicznie zapijana piwem. Łatwe do przewidzenia konsekwencje takiego postępowania spowodowały, że mój kolega z pracy częstował co drugą porcją alkoholu drzewko bonsai stojące na parapecie pobliskiego

16

okna. Przecież następnego dnia mieliśmy wracać samochodem do domu.

Mój angielski zadziwiająco się poprawił. Nabrał płynności, o co bym się nie podejrzewał, bo nawet po polsku raczej dukam równoważnikami. Spróbowałem nawet coś o historii tego miasta i napływowej ludności. Chyba za głośno mi szło, bo się ode mnie odsunęli.

Udaje mi się bardzo szybko zawrzeć znajomość z dwoma studentkami z Mazur, jak się wkrótce okazało. Należały do trzeciej kategorii gości, co pozwoliło nam na dłuższą rozmowę. Ukradkiem zaobserwowałem, że z palców moich gości zagranicznych zniknęły obrączki. Paulowi udało się na chwilę zniknąć z jedną z dziewczyn za tak zwanym rogiem.

Mam dosyć od coś pół godziny. Z niejasnych przyczyn jedna z dziewczyn odmawia mi napicia się z nią wódki pomimo użycia tak mocnych w tym miejscu i czasie argumentów jak „ze mną nie wypijesz”. Walnąłem kolejną porcję rozpuszczalnika, jak nazywam wódkę i poczułem, że to jest ta jedna, na której skupi się cała niechęć mojego organizmu. Wychodzę. Stoję teraz oparty plecami o ścianę lokalu i patrzę się mętnym wzrokiem w stojącą przed nim taksówkę. Powoli dociera do mnie równomierny dźwięk jej silnika. Ciekawe ile może kosztować nocny kurs ulicami „wszawej” do naszego hotelu po drugiej stronie Wisły...

Tłumek przy barze nieco rzednie po trzeciej. Gosia i Kasia postanawiają udać się w kierunku stancji. Całe szczęście, bo mocno mi już spadły możliwości percepcyjne. Znowu się ktoś ściele na podłogę. Tym razem to para, obściskująca się przez cały czas, przez co przypominają dwa gady w sensie wężowych ruchów i mnogości płynów, w jakie padli. Nie muszę za nic płacić, a kurtki przytomnie nie zdjąłem z pleców.

 

Budzik. Jest siódma. Trzeba wstać, by za godzinę stawić się w szczytowej formie na kolejną część oficjalnego międzynarodowego spotkania. Przecież goście opuszczają stolicę dopiero około południa.

Dotarliśmy do hotelu około czwartej, czyli spałem niecałe trzy godziny. Od razu zapobiegawczo łykam prochy, które zabrałem ze sobą do torby podróżnej z myślą o właśnie takim przebiegu wydarzeń. Czuję, że alkohol poczynił spore spustoszenie ale w zasadzie wyłącznie w moim układzie pokarmowym.

17

Spotkanie z Brytolami zakończyło się niewątpliwymi sukcesami. Ważne ustalenia biznesowe pozwolą mi nie wyściubiać nosa z biura przez kolejne kilka dni. Praca, praca i jeszcze raz praca. Sprawozdania, raporty, analiza danych, dogadywanie kolejnych szczegółów. A za każdym z tych słów stoją słupki godzin w karcie pracy dwóch, trzech osób.

Nie wiem, jak oni to robią. Kolejny raz widzę na własne oczy, że wstali jak skowronki, zjedli śniadania składające się z dwóch kromek. Zapili to czarką kawy, pokazali w uśmiechu zęby. Byli żywi. Dla porównania mój krajan i ja z wyraźnym wysiłkiem woli staraliśmy się zwyczajnie przetrwać zamieszanie w naszych organizmach zwielokrotnione brakiem snu.

Wreszcie końcowe uściski dłoni, grzeczne deklaracje. Rozpoczyna się czas powrotu. Prowadzi Janek, kolega z pracy. Ja na drugim z przednich foteli co jakiś czas zapadam w malignę „na glonojada”: otwiera mi się gęba, sączy się ślina. Żołądek nie daje mi spać w sposób nieprzerwany.

Co jakiś czas zatrzymujemy się, by Janek mógł się nieco przebiec, czy napić jakiś śmierdzących specyfików sprzedawanych w małych metalowych puszkach, mających przygotować jego przytłumioną psychikę na „nieoczekiwane zjawiska drogowe”. Mi z gęby wydobywa się odór częściowo przetrawionego alkoholu nie pozostawiając wątpliwości co do wyniku ewentualnego spotkania z drogówką. Męczy mnie to trochę, ale obiektywnie prowadzić nie mogę.

W głowie pozostaje mi wspomnienie „bistro a la Fourchette”, jak udaje mi się odtworzyć w końcu nazwę miejsca, w którym spędziłem nocne godziny. Zrobiłem zdjęcie komórką przed wyjściem, gdy już nawet mowa sprawiała mi niejaką trudność, a co dopiero zapamiętywanie. Czyli w nazwie jest coś z talerzem. Ale czemu takie pedalskie fonty?

 

- Ty, a chodź się gdzieś kimniemy na jakimś parkingu. - To Janek, dzisiaj mój kierowca. Widzę, że jego twarz ma odcień ziemisty, a w miejscu oczu ma dwie szparki.

- Przecież Ci mówiłem, że muszę dzisiaj być w domu w miarę wcześnie - odparłem.

- Mówiłeś. Ale sam widzisz, jak nam idzie.

Rzeczywiście, przemieszczamy się w tempie przeraźliwie przepisowym. Błądzę wzrokiem po ekranie GPS-u

18

wpatrując się w powoli zmieniającą się liczbę kilometrów dzielących nas od celu.

A w domu Anka, a raczej to, co z niej zostało. Dziwne, jakie rzeczy się zapamiętuje. Kiedyś, jeszcze na początku naszej znajomości, wybrałem się na „męskie spotkanie”. Oczywiście nie wylewałem „do kwiatów”. Po powrocie zdołałem jej przekazać, że wypiłem za dużo i padłem na wyro. Gdy do siebie doszedłem po n godzinach i mózg zdołał ponownie interpretować materiał dostarczany przez wzrok, ujrzałem wielką jaskrawo zieloną konewkę, zaprojektowaną przez jednego ze szwedzkich mistrzów wzornictwa.

- Konewka?! - Zapytałem wtedy Ankę.

- Nie chciało mi się w środku nocy szukać miski, a nie wiedziałam, jak się będziesz zachowywać. - Ni to uśmiech, ni to konkluzja podszyta kobiecym doświadczeniem. - Niektóre samce potrafią rzygać. Nie chciałam, żebyś przypadkowo nabrudził.

I jak jej tu było nie kochać...

 

 

Jest trochę po osiemnastej. Otwieram drzwi. Zamknięty był tylko górny zamek. Odkładam klucze na szafkę z butami. Wreszcie w domu.

Nie ma Anki. W łazience co prawda wisi płaszcz kąpielowy, a przed zlewem związany worek ze śmieciami, ale nie ma człowieka. Nadal czuję skutki nocnych przygód, więc mi to nie przeszkadza. Szukam jakiejś kartki, ale nic nie ma. Odnajduję łóżko.

 

Wybudzam się. Pod sufitem zapalona lampa, z gęby mi się ulewa, jak to po gwałtownym przebudzeniu. Przy łóżku Anka, elegancko ubrana, jak zawsze, gdy „wychodzi”.

- Przepraszam, że Cię obudziłam, ale mam dla mnie ważną sprawę. Może mi pomożesz? - Patrzą na mnie jej umalowane oczy.

- Ta sprawa nie mogła zaczekać do rana? - Pytam i czuję swój nieświeży oddech.

- Ty rano pewnie wychodzisz do pracy i nie wiem, o której wrócisz, a chciałabym coś porobić. Przy komputerze mi trochę pomóż. Chyba Ci to dużo czasu nie zajmie. - Patrzy

19

się na mnie, ja na nią, czując, że jest bardzo blisko mnie. Pachnie.

- Mów o co chodzi. Już po dwudziestej trzeciej. - Śpię z zegarkiem na ręku. Razi mnie światło. Perystaltyka jelit też jeszcze nie powróciła do stanu równowagi, co coraz wyraźniej czuję w ustach.

- Jaki jest twój plan? - pytam.

- Złapałam zlecenie. Wiesz, u mnie krucho z kasą. Jak się szybko uwinę, to nawet będę ci mogła zapłacić. Chodzi o komputer. Pomóż mi zrobić backup. - Ciężko wzdycha. Znam to westchnięcie. - Bo tak, mam dwa dyski przenośne i laptopa. No i część materiałów mam na płycie, a część na tych dyskach. I chciałabym odczytać z archiwum parę plików i projektów, żeby z nich skorzystać. No i backup zrobić. - Wyrzuca to wszystko z siebie, święcą jej się oczy.

- Cudownie. Od razu?

- No jakbyś mógł. Kiedyś lubiłeś to robić.

- Kiedyś ciebie lubiłem. - Chyba powiedziałem to jakoś smutno, czy prawda zabrzmiała, bo się odwróciła.

- Proszę. Herbaty ci zrobię.

- Podrywam kiecę i lecę. - Zaczynam w przyspieszonym tempie dochodzić do siebie. - Wiesz, że będę chciał, żebyś siedziała przy mnie? Musisz... będziesz musiała mi pokazać co i jak. - Zaczynam się czochrać, poprawiając być może przepływ myśli w głowie.

- To ja wodę nastawię. Zimno tu masz. Strasznie zimno. - Wychodzi uchylając drzwi.

Zimno mam, bo jest noc. W nocy zmniejszam temperaturę w całym mieszkaniu, bo tak mi się lepiej śpi, a poza tym tym sposobem oszczędzam parę złotych. Od czasu, jak zainstalowałem przy piecu gazowym regulator, uznałem, że tak jest fajnie. Teraz rzeczywiście czuję, że jest zimno.

Ogarniam się nieco, odświeżając paszczę. Słyszę, że nastawiła wodę na herbatę. Większość stołu na biurku jest zarzucona papierami i elektroniką. Bez słowa idę szukać listwy zasilającej oraz przemieszczam lampkę pokojową, co pozwoli wyłączyć kilka żarówek pod sufitem. Przygotowuję coś na kształt stanowiska pracy.

- Dużo masz tej roboty?

- Jak dobrze pójdzie, to się uwinę w trzy dni. - Najwyraźniej wzięło ją na pracę.

- Słuchaj, teraz zróbmy tylko absolutne minimum, które jest Ci potrzebne, żeby zacząć. Kończę pracę tak jakoś, żeby być w domu osiemnasta-dziewiętnasta. Jak coś, to ju

20

tro usiądę z Tobą na dłużej. Pokazuj, co tu masz.

- Tu mam notebooka, tutaj przenośne dyski, trochę płyt. I teraz z tego, co pamiętam, to na tym dysku są backupy, a na tym nie. Ja chcę mieć wszystko z notebooka na tym dysku backupowym, a z backupowego część na tym...

- Powoli, powoli. - Przerywam jej. Zapowiada się długa noc.

- Usiądź tutaj.

- Ja mogę wszystko na stojąco. Przecież ci mówię.

- A mogłabyś usiąść?

- Zimno tu masz. Postoję.

Coś warknąłem, bo skrzyżowała ręce na klacie. Wstałem, podkręciłem regulator temperatury, poczekałem aż odpali piec.

- Anka, usiądź. Jak nade mną stoisz, czuję się niepewnie. Szczególnie za plecami. Jak chcesz, dam Ci ciepłe skarpety, ale usiądź.

- O rany. Muszę? Ja się tu pokręcę...

- Palcem sobie pokręć, jak musisz. Usiądź. Nie będę cię prosił. Tu masz listwę. Pokaż, jak to podłączasz.

Wstałem i rzeczywiście poszedłem po kłębek wełnianych skarpet. Jedną z rzeczy, z których byłem kiedyś bardzo dumny, było przejęcie przez Ankę zwyczaju zwijania ze sobą pary skarpet w kłębek, dzięki czemu przestały się jej gubić.

- Masz. - Przekazuję kłębek skarpet ramieniu Anki. Siedzi zgarbiona przy stole, z nogą na nodze, wpatrując się w „okienną” łąkę zarzuconą ikonami skrótów.

- Strasznie długo się uruchamia i takie „o” mi wyskakuje.

- Taaa... Tym też się zajmę. Bierz te skarpety i się trochę odsuń.

Tak się właśnie poznaliśmy. Potrzebowała konkretnej pomocy. Konkretnej według niej.

Niby grafik komputerowy i to kształcony, ale pomiędzy wspaniałymi pomysłami a kolorowymi wydrukami stoi komputer z jakimiś nieogarniętymi dla niej zagadnieniami jak swap, konieczność robienia backupów, nie-wiadomo-gdzie serwerami i tysiącami określeń, które mało, że po angielsku, to jeszcze wszystkie ważne. Chochlik drukarski to nic w porównaniu z, na przykład, efektem pięciu godzin pracy utraconych wskutek niefortunnego przyciśnięcia nie tego skrótu klawiaturowego. Anka musiała ciągle znosić tego typu utrapienia. Trochę tak, jakby pozwolić komuś podziwiać klejnoty nie widząc szarego, małego, niedogrzanego

21

pokoiku, w którym siedzi źle opłacany, tracący wzrok nad rzeżącą maszyną szlifierską stary brzydal o pewnych dłoniach. Projekty Anki były ekspresyjne, pełne rewelacyjnych pomysłów, które rzeźbiła marznącymi dłońmi wpatrując się „po ciemaku” w monitory, poprawiając po wielokroć kształt tej samej kreski.

Pomimo że jest atrakcyjną kobietą, w tym sensie, który tkwi w trzy sekundowym spojrzeniu mężczyzny wulgarnie oceniającego tył kobiety, którą właśnie minął, w obliczu doraźnych problemów z ładowaniem się systemu operacyjnego jej adoratorzy znikali, zapadali się w sobie znanych rejonach. Ja zwyczajnie nie mogłem na początku patrzeć na jej bezsilność wobec w sumie oczywistych przeciwności. Za którymś razem odkryłem z zaciekawieniem, że w niezrozumiały dla mnie zupełnie sposób jej sprzęt komputerowy kumulował problemy tego świata. Próbowałem się z nimi zmierzyć racjonalnie, tworząc plan postępowania: kopia bezpieczeństwa, dodatkowy nośnik danych, wymiana przynajmniej niektórych podzespołów komputera. Dziesiątki godzin, niekoniecznie czynnie, bardziej czekając na ich skończenie. Macierz dyskowa i kopia bezpieczeństwa - od czterech do sześciu godzin. Reinstalacja systemu operacyjnego - minimum dwie-trzy godziny. Dociągnięcie tzw. „serwis paków” - kolejne dwie godziny.

W tym czasie Anka snuła się po swoim mieszkaniu ze szczotą w ręku lub czarowała przy kuchni. Nigdy nie była specjalnie cierpliwa, a działania przy komputerze postrzegała jak karę za grzechy niepopełnione. Bo dlaczego zdrowa osoba ma pamiętać o jakiś chorych aktualizacjach, jeszcze gdzieś kopiować dane, a i tak system operacyjny w niewytłumaczalny sposób po jakimś czasie spowolni? Dlaczego to tak długo trwa, przecież w tym czasie mogłaby zrobić tyle innych rzeczy. Kończyło się czasami tak, że kładła się na łóżku z książką, lub szła do drugiego pokoju położyć się spać, a ja walczyłem, próbując „racjonalizować”. Tak właśnie zostałem jej „szarym robakiem”.

Kiedyś wstała wyraźnie w lepszym humorze, usiadła przy mnie z kubkiem kawy i, siląc się na całą pogodę ducha, którą w tym momencie z siebie wykrzesała, poprosiła bym jej wyjaśnił, „co będziemy robić” z jej komputerem, bo wieczorem ona koniecznie potrzebuje go, by zająć się pracą. Poprosiłem, by wzięła czystą kartkę i drukowanymi literami napisała pod sobą kolejne kroki, jakie będziemy wykonywać:

22

 

1. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA SYSTEMU OPERACYJNEGO (ANG. BACKUP).

2. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA DANYCH (ANG. BACKUP).

3. REINSTALACJA SYSTEMU OPERACYJNEGO.

4. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA „CZYSTEGO SYSTEMU”.

5. WGRANIE AKTUALIZACJI I PROGRAMU ANTYWIRUSOWEGO.

6. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA.

7. INSTALACJA OPROGRAMOWANIA NARZĘDZIOWEGO.

8. SPRAWDZENIE, CZY WSZYSTKO „TRYBI”. FINALNA KOPIA BEZPIECZEŃSTWA.

9. PIWO, OBLEWANIE.

 

Ciężko westchnęła, ze dwa razy przerywając pisanie. Poprosiłem, by zajęła się czymś, a ja zacząłem przekładać płyty, dyski i działać. Informatyka użytkowa w najczystszej postaci. Z grafikiem za plecami. Zdążyłem zrobić to wszystko do wieczora. Na piwo i oblewanie nie miałem ochoty. Też chciałem to wszystko zrobić jak najszybciej i najsprawniej, czując, że w rozwoju ludzkości „coś gdzieś poszło nie tak”. Jak to kiedyś powiedział Marek Hłasko: „po wielkim wysiłku nawet sukces wydaje się być koszmarnym snem”. Dzień z bani, dzień wolny, bo przeważnie takie działania wykonywałem w weekendy, licząc się z nieprzespaną nocą. W dodatku Anka personifikowała jedną z zasad Murphy'ego mówiącą o awariach komputera, które złośliwie wyczekują najmniej dogodnej dla użytkownika chwili i wtedy złośliwie atakują ze zdwojoną siłą. Jednak wtedy, ten jeden jedyny raz, pamiętam, że tej kartki nie wyrzuciła, tylko cały dzień ją nosiła przy sobie, co kilka godzin skreślając kolejne pozycje. Przy ostatniej postawiła symbol serducha.

 

W zasadzie występowała tylko w dwóch stanach skupienia. Pierwszy, dla niej naturalny, to szybka ruchliwość, od jednego miejsca, do drugiego. Tak całym ciałem, jak poszczególnymi z członków, które nazywa „końcówkami”. Ruchliwe dłonie, stopy żyjące własnym życiem. „Co się tak miotasz?” pytałem, gdy pozornie bez ładu i składu wędrowała między różnymi pomieszczeniami swojego

23

mieszkania, robiąc przy tym sporo hałasu i zamieszania. Drugi stan, to przedziwne wykręcenie, jakieś pozy wymykające się rzeźbiarskim kanonom, gdy zaczarowywała swoje jestestwo przed komputerem na długie godziny, popadając w przedziwny stan, w którym jej umysł skupiał swoje moce przekazywaniu jej myśli za pośrednictwem sprzętu komputerowego. Teraz siadła przy mnie, znowu bardzo blisko. Złapała się na tym i po chwili odsunęła.

- Pokazuj - poprosiłem.

- Nie tym tonem. Nie jesteś miły. Postaraj się. - Czyli tylko według mnie poprosiłem.

Oj, to będzie długa noc...

 

Za budzik służy mi telefon komórkowy. Kładę go w różnych miejscach, bo inaczej zdarza mi się wyrobić w sobie nawet złożone odruchy snu na jawie, powodujące wyłączenie budzika. W efekcie musiałem odrabiać spóźnienia i późno powracać do domu.

Rano jeszcze siedziała w kuchni. Jedna ręka na wielkiej myszy, druga na klawiaturze. Nie zrobiłem wszystkiego tak, jak chciałem, ale przynajmniej udało mi się przekonać samego siebie, że nie straci żadnych danych, skoro wszystkie są w dwóch kopiach.

Dopadam lodówki i robię sobie śniadanie. Jem w kuchni, obrócony do niej plecami.

- Chcesz herbaty? - Pytam.

- Nie wyspałeś się - stwierdza.

- Herbaty czy chcesz - odpowiadam.

- Mam jeszcze.

Pakuję się, wyprowadzam rower. Czas do pracy. Kurcze, nie odespałem. Wychodząc zamykam tylko górny zamek. Gdy zamykają się za mną drzwi do klatki schodowej przypominam sobie, że może ona nie ma pieniędzy. Stawiam rower na chodniku i cofam się z portfelem.

- Tu ci kładę - pokazuję na lodówkę, gdy już udało mi się sforsować drzwi. - Kupię jedzenie po pracy. Sałatkę zrobię.

- Jest jeszcze sałatka. Dobra, kup. Może coś zrobię - mówi od strony stołu. - Zimno tu masz.

- Dobra, i tak się spóźnię. Chodź. - Podchodzę i ciągnę ją za rękaw.

- Nie dotykaj mnie - syknęła.

- Nie czas na uprzejmości. To siedź tam, ale patrz. Tu na regale stoi regulator. On ma pamięć w środku. Pamięta kiedy ma się włączyć, a kiedy wyłączyć piec. Dwa guziory.

24

Dwa. Jedziesz jednym do góry, drugim w dół i czekasz. Po chwili piec się włącza i robi się ciepło. Przejdź sobie do pokoju i zamknij drzwi, to zrobi ci się cieplej.

- Okej - odpowiedziała.

 

Jeszcze raz operacje wejścia-wyjścia przy użyciu klucza. Wsiadam na rower i mknę codzienną trasą przez schyłek styczniowej nocy. Do pracy, jak zwykle.

 

Anka chciała działać, zmieniać świat, tworzyć ambitne projekty, pełne życia, jej niesamowitej kreatywności i radości. Przyszło jej pracować w małej firemce, gdzie jej osobowość i bujna wyobraźnia zostały wtłoczone za biurko, uzbrojone w tabelkę nazywaną, o zgrozo, „grafikiem”, z którego wynikało co musi i na kiedy. Jak to zwykle bywa z ludźmi inteligentnymi potrafiła znajdować w tym świecie przestrzeń dla swojej własnej satysfakcji i radości, ale było to z czasem coraz trudniejsze. Głównym wyzwaniem cywilizacyjnym dla zawodowych grafików jej zdaniem od zawsze byli studenci. Student ma dużo czasu, jego żołądek strawi prawie wszystko, a obsługiwać komputer potrafi każdy z nich. Zrobi prawie wszystko za małe pieniądze. Była grafikiem, który projektuje strony www, a ktoś inny musiał napisać kod, czyli wszystkie elementy graficzne, które Anka pracowicie wymalowała potem ubrać w kod, który przeglądarka internetowa pobiera z serwera i wyświetla w kolorowej i przygotowanej z myślą o odbiorcy formie. Pisanie kodu ją przerosło. Główną barierą okazała się bezuczuciowa, bezwzględna logika zasad, jakim rządzi się np. kod .css. Brak jednego średnika w odpowiednim miejscu niweczył cały wyrafinowany, wypracowany efekt. Mało tego, próba znalezienia przyczyny niepowodzenia pochłaniała całe godziny. Powiedziała sobie w pewnym momencie „dość” i zajęła się tylko tym, co jej wychodziło, co dawało się ogarnąć, miało pierwiastek twórczy. Jej praca polegała na sklejaniu ze strzępów „materiałów”, które dostarczali jej klienci, sklejanie wiarygodnie i atrakcyjnie wyglądającej strony. Tymi materiałami było nieco słów o samej firmie, zdjęcia produktów, ewentualnie wizja szefa, jak to wszystko powinno wyglądać. Najczęściej te strony były bardzo proste. Ot kolorowa wizytówka firmy, ewentualnie parę zdjęć i garść informacji o szczegółach działalności. Ewentualnie projekt logo, w czym najwyraźniej celowała. Tworzenie logo było kwintesencją pomysłu,

25

błysku-rozbłysku, który po jednym rzucie oka miałby pozwolić widzowi zwizualizować sobie w wyobraźni, a może i zapamiętać, co dana firma robi, czym się wyróżnia. Wymyślała skojarzenia pomiędzy nic nie znaczącą nazwą firmy, a całą skarbnicą posiadanej wiedzy o kulturze i sztuce, doprawiając tę mieszaninę uśmiechem i poczuciem humoru. Miałem wrażenie że tę część swojej pracy lubiła najbardziej.

Nienawidziła szarości, powtarzalności, przewidywalności. Od życia oczekiwała wyzwań, dynamiki. Nie przeszkadzał jej stres, napięte terminy. Ale w zamian za to chciała od czasu do czasu mieć wolne, móc pozwolić sobie czy to na słodkie lenistwo, czy to na narty w Alpach. Największym przekleństwem była konieczność wstawania co rano i siadanie przy biurku w wyznaczonych godzinach. Z czasem wywalczyła sobie u szefa możliwość przychodzenia do pracy we w miarę ruchomych godzinach, które tylko częściowo zazębiały się z typowym czasem pracy innych pracowników.

Z jej punktu widzenia przyszło jej żyć ze smutnymi ludźmi, w świecie, w którym nawet miejsce do życia obwarowane było długimi umowami kredytowymi, rosnącymi cenami paliw i jednakowymi kolorami ubrań. Czuła swoją unikalność, niezastępowalność chwili, jej ulotność. Chciała tworzyć i starała się tworzyć rzeczy jeżeli nie piękne, to przynajmniej ciepłe, w nieokreślonym znaczeniu dobre. Takie, które powodują, że nasz codzienny los staje się lepszy, pozwala się przynajmniej uśmiechnąć. Polska szara rzeczywistość drugiego tysiąclecia jej nie odkryła. Nie było jak. Niestety nie przeskoczyła nigdy kolejnej bariery, którą jest autopromocja. Jeżeli chcesz, by to, co robisz, podobało się innym, musisz sam to sprzedać. Czyli nie tylko tworzysz, masz wspaniałe kolorowe pomysły, ale musisz jeszcze znaleźć w sobie dość siły, by przekonać o tym cały świat, by mu niemal na siłę wcisnąć, że jesteś. Może to kupi.

O ile w jej miejscu pracy była tolerowana w osobie szefa, który nieraz wybaczał jej nawet wielogodzinne spóźnienia i zwykłe kobiece fochy, to niestety nie doczekała się większych pieniędzy.

Jak każdy człowiek potrzebowała od czasu do czasu pochwały, ciepłego słowa zachęty. Jedną z łatwych do dostrzeżenia cech polskiego kapitalizmu jest brak pochwał. Ludziom nie mówi się, jeżeli coś zrobili dobrze. Takie po

26

stępowanie nie jest elementem kultury rodziny, firmy, tego kraju walących się kapliczek przydrożnych i licznych miejsc pamięci. Przeważnie nie ma na to czasu. Bo skoro już ktoś się z czymś uporał, to znaczy, że może zająć się kolejnym zadaniem, zrobić więcej. Właśnie tak się rozumie rozwój: zrobić więcej. Nie liczy się to, co się zrobiło. Wyłącznie liczy się to, czego się nie zrobiło. Tylko to jest tematem rozmów. Przecież nie warto patrzeć w przeszłość. Jeżeli coś zostało zrobione, skończone i nikt nie zgłasza z tego powodu zastrzeżeń, to znaczy że zadanie zostało wykonane „dobrze”. Taka jakość: więcej, więcej.

Od dziecka chciała robić rzeczy piękne. Takie, które dawałyby się dotknąć ręką, namalować. Pochłaniała ją magia zatrzymującego się czasu, kiedy poświęca się całą uwagę, całą siebie na potrzeby tworzywa i swoich wizji. Tak było od najmłodszych lat. Nic to, że ojciec matematyk, który piękno odnajdował w surowych matematycznych zasadach logiki, determinizmu, konieczności dowodzenia twierdzeń, sprawdzalności.

Już sam znak równości i proste równania z jedną niewiadomą dla wielu dzieci, czy potem młodych ludzi, stanowi przecież przeszkodę nie do pokonania. A gdyby tak obie poziome kreski tworzące znak równości ustawić pionowo? Gdyby każdą z nich wyobrazić sobie chociaż na potrzeby chwili jako słupek graniczny? Spróbujmy to sobie narysować: narysujmy ziemię, wbijmy w nią dwa słupki. Nadajmy im pewną grubość, nadajmy fakturę słupków granicznych. Na ich szczytach mogą się pojawić proporce. Pociągnijmy od nich krzywe linie symbolizujące granice. Po jednej stronie państwo „niewiadome”, po drugiej „wiadome”. Teraz spójrzmy na obie strony naszej równości. Przed każdą z liczb mamy jej znak. Istnieje konwencja, czyli umowa międzypaństwowa, która jest znana w całym matematycznym świecie. Mówi ona, że jeżeli przed liczbą nie stoi znak, to można przyjąć, że tym znakiem jest plus. Minus musi być podawany jawnie. Ten znak jest paszportem każdej z liczb, czy wyrażeń. Przy przekraczaniu granicy trzeba mieć paszport, w którym wbijana jest pieczęć. Ta pieczęć działa jak zmiana znaku przy przekraczaniu granicy, czyli przenoszeniu wyrażeń z jednej strony znaku równości, na drugi. Przeprowadźmy teraz wyrażenia, które zawierają niewiadomą x na lewą stronę równania, a te, które jej nie zawierają, na prawą. Niestety takiego przejścia między formalnym językiem matematyki a światem dzieci napotkać

27

można bardzo niewiele.

 

Wybrała szkoły artystyczne, czyli w powszechnym mieszczańskim mniemaniu niegodne. Nie dające ani rzemiosła, ani fachu, ani widoków na godne życie. Artyści w naszym społeczeństwie są spotykani rzadko. Ja pierwszego poznałem coś w wieku lat trzynastu i od razu wiedziałem, że to człowiek chory psychicznie, nie funkcjonujący dokładnie w tych samych realiach, co reszta społeczeństwa. Nic to, że tworzył rzeczy wręcz niewiarygodnej urody. Malował kwiaty. Mnóstwo kwiatów. Odzwierciedlał ich kielichy, pąki, z geometryczna precyzją. Wiele lat temu dowiedziałem się, że taki sposób malowania zwano hiperrealizmem. Gdy kiedyś go zapytałem, czy nie mógłby mnie nauczyć rysować, poprosił mnie, bym wypełnił kilka stron zeszytu cyframi. Podobno dobrze rokowałem, bo cyfry były powtarzalne i równe. Może to jeszcze jedna przesłanka pokazująca podświadomą łączność świata królowej matematyki ze światem wysublimowanych wrażeń estetycznych płynących z muzyki poważnej, czy właśnie malarstwa?

Życie w społeczeństwie inteligenckim składa się przecież z dobrze znanych etapów. Najpierw dziecko idzie do szkoły, gdzie musi ciężko pracować i wykazywać się zdolnościami we wszystkich dziedzinach. Potem idzie do kolejnej, średniej szkoły, po której dobrze, żeby wiedziało, co chce w życiu robić, czyli zostało praktykiem w jednym z poważanych przez „środowisko” zawodów: prawniczym, lekarskim, względnie inżynierskim. A uczyć się musi. I studia musi mieć. Bo bez studiów będzie nikim. Koniec.

A ja?” - zapytała Anka. Zapytała i nie znalazła odpowiedzi. Bo ponad wszystko drażnili ją ludzie nudni. Nie chciała za wszelką cenę stać się jeszcze jedną nudną babą tęskniącą tylko za mężem, rodzącą mu dzieci, spełniając w ten sposób oczekiwania gatunku. Przecież nie będzie całe swoje życie przerzucać kartek. Ewentualnie mogłaby leczyć dzieci, ale nie za cenę konieczności opanowania trajektorii ruchu jednostajnego po okręgu. Nie chciała jednakowo się ubierać, wykazywać dobrymi ocenami i biegać potem przez resztę swoich dni co rano do pracy. Spierać się nad polityką, kupować te same produkty i marzyć o jednej jedynej podróży do Juraty, z jęczącymi dziećmi i znudzonym mężem. Gdzieś musiał istnieć lepszy, bardziej kolorowy świat, dający szansę na pokazywanie dobra. Bez

28

codziennych, dobrze znanych z domu awantur o pieniądze, o brak drugiej osoby, o przyszłość dzieci. Musiało gdzieś istnieć lepsze miejsce. Chociażby we własnej głowie. „No to będziesz musiała go sama poszukać” - podpowiedziała jej głowa.

Najgorsze, co mogło ją spotkać, to życie jak ciągnąca się, letnia zupa, czy stygnący budyń. Ten sam zapach i smak. Nie niedobra, ale wystarczyło by trochę przypraw, nieco wyższa temperatura, by zrobić z niej zjawisko. Niestety ta zupa nigdy się nie kończyła. Jak wielki półmisek budyniu, który stygnąc, stawał się mdły.

 

   W naszym słowiańskim społeczeństwie występuje zaledwie kilka postaw wobec pracy. Jest ta bardzo pragmatyczna, każąca się pracowicie dorabiać, zawarta w prostych, wulgarnych, dosadnych słowach „trzeba zapierdalać”. Nie ważne, że się nie chce, nie widać drugiego brzegu, ogólnie mgła i niemoc. Trzeba robić to, co się potrafi i jakoś to będzie. A jak się już zrobi, trzeba robić dalej. Działanie wyjęte z kontekstu, nie dające ogarnąć całości. Coś, jak bieganie z taczką, do której ładowany jest materiał. Przez cały dzień, tydzień, miesiąc, do upadłego. Bez zastanowienia, co się tak naprawdę buduje. By dostać wynagrodzenie za każdą kolejną taczką. A po wielu dniach tak wytężonej pracy okazuje się, że powstająca budowla jest kolejnym więzieniem.

   Z drugą postawą wobec pracy spotkałem się dopiero na studiach. Raczej bardziej do mnie dotarła jej rozmyta idea, dotąd niedostrzegalna wobec wszechobecności tej pierwszej. Nagle okazało się, że wszystko, co się liczy, to krótkotrwały przebłysk, który pozwala zakończyć zadanie matematyczne lub w ogóle je rozwiązać. Sztuczka, konwersja, podstawienie, dostrzeżenie zależności w odpowiednim momencie. Nagle, w jednej chwili, pojawiało się wyjście, do którego inaczej trzeba by dążyć żmudnie i przez długi czas. Okazało się, że nie liczy się pracowitość. Nie ona jest cnotą. Liczą się prawidłowe rozwiązania, uzyskiwane w najprostszy, najszybszy sposób. Ale nie koniecznie zrozumiałe, proste do wytłumaczenia. Pracowitość przydawała się wyłącznie podczas przygotowywania sprawozdań z laboratoriów. Czasami, po wielu godzinach wklepywania do komputera wyników i zmuszania prymitywnych jeszcze wtedy aplikacji do wygenerowania wykresu nie starczało mi siły, by wyciągnąć z wykonanych obliczeń

29

wniosków. A przecież tylko wnioski się liczyły. Wnioski spychały całą tą żmudną pracę na plan dalszy. Facet biegający z taczką i ładujący do niej łopatą kruszywo stawał się jedną z liczb w jednej z tabelek. Uległ uproszczeniu, skróceniu, jak podczas skracania ułamków.

   Wiele lat później, mniej więcej wtedy, gdy poznałem Ankę, dotarła do mnie trzecia droga. W ogóle dychotomia modelowania tego świata, przedstawiania tyko dwoistości wyborów, nigdy mi nie odpowiadała. Przez czystą zasadę przekory starałem się zawsze znaleźć przynajmniej trzecie wyjście z sytuacji. W przypadku postawy wobec pracy tym trzecim wyjściem okazała się postawa ludzi żyjących na Zachodzie. Okazało się, że w jakiś niezrozumiały sposób, być może wskutek kumulacji kapitału, nieobecności przemocy w rodzinie, szkole, miejscu pracy, ludzie ci są bardzo pewni siebie. Do tego panuje tak powszechny dobrobyt, że nie muszą się przejmować tym, co będą robić następnego dnia. Jeżeli nie chcą, to nie pracują. Zawsze znajdzie się dla nich zajęcie, które zapewni im biologiczne przetrwanie. Tylko przetrwanie, albo aż. Owszem, jeżeli będą mieli bardziej wyrafinowane potrzeby materialne, typu samochód, domek z ogródkiem, jacht czy samolot, to będą musieli na nie ciężko pracować, ale wszystkie te dobra są w ich zasięgu. Na dobrą sprawę wszystko, cały czas swojego życia mogą poświęcić dla siebie. Całymi godzinami, dniami, tygodniami mogą się zastanawiać, kim chcą być, co chcą robić. Ważne, żeby im było dobrze, a raczej przyjemnie. Takie sformułowanie warunków pociąga za sobą pułapkę popadnięcia w stan nieokreśloności, bezcelowości, jak praca w barze w wieku trzydziestu sześciu lat, bo ktoś sobie wymyślił, że będzie aktorem. Głównym zagrożeniem jest jednak egoizm, egocentryzm. W zamian za to ludzie kierujący się tym przesłaniem potrafią słuchać, potrafią rozmawiać o byle czym, nie czując upływu czasu. Z drugiej strony po podjęciu decyzji o zajmowaniu się czymś konkretnym, na przykład utrzymaniem jakiejś maszyny, popadali w perfekcjonizm. Znowu znikał czas, jako parametr wyznaczający sens istnienia. Potrafili pozostawać po godzinach, ślęczeć nad jakimś drobiazgiem, typu śrubka, w której z jakiś powodów zaokrąglił się gwint, całymi godzinami.

   Wszystko po to, by im było przyjemnie. W ramach przyjemności mieścił się święty czas urlopu. Podczas gdy w słowiańskim kraju w przypadku pojawienia się nieprzewi

30

dzianego problemu pracownik był ściągany z urlopu. Na Zachodzie urlop był świętym czasem pracownika. Stać ich było na podróże jachtami po ciepłych morzach, wyjazdy do Azji Południowo-Wschodniej, wyprawy do najpiękniejszych zakątków świata. A do tego jeszcze mieli pięknie urządzone mieszkania, drogie samochody. Pamiętam nieukrywaną zazdrość Anki, gdy po jednym ze służbowych pobytów w Holandii pokazałem jej młodego faceta, młodszego ode mnie, opartego plecami o drzwi sportowego kabrioletu BMW, który kupił za niewielki kredyt. Odtąd marzyła o Audi TT, a ja pomagałem wymieniać jej ciągle przepalające się żarówki w jej błękitnym Fordzie Ka.

   Według filozofii „tz” („trzeba zapierdalać”) praca czyni wolnym, bo daje chleb. Nie musi być przyjemnie, satysfakcja ma polegać na samej możliwości pracy. Jest praca i są pieniądze. Dlatego zamiast zająć się realizacją swoich planów zasuwałem codziennie do nie-swojej fabryki, by pomagać innym tworzyć dochód narodowy brutto. Ale przynajmniej jeździłem tam na rowerze, wypinając się na siodełku na cały konformizm, wygodnictwo ludzi siedzących w autach, spalających kopaliny pochodzące gdzieś z syberyjskiej lub arabskiej ziemi, finansując cudze armie i systemy podatkowe.

 

   Miałem ciężki dzień. Na szczęście nie pada i wreszcie przekręcam klucz w zamku zabezpieczenia roweru. Czuję na skórze wilgoć, z ust wydobywa mi się para, zimno przenika przez nogawki spodni, otacza uda. Na parkingu, na którym trzymam rower, z tyłu budynku, jest zupełnie ciemno. Przez cały dzień gapiłem się w świecący monitor i teraz jestem prawie zupełnie ślepy. Dopada mnie samotność i bezsens całej tej sytuacji. Wychodzę z pracy, której nie lubię, nie rozumiem, nie robi mnie lepszym, nie mogę się nią z nikim podzielić. Wracam do domu, który nie jest mój, ja go tylko spłacam. W tym domu nikt na mnie nie czeka. Prostuję się i głęboko oddycham. Zaciskam dłonie w pięści. Zaczyna mi być zimno. „Samotność nie istnieje”, powtarzam sobie. Ładuję plecak do jednej z sakw. Odpycham się od ziemi i jadę przez styczniową noc.

   Praca w korporacji nauczyła mnie kontrolowania upływu czasu, planowania. W skali mikro i w skali makro. W skali mikro była teraz siedemnasta trzydzieści. Czyli do sklepu dotrę za czterdzieści minut. W sklepie spędzę około trzydzieści-czterdzieści minut. Będzie osiemnasta piętnaście.

31

Do domu mam kolejne piętnaście minut. Rozpakuję bamboły, zrobię parę rzeczy. Do dziewiętnastej powinienem mieć gotowy obiad.

   W skali makro życie sprowadzało się do egzystencjalizmu pragmatycznego. Tydzień zmieniał się w siedem wierszy na kartce papieru A4. Każdy dzień to osiem-dziewięć godzin w pracy, godzina rano na rozpęd, godzina wieczorem na powrót. Pozostawało cztery-pięć godzin na „ciche zajęcia własne”. Jeden dzień w miesiącu na wizytę w banku i opłacenie raty, po jednym dniu na wizytę w sklepach. Jeden dzień na wizytę u rodziny. Może jakieś kino, może nie. Życie to czas, twój czas.

Chyba, że miałem ciężki dzień. Wtedy po powrocie nie istnieję. Jestem egzystującym zbiorem komórek, które trzeba nakarmić, odprowadzić metabolity. Przeczekać czas do kolejnego wyjścia do pracy. Nie mogę spać, nie mam ochoty rozmawiać. Zanurzam się w mgle samego siebie. Pragmatycznie oceniając sytuację mogę przecież przerwać ten stan. Zacząć robić, na co mam ochotę. Ale nie wiem, gdzie jestem.

 

   Wchodzę do mieszkania. Zostawiam rower na klatce schodowej, żeby trochę obciekł. W kuchni pali się światło, więc wchodzę do jasnego pomieszczenia. Na stole mnóstwo papierów. Blat kuchenny zastawiony szklankami. Wyczuwam zapach kawy. Nie ma Anki.

   Rozbieram się, zwykła kolejność czynności. Wchodzę do pokoju, gdzie śpi. Rzeczywiście, śpi, półleżąc. Wsadza sobie dłonie kłykciami do oczu.

   - Która godzina? - pyta.

   - Za dwadzieścia siódma.

   Ziewa, znowu się przeciąga. Nie ma stanika. Jak zawsze, gdy jest w domu. Ale tego swetra nie znam.

   - No to pospałam. Coś nie zawsze ci działa ten internet.

   Na pewno pachnie teraz samą sobą, jak zawsze, gdy dłużej spała. Odwracam od niej głowę.

   - No, wiem. Zrobię coś do jedzenia. - Mówię.

   - Nie musisz. Ja coś tam jadłam. Miałeś w lodówce. I jest jeszcze trochę sałatki. Masz tu blisko sklep. Ty gdzieś jeździsz po te zakupy?

   Nie odpowiadam. Przestawiam się na dobrze znany mi program, w którym nie ma specjalnie miejsca na myślenie o niczym oprócz tego, co się właśnie robi. Trochę tak, jak z jazdą na rowerze. Dlatego jest taka fajna, tak bardzo relak

32

suje. Nie możesz jednocześnie myśleć o problemach i jechać na rowerze, bo się przewrócisz. Musisz całą percepcję przestawić na przetrwanie oraz podłączyć ją do aparatu mięśniowo-szkieletowego.

   Musiałem sobie sam poukładać świat, bez niej. Nauczyłem się między innymi przygotowywania prostych, szybkich ale smacznych posiłków. Kiedyś to było jej zadanie. Ja po prostu konsumowałem z wdzięcznością. Całując ją potem po dłoniach. Wiedziałem, ile potrzeba, by zrobić coś do jedzenia. Tłumaczyłem sobie, że przygotowywanie jedzenia jest dla niej możliwością tworzenia, czyli czymś, co przecież kocha robić. Świetnie gotowała. W zamian za to oczekiwała, że będę zmywać lub przynajmniej pomagać jej w zakupach. Nie dotrzymałem tej umowy społecznej.

   Słyszę „szloranie” kapciami po panelach. Wychodzi do łazienki.

   Robię swoje. Odnajduję się w krainie smaków i zapachów. Nauczyłem się robić tylko sałatki. Pamiętam, jak na początku postanowiłem pamięciowo opanować rozłożenie artykułów w pobliskim Lidlu. Dlaczego akurat Lidlu? Bo akurat koło niego przebiega moja codzienna trasa przejazdu. Co prawda jeszcze bliżej mam do Biedronki, ale tam nie można płacić kartą. Dopiero jakiś czas później ktoś mi podpowiedział, że przecież przy każdej Biedronce jest bankomat, ale było to już bez znaczenia. Odnalazłem w Lidlu wszystko, czego potrzebowałem: zapakowane w małe foliowe worki posiekane warzywa. Wysypywałem je do miski, dodawałem kilka składników i tak powstawała sałatka. Do tego grzanki z chleba pełnoziarnistego i herbata. Przy okazji nauczyłem się smaku ziół. Właśnie posypywałem ziołami przygotowywaną sałatkę. Garść oregano i garść bazylii. Przyprawy trzymam w małych słoiczkach specjalnie na przyprawy. Na każdym z nich nakleiłem nazwę przyprawy, która znajduje się w środku.

   Anka stanęła tuż koło mnie i wsadziła swój wielki łeb do miski, chyba wąchając.

   - Zioła? Dodajesz ziół?

   - Tak. Tak jest dużo smaczniej.

   - Przecież ty nie masz węchu. - Odparła z pogardą.

   - Jak to nie mam? Przecież kawę czuję.

   - A, no tak. „Kawa śmierdzi”. Zapomniałam. Jak ja.

   Próbuje mnie zdenerwować? Po co to powiedziała.

   - Mogłabyś się tak do mnie nie zbliżać?

   - Bo śmierdzę? - Stoi tuż za mną. Czemu tak blisko?

33

   - Nie, bo coś robię. Nie pomagasz mi. Daj talerz, nałożę ci.

   - Sama sobie nałożę, jak będę chciała.

   - Dobra. Sałatki zawsze trzymam tutaj. - Podchodzę do lodówki, otwieram jej drzwi i wskazuję na jedną z dwóch dużych szuflad z przezroczystego poliwęglanu, na samym dole.

- Cicho tu masz. Ja zrobić, żeby była jakaś muzyka? Znalazłam jakieś płyty, ale masz same smutki. Telewizora nie masz?

- Nie mam. Puść sobie radio przez internet. W tym pokoju, w którym śpisz, masz kolumienki. Możesz podłączyć do laptopa.

Zmieszałem składniki sałatki. Czuję, jak pachnie. Intensywny zapach ziół, chociaż ususzonych, miesza się z zapachem herbaty. Z tostera wyskakują grzanki. Wyciągam talerz i sztućce.

- A pralka? Jak ją odpalasz? - Pyta.

- Mogę najpierw zjeść?

- Ta, zjeść. To ja ogarnę trochę ten jubel na stole.

Odwracam się do niej plecami, bo siedzę przy blacie kuchennym, w pobliżu okna. Kurcze, rzeczywiście nie jest za ciepło. Będę musiał jutro pogadać z facetem, który konserwuje mi instalację gazową. Może da się z tym coś zrobić. Jakieś dodatkowe zawory, czy coś.

Co ja będę robił po obiedzie? Normalnie bym się uwalił na tym łóżku, na którym teraz śpi Anka. Wypadałoby posprzątać. Tyko nie dzisiaj. Wyczuwam, że jeszcze trochę atrakcji i zacznie mnie boleć głowa. Muszę zabrać swój laptop z tego pokoju, gdzie ona śpi.

Jej obecność wymusza na mnie wykonywanie czynności w innym porządku i z większą intensywnością, niż gdybym był sam. Na tym przecież polegał jej cudowny wpływ wtedy, gdy byliśmy razem. Potrafiła mnie zmienić. Dzięki niej odnajdowałem inne możliwości realizacji codziennych czynności. W tym jednym zdaniu jest wszystko, co potrafię powiedzieć o życiu z drugą osobą, z kobietą. Potrafiła spowodować, że odnajdowałem innego siebie. I chciałem, by to działało z wzajemnością.

- A ty co dzisiaj robiłaś?

- Jak zjadłeś, to pokaż mi, jak się podciąga to cholerstwo.

- Jakie cholerstwo? - Pytam.

- Żaluzje, tak? Kiedyś miałam coś takiego. Okropne. Cią

34

gle się zacinało. A tego to już w ogóle nie wiem, jak.

Idę za jej głosem. Ręce na biodrach i gapi się na niewielkie białe pudełko, z którego wychodzi sznur, biegnąc wzdłuż boku otworu okiennego i znika w otworze pod sufitem.

   - Przesuń się. - Chyba specjalnie zastawiła mi drogę do okna.

   - Tu łapką łapiesz i ciągniesz do siebie. - Zastanawiam się, czy komunikat był jasny. - Czyli od okna. - Dodaję. - I trochę w dół, aż poczujesz, że żaluzja podjeżdża.

   - A, że żaluzja... - Powtarza.

   - „Ażeżaluzja”. Trudne słowo. - Ja też powtarzam. - Teraz Ty. „Prosz”...

   Patrzę na jej dłonie, z lekko krzywymi, długimi palcami. Są piękne. Nazywałem je płetwami, bo są prawie dokładnie wielkości moich dłoni. Po prostu ja mam małe, ale żartowałem, że to jej są takie wielkie, jak męskie. Jak płetwy. Bo bardzo lubiła pływać, nawet w basenie.

   Znowu o niej myślę, przez cały czas. Co ona tu w ogóle robi. Przecież wszystko zniszczyła. Nagle pojawia się tak sobie...

   - Wychodzę na chwilę.

   - Pralka jeszcze. - Przytyka teraz palec wskazujący do ust, a ja, nie wiedzieć czemu, patrzę się na to jak zaczarowany. Muszę się opanować.

   - No, co z nią? Zwykła „nemecka” pralka.

   - A „nemecka”... Co z nią nie tak?

   - Wszystko jest tak. Tu masz proszki. - Otwieram drzwi do składziku, małego pomieszczenia w kuchni, w którym mieszka oprócz proszków piec gazowy. - Tu jest pralka. Jak już zrobisz pranie, to możesz je rozwiesić na balkonie. Chodź.

   Znowu „szlora” kapciami. Pokazuję jej składzik. Wyczuwam gnijące jabłka.

   - Tu jest stojak. Rozstawiasz i schnie.

   - Tutaj schnie? Przecież tutaj jest zimno i wilgotno. - Zauważa.

   - No racja. Ale schnie. Jak będziesz bardzo chciała, żeby ci wcześniej wyschło, to przestaw stojak do środka. Tutaj. - Pokazuję na wolną przestrzeń przy łóżku.

   - Acha. I nie będzie ci przeszkadzać?

   - Będzie, ale sam tak robię.

   Już widziałem oczami wyobraźni jej majtki i staniki, jak na nie patrzę zaraz po przebudzeniu.

35

   - A głośna jest ta pralka?

   - Głośna jak cholera. Dlatego piorę, jak muszę i zawsze tak dwie godziny przed ciszą nocną. Lubi wyjeżdżać na środek kuchni, więc trzeba ją trochę pilnować podczas wirowania.

   - Teraz mi to mówisz? - Znowu stoi bardzo blisko mnie.

   - Anka, odsuń się trochę, co?

   - Jeżu... Miałeś zły dzień?

   - Nic cię to, przyjaciółko. - Wstrzymuję się, żeby jej nie odepchnąć. Chciałem w klatę. - Wychodzę. Na pralce masz napisane co i jak, jaki program. Ja używam w zasadzie do wszystkiego takiego, że jest czterdzieści stopni i godzina piętnaście. I nie syp do tych komór na proszki, tylko prosto do bębna, bo coś z nią jest nie tak.

   - Ale, ale... - Odsuwa się. - To potem mi pokażesz.

   Zakładam buty najszybciej, jak potrafię. Zarzucam kurtkę i wychodzę. Ale zimno. Zamiast poleżeć na łóżku wychodzę na dwór. Przez nią. Wściekły jestem. Wychodzę przez nią ze swojego domu.

   Idę na róg ulicy. Wyciągam z kieszeni komórkę. Jeden sygnał, drugi, czwarty.

   - Piotr? Możesz gadać? - Zaczynam.

   - No mogę. Co jest? Będzie rozmowa? - Piotr mówi szybkimi, krótkimi zdaniami. Wyczuwam, że jest zajęty. Mam to w dupie.

   - Czemu mi nie powiedziałeś, że Anka o mnie wypytuje? - Przechodzę od razu do rzeczy.

   - No czemu, czemu. Przecież się znaliście tyle lat. To chyba normalne, że chciała coś wiedzieć.

   Brzmi realistycznie. Ale i tak jestem wściekły.

   - Powaliło cię? I tak po prostu jej opowiedziałeś, gdzie mieszkam? Przecież ty jej dałeś mój dokładny adres.

   - Wkurwiłeś się?

   - Tak, a co myślałeś? Że się ucieszę? Nie pamiętasz, jak się rozstaliśmy? - Wyrzucam z siebie.

   - Słuchaj, o rany. Rzeczywiście mogłem ci powiedzieć. To była krótka rozmowa. Przecież normalnie ona do mnie nie dzwoni. Ja ją też przecież znam. Mogłem ci powiedzieć. Wyleciało mi to z głowy. Coś jeszcze?

   - Jak to, coś jeszcze?

   - Gościu, co się wściekasz? Przecież powiedziałem tylko Ance, gdzie mieszkasz. Nie wiem, co się z nią dzieje. Nie wiem, gdzie jest. Zwykła informacja. Tyle.

Nie wiem, co powiedzieć. Może powinienem mu wygar

36

nąć, że Anka jest teraz u mnie. Nie. Muszę to sam załatwić.

   - Coś jeszcze? - Pyta Piotr.

   - Nic w sumie. Co u dzieciaków? - Zmieniam temat.

   - Dobrze. - Załapał natychmiast, że zmieniam temat. - Baśka trochę choruje, więc nie chodzi na razie do przedszkola. A poza tym dobrze. Tak, dobrze. - Standardowa codzienna odpowiedź. - Wiesz, robię coś, więc jak to wszystko, to do następnego.

   - Co ona dokładnie ci powiedziała? - Pytam.

   - Że przyjeżdża do Gdańska i jest ciekawa, co u starych znajomych.

   - I akurat do ciebie zadzwoniła?

   - No nie wiem. Wiesz, jakie są baby. Przecież kiedyś robiła dla mnie jakieś zlecenia. Myślałem, że roboty szuka.

   - I? - Pytam dalej.

   - I szuka. Pytała o pracę.

   - A ty jej opowiedziałeś, gdzie mieszkam.

   - Chłopie, nie dramatyzuj. Co, koczuje ci teraz pod domem?

   - Dobra, Piotr. Wracaj do rodziny, roboty, czy co tam robisz. Dzięki za rozmowę. Cześć.

   - Weź może... Jak chcesz pogadać, to wpadnij. Nie wiedziałem, że cię jeszcze Anka obchodzi. Cześć.

 

   Wiedziałem, że mnie obchodzi. Tyle lat, a ona nagle wraca. Najbliższy przyjaciel nic mi nie mówi. Kurcze, nie wyrzuciłem jej z głowy. Nie udało się. Mam teraz wrócić do siebie jakby nigdy nic? Żebym musiał wychodzić, żeby z kimś porozmawiać.

   Jestem zmęczony. Nie odespałem jeszcze „wszawej”. Potem były te backupy. Już prawie dziewiąta.

   Wracam. Anka się zrywa od stołu kuchennego.

   - No wrzuciłam pranie. Wsypałam proszku. I co teraz? - Pyta.

   Rozbieram się. Bez słowa podchodzę do pralki. Obracam pokrętło. Wciskam przycisk start. Pokazuję palcem na wyświetlacz, na którym widać przewidywany czas prania: godzina i piętnaście minut. Biorę laptopa z pokoju, w którym śpi i zanoszę do swojego.

   - Chcesz herbaty - pyta.

   - Daj mi spokój. Jutro wrócę o podobnej porze. - Wchodzę do pokoju i zamykam drzwi.

   - Tak, przyjacielu.

37

   Cholernie zabolało. Kładę się na łóżku i aż się kulę. Nie zapalam światła. Włączam laptopa i zaczynam przeglądać zwyczajowy zestaw stron www. Wyrzucam z głowy Ankę i jej pranie. Znajduję sobie wykład z podstaw analizy matematycznej. Jest po angielsku. Mogę posłuchać, jak prawidłowo wymawia się „negligible”, „legal”, czy „intemismonial”. Działa jak kołysanka. Zasypiam.

   Budzę się, gdy wchodzi do mnie do pokoju. Rozstawia stojak na pranie. Na szczęście nie zapala światła, posiłkując się światłem z przedsionka. Rozwiesza bluzki, kilka staników. Widzę to spod półprzymkniętych powiek. Nie patrzy na mnie. Zgrabny ma tyłek w tym dresie, który wyraźnie rozdziela jej dolną część pośladków, wchodząc, gdzie nie powinien. Zamykam oczy. Czuję zapach świeżego prania. Moje pachnie tak samo. Nic zresztą dziwnego, przecież używa tych samych proszków. Zamyka drzwi, ale nie gasi światła w przedsionku.

 

   Znowu budzik, czyli zrobił się kolejny dzień. Program poranny.

   Anka nie śpi. Ślęczy nad laptopem. Widzę fajne kolory. Patrzę na zegarek. Muszę wyjść za dziesięć minut, jeżeli nie chcę się spóźnić.

   Wchodzę do pokoju, gdzie sypia. Już zdążyła zrobić bałagan. Biorę z biurka swój monitor. Wydałem na niego sporo pieniędzy. Świeci jak marzenie. Chyba kolory też nieźle odwzorowuje. Wracam do kuchni. Podłączam go do listwy.

   - Bry. Podłączę ci do laptopa. Może ci się przyda. Będziesz lepiej widzieć.

   - Bry. Nie chcę. Robię coś teraz. - Patrzy na mnie, ma zmęczone oczy. Chyba siedziała tak całą noc.

   - I tak ci podłączę. Odsuń się.

   Manipuluję przy wtyczce do jej laptopa. Potem siadam przy klawiaturze i włączam klonowanie obrazu.

   - To nie jest miłe. - Protestuje. Wstaje i wychodzi do ubikacji.

   Na ekranie rozlewają się kolorowe, przenikające się litery „E” oraz ciąg „nerga”. Kurcze, niemożliwe. Robi logo Energii? Największej spółce energetycznej w tej części kraju? Nic to. Zaczynam się ubierać i wyprowadzam rower. Uderzam otwartą dłonią w drzwi od ubikacji.

   - Wychodzę. Nic nie kupię. Nie czekaj na mnie.

   Coś zawarczała, ale nie chciało mi się zrozumieć. Zamy

38

kam zamek. Zaczynam pedałować przez ciemność.

   Ludzie różnie postrzegają czas. Dla niektórych składa się on z odcinków, podzielonych nocami. Wstaje nowy dzień, świat zaczyna się od nowa. Nadchodzi noc, żegnają poprzedni dzień. Tak miała Anka. Żyła ciągle od nowa. No chyba, że przytrafiło jej się zlecenie. Wtedy potrafiła siedzieć nad projektem od rana do wieczora, albo właśnie dłużej. Dopóki go nie skończyła, dopóki nie była z niego zadowolona. Ale później wara temu, kto spróbowałby ją obudzić. Kiedyś nieświadomy tych zasad chciałem jej zrobić niespodziankę i w sobotni poranek wtoczyłem się do jej pokoju z radosną nowiną, że zrobiłem śniadanie. Rzeczywiście, nakryłem do stołu, ustawiłem talerze, szklankę i tak dalej. Zalałem nawet kawę. Chciałem ją zobaczyć, taką rozczochraną, jak dłubie jednym palcem w oku, a drugą dłonią miesza kawę. Zjeść z nią śniadanie po prostu chciałem. Ależ mi się wtedy dostało... Jakbym przebudził piękną czarodziejkę, o długich rudych włosach i zielonkawych oczach, która całą noc w skromnej mitrhilowej zbroi wpychała Upiora do małej metalowej puszki, walcząc z nim całą duszą i ciałem. Całą noc pazurami dopychała zamknięcie, ugniatała puchę, jednocześnie rzucając z dłoni, różdżki, kordu, ciężkimi zaklęciami, chrypnąc, opluwając się, krwawiąc, wypruwając z siebie całą manę, by to cholerstwo wreszcie dopchnąć, wykończyć. A potem padła nieprzytomna ze zmęczenia, niedbale rozrzucając włosy, bez pamięci zostawiając za sobą przeszłość i trudy walki.

   Następnym razem, w kolejny weekend, zrobiłem znowu śniadanie, ale tym razem „na zimno”. Dwie kanapki, na każdej z nich narysowałem ketchupem uśmiechniętą buźkę i zająłem się swoimi sprawami. Aż zakwiliła, około południa.

   Nie pamiętam, jak to się stało, ale teraz czas jest dla mnie pojęciem ciągłym. Pójście spać nic nie zmienia. Mam ciągłą świadomość zdarzeń, co nie znaczy, że nie zapominam. Bardzo ciężko jest mi natomiast przez takie odczuwanie czasoprzestrzeni gdzieś wyjechać.

   Kiedyś, gdy byłem młody, bardzo lubiłem wyjeżdżać. Tak naprawdę to nie były wyjazdy, tylko ucieczki. Po prostu nienawidziłem domu i wszędzie było lepiej. Z tego samego powodu ciężko odchorowywałem powroty. Bo znowu musiałem popychać wózek szkolnego niewolnika, bez żadnych wyjaśnień trudzić się nauką. Gdy zacząłem pracę, zrozumiałem, jak wielkim oszustwem jest urlop. Wymuszo

39

na, sztuczna przerwa w egzystencji. Ochłap szczęścia rzucony w nie do końca przypadkowym momencie. Jakby ktoś mi mówił: zobacz, tak mógłby wyglądać świat, tak mogłoby wyglądać twoje życie. Ale jest inaczej. Zupełnie, jakby ktoś mi mówił: „Wypożyczamy ci kawałek tego świata, możesz go przez chwilę poużywać, przez chwilę posmakować, poznać niektóre szczegóły. Pod warunkiem, że nam zapłacisz, a potem wrócisz do siebie. I nie tęsknij. Masz przecież swoje życie”.

   Znienawidziłem urlopy. Musiałem je brać, ze względów finansowo-księgowych przedsiębiorstwom bardziej opłaca się wysłać pracownika na urlop, niż mu za niego zapłacić. Pamiętam, że pierwsze dwa urlopy przesiedziałem w domu zastanawiając się, jak innym ludziom udaje się sztuka odpoczynku, oderwania się od rzeczywistości. Jak udaje im się nie zwariować, jeżeli po wizycie w jakimś powalającym urodą miejscu ktoś każe im wrócić. Jak można tak się krzywdzić, samemu sobie zadawać taki ból?

   Podczas pobytu w jakimś egzotycznym miejscu chciałem lepiej je poznać. Nie tylko obejrzeć fasadę budynków, ale także zobaczyć podwórka. Zobaczyć, jak ci ludzie spędzają czas po pracy, o czym rozmawiają. Sposobów na poznanie ich codzienności jest kilka. Zaczynając od wizyty w pubie, po wizytę na rynku, pod szkołą, w dużym sklepie. Można wtedy spróbować zagadać, spytać o drogę, o historię odwiedzanego miejsca. Nienawidziłem sposobu podróżowania wpojonego przez szkołę. Szkolna wycieczka oznaczała całe godziny w ciasnym, śmierdzącym autobusie, w niewygodnej pozycji. Następnie szybki bieg z gadającym jak kataryna-Katarzyna przewodnikiem-przewodniczką, setki faktów, jakieś nic nie znaczące daty, brudno-czerwone cegły. Posiłek w taniej restauracji, równe porcje, kompot w wielkich kubkach z grubego, ciemno-białego szkła z regionalizmem na powierzchni. Powrót tym samym autobusem, już po zmroku. I gdzie ja byłem? Nie pamiętam... W pamięci zostały mi jakieś strzępy, jak połamana deska klozetowa w ubikacji, do której musiałem stać w długiej kolejce kolegów i koleżanek, nadłamane drzewo na placu zamkowym oraz konieczność odrobienia pracy domowej, opisanie jakiś bzdur o dominacji, konsekwencji paktu zawartego w zamku na losy klasy rycerstwa.

   Nie wolno było nie jechać. I trzeba było za to zapłacić.

   W wyniku reakcji obronnej wypracowałem cały system, oparty na racjonalnych przesłankach, dlaczego nie jeżdżę

40

na urlopy. Tylko że nikt tego nie chciał słuchać. Wszyscy tylko wybałuszali oczy, gdy mówiłem, że nie lubię urlopów.

   Dla Anki to był prawdziwy cios. Poznała kolesia, który nie chciał nigdzie jeździć. A świat na nią czekał. Oboje mieliśmy w miarę stabilną pracę, stabilne wpływy. Według jej wyobrażeń u mnie na koncie systematycznie kumulowała się rosnąca suma, bo przecież nie mam żadnych dóbr materialnych, skoro nie mam samochodu i ubieram się jak łajza, w ulubionym kolorze zielono-oliwkowym, w długie sprane swetry i nigdy nie piorę spodni.

   Odkryłem rower. Szybko stał się dla mnie najważniejszym z wynalazków. Dawał mi radość, zastępował telewizor, nauczył podróżowania. Stachura w „Siekierezadzie” napisał, co to jest droga. Parafrazując, by poznać drogę, trzeba ją poczuć. Najlepiej gołą stopą. Gdy świeci słońce, ale także, gdy pada deszcz. Drogę trzeba zrozumieć. Dlaczego skręca, dlaczego idzie pod górę, dlaczego się rozdwaja. Rower dał mi to wszystko. Pot przyklejający koszulkę do pleców, szaleńcze zjazdy, gubienie drogi, pospieszne zdjęcia, lody w miejscowym maciupkim sklepie, w którym nie było jak rozmienić Jagiełły, bo ostatni raz taki nominał gościł tu dawno. Dzięki rowerowi odkryłem, że wielkie przygody czają się niemal tuż za rogiem. W każdym razie tuż za linią horyzontu. Bo czym różnią się trudy podróżnika, który za ciężką kasę wyprawia się gdzieś na północ, żeby zdobyć na przykład biegun od wypraw, które organizowali moi koledzy, gdy w niedzielny poranek, przy minus piętnastu, przejeżdżaliśmy na przykład osiemdziesiąt kilometrów, często pod wiatr, zamarzniętym morskim brzegiem? Jazda nocą, przez las, w białym korytarzu otoczonym absolutną ciemnością. Naprawa uszkodzonego łańcucha podczas listopadowej nocy, w strugach padającego deszczu. Pytanie towarzyszy, po dziesięciu godzinach na siodełku: „dajesz radę”? I radość z powrotu, ze smaku herbaty z sokiem malinowym. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja po wielu godzinach na rowerze, po zakończeniu wyprawy, czuję się lżejszy. Jakbym prawie nic nie ważył. Staję się lekki, leciutki. Strasznie przyjemne uczucie.

   Zamiast wyjeżdżać gdzieś na inne kontynenty i zwiedzać cudze ziemie, wolałem przeżywać swoje małe skalą, ale wielkie doświadczeniem przygody w okolicy. Ot tak, żeby dało się wyjechać i wrócić tego samego dnia. Nie rozstając się z całym zapleczem cywilizacyjnym, ale jednak odwie

41

dzając inny świat. Nie mogę do dzisiaj zrozumieć, dlaczego ludzie mieszkający ze mną w tym samym mieście nie korzystają z niesamowitego magazynu energii mentalnej, który znajduje się w pobliskim lesie. Przecież wystarczy dokładnie dwadzieścia minut pedałowania, by znaleźć się w innym świecie. Las porasta okoliczne wzgórza. Wspinając się na nie, w szybkim tempie, wydycha się cały stres, cały smród tego miasta, jego zależności, ludzkich małych spraw, zastępując je rytmem, rytmem obracającej się rowerowej korby, rytmem nadawanym przez wschody i zachody słońca, przez pory roku. Świat innych, naturalnych zasad, jak prawo zachowania energii, czyli, by zjechać z dużą prędkością, najpierw trzeba mozolnie podjechać, mając pod sobą dodatkowe piętnaście kilogramów metalu na kołach.

   „Nie lubię jeździć na rowerze. Kiedyś się przewróciłam i mam uszkodzone kolano. Nie sprawia mi to radości”. Anka zamknęła temat roweru w naszym życiu.

   Miała rower. Całkiem, całkiem. Akurat, by na nim jeździć do pracy, czy na plażę. Musiałem walczyć ze sobą i boleśnie gryźć się w język. Do pracy miała coś z pięć kilometrów. Pracowała w miejscu, przy którym zawsze co rano i po południu, w porach szczytów, tworzyły się długaśne korki. Bo i tramwaj, i samochody, i skrzyżowania. Na całej niemal trasie biegła równolegle do drogi ścieżka rowerowa. Mimo to Anka wybierała samochód. Dostało jej się kiedyś od „kobiet”. Próbowałem atakować od drugiej strony, że kto zmieni świat, jak nie my, że drogie kopaliny, możemy zmienić życie na lepsze, uda jej się wzmocnią, tyłek będzie elastyczniejszy. „Jeden samochód mniej”. Dałem spokój.

   Nie chciałem z nią jeździć za granicę „na wycieczki”. Miałem sporo argumentów. Drogo, byle jak, nie poczujemy klimatu, tylko dwa tygodnie, pod dyktando organizatorów wycieczki, w miejscach odwiedzanych przez miliony, a więc nieoryginalnie. A przecież moglibyśmy niebanalnie, na rowerach wyruszyć w rzadko odwiedzane kraje. Czemu mam płacić za czas spędzany u kogoś w gościnie znacznie więcej, niż tutaj.

   Przekonała mnie. Udało jej się przedstawić sprawę w sposób, który uznałem za jasny i przejrzysty. Każde z nas płaci za siebie, a jeżeli mi się spodoba, to następny wyjazd należy do mnie, czyli ja wybieram. Pierwszy raz widziałem, że jej tak zależało. Dlatego się zgodziłem, bo się starała

42

mnie przekonać. Mówiłem nie, a ona przynajmniej próbowała zbijać moje argumenty. Podczas tych rozmów czułem ją blisko siebie, jak próbuje mnie zrozumieć, ale jednocześnie pokazuje, że chce zmienić moje zdanie. Wyciągała mnie na siłe z pracy, przyjeżdżając po mnie kolejką, by coś tam kupić razem ze mną na podróż. Jak sobie teraz pomyślę, ile ją to musiało kosztować zachodu, to myślę, że była zakochana. Przecież zostawiała samochód pod domem, jechała do pracy autobusem. Po pracy w kolejkę, żeby dojechać do Sopotu, gdzie pracuję. Dalej znowu kolejką do centrum handlowego i wieczorem do domu. Miała wszystko przemyślane. Do głowy by mi nie przyszło, żeby się ubezpieczać na podróż, tudzież kupić jakiś krem z blokerem. Ona to wszystko wiedziała i kręciła się wokół tego, z uśmiechem. Pamiętam, że była wiosna, gdy przymierzała sukienki. Na co dzień zasuwała w spodniach, a teraz proszę. Strasznie fajnie było oglądać, jak próbuje niektóre dopinać i się ogląda, jak wygląda z tyłu. Rzuciłem od niechcenia, że nie ma to jak sukienki w kwiaty. Po kilku dniach miała takie dwie, w tym jedną w wielkie czerwone maki. Na tyle wielki, że jeden zakrywał jej prawie całą lewą pierś. A jest co zakrywać.

   Muszę przyznać, że to była podróż mojego życia. Wszystko stało się strasznie szybko. Krótka chwila i już byłem w hotelu na innym kontynencie. Mam mnóstwo wspomnień. Mieszkaliśmy kilka pięter ponad miejscowym burdelem, smak koktajlów owocowych na miejscowym mleku, widok spracowanych kobiet kąpiących się w ubraniu morzu przy zachodzie słońca... Anka przez cały czas była przy mnie, często dosłownie trzymając mnie za rękę. Pierwszy raz nie zjarałem sobie doszczętnie skóry na ostrym słońcu, bo jakimś cudem doprowadziła do tego, że sam z siebie posmarowałem się kremem. Szkoda, że nie pamiętam, jak tego dokonała. Wspólnie zasypialiśmy w ciasnym, trzeszczącym łóżku, na przemian wtulając dłonie w naszą ciepłą intymność.

 

   Dzisiaj udało mi się wcześniej wyjść z pracy. Wcześniej, nie znaczy, że po ośmiu godzinach. Jadę w kierunku domu. Znowu nie pada, ale mimo to świat jest cały pokryty wilgocią. Na przedniej oponie powstaje mała fala stojąca, raz wyższa, raz niższa, w zależności od tego, przez jak duże kałuże przejeżdżam.

   Otwieram drzwi do mieszkania i zdaję sobie sprawę, że

43

jeżeli z nią w końcu nie porozmawiam, to pewne rzeczy zaschną, staną się codziennością. Codzienność przykryje emocje, przez wyparcie. One nie znikną, nie przestaną istnieć, ale zaczną żyć własnym życiem, za pożywkę znajdując sobie domysły i półprawdy. Być może po jakimś czasie wydostaną się na powierzchnię, jak któreś z nich dojdzie do takiej temperatury, że cały ten gar iluzji, mitów i przekonań nagle się rozleje, na nasze nogi, a może i głowy.

   Jedną z zagadek mojej jaźni jest utrata wrażliwości na to, co do mnie mówiła Anka. Pamiętam, że na początku naszej znajomości moja ociężała pamięć nagle dostała dawkę suplementów, które pozwoliły jej zapamiętywać każde jej słowo, odnosić się do każdego jej stwierdzenia, niczego nie pomijać. Z czasem Anka ośmieliła się na tyle, że mówiła zdecydowanie za dużo. Nauczyłem się przepuszczać większość z tego, co mówiła, bez udziału uwagi. Zwaliłem to na jej płeć, na stereotypy każące mi skupiać się tylko na jasnych komunikatach, bez potrzeby domyślania się intencji. Tymczasem w ten sposób umarła bardzo ważna część wrażliwości na drugą osobę.

   Skoro już się złapałem na tym, że jednak jej obecność coś znaczy, mogę też przyznać, że znowu zapamiętuję, co do mnie mówi. Ale to się zaraz zmieni. Zacznę ją ignorować, odpychać. Przecież nie znam odpowiedzi na najważniejsze pytania. Co ona tu w ogóle robi?

   - Pozmywałam. Wiesz, że ma zmywarkę. - Tyle powiedziała mi na dzień dobry.

   - Cześć. - Odpowiedziałem.

Jest trochę po osiemnastej. Otwieram drzwi. Zamknięty był tylko górny zamek. Odkładam klucze na szafkę z butami. Wreszcie w domu.

Nie ma Anki. W łazience co prawda wisi płaszcz kąpielowy, a przed zlewem związany worek ze śmieciami, ale nie ma człowieka. Nadal czuję skutki nocnych przygód, więc mi to nie przeszkadza. Szukam jakiejś kartki, ale nic nie ma. Odnajduję łóżko.

 

Wybudzam się. Pod sufitem zapalona lampa, z gęby mi się ulewa, jak to po gwałtownym przebudzeniu. Przy łóżku Anka, elegancko ubrana, jak zawsze, gdy „wychodzi”.

- Przepraszam, że Cię obudziłam, ale mam dla mnie ważną sprawę. Może mi pomożesz? - Patrzą na mnie jej umalowane oczy.

- Ta sprawa nie mogła zaczekać do rana? - Pytam i czuję swój nieświeży oddech.

- Ty rano pewnie wychodzisz do pracy i nie wiem, o której wrócisz, a chciałabym coś porobić. Przy komputerze mi trochę pomóż. Chyba Ci to dużo czasu nie zajmie. - Patrzy się na mnie, ja na nią, czując, że jest bardzo blisko mnie. Pachnie.

- Mów o co chodzi. Już po dwudziestej trzeciej. - Śpię z zegarkiem na ręku. Razi mnie światło. Perystaltyka jelit też jeszcze nie powróciła do stanu równowagi, co coraz wyraźniej czuję w ustach.

- Jaki jest twój plan? - pytam.

- Złapałam zlecenie. Wiesz, u mnie krucho z kasą. Jak się szybko uwinę, to nawet będę ci mogła zapłacić. Chodzi o komputer. Pomóż mi zrobić backup. - Ciężko wzdycha. Znam to westchnięcie. - Bo tak, mam dwa dyski przenośne i laptopa. No i część materiałów mam na płycie, a część na tych dyskach. I chciałabym odczytać z archiwum parę plików i projektów, żeby z nich skorzystać. No i backup zrobić. - Wyrzuca to wszystko z siebie, święcą jej się oczy.

- Cudownie. Od razu?

- No jakbyś mógł. Kiedyś lubiłeś to robić.

- Kiedyś ciebie lubiłem. - Chyba powiedziałem to jakoś smutno, czy prawda zabrzmiała, bo się odwróciła.

- Proszę. Herbaty ci zrobię.

- Podrywam kiecę i lecę. - Zaczynam w przyspieszonym tempie dochodzić do siebie. - Wiesz, że będę chciał, żebyś siedziała przy mnie? Musisz... będziesz musiała mi pokazać co i jak. - Zaczynam się czochrać, poprawiając być może przepływ myśli w głowie.

- To ja wodę nastawię. Zimno tu masz. Strasznie zimno. - Wychodzi uchylając drzwi.

Zimno mam, bo jest noc. W nocy zmniejszam temperaturę w całym mieszkaniu, bo tak mi się lepiej śpi, a poza tym tym sposobem oszczędzam parę złotych. Od czasu, jak zainstalowałem przy piecu gazowym regulator, uznałem, że tak jest fajnie. Teraz rzeczywiście czuję, że jest zimno.

Ogarniam się nieco, odświeżając paszczę. Słyszę, że nastawiła wodę na herbatę. Większość stołu na biurku jest zarzucona papierami i elektroniką. Bez słowa idę szukać listwy zasilającej oraz przemieszczam lampkę pokojową, co pozwoli wyłączyć kilka żarówek pod sufitem. Przygotowuję coś na kształt stanowiska pracy.

- Dużo masz tej roboty?

- Jak dobrze pójdzie, to się uwinę w trzy dni. - Najwyraźniej wzięło ją na pracę.

- Słuchaj, teraz zróbmy tylko absolutne minimum, które jest Ci potrzebne, żeby zacząć. Kończę pracę tak jakoś, żeby być w domu osiemnasta-dziewiętnasta. Jak coś, to jutro usiądę z Tobą na dłużej. Pokazuj, co tu masz.

- Tu mam notebooka, tutaj przenośne dyski, trochę płyt. I teraz z tego, co pamiętam, to na tym dysku są backupy, a na tym nie. Ja chcę mieć wszystko z notebooka na tym dysku backupowym, a z backupowego część na tym...

- Powoli, powoli. - Przerywam jej. Zapowiada się długa noc.

- Usiądź tutaj.

- Ja mogę wszystko na stojąco. Przecież ci mówię.

- A mogłabyś usiąść?

- Zimno tu masz. Postoję.

Coś warknąłem, bo skrzyżowała ręce na klacie. Wstałem, podkręciłem regulator temperatury, poczekałem aż odpali piec.

- Anka, usiądź. Jak nade mną stoisz, czuję się niepewnie. Szczególnie za plecami. Jak chcesz, dam Ci ciepłe skarpety, ale usiądź.

- O rany. Muszę? Ja się tu pokręcę...

- Palcem sobie pokręć, jak musisz. Usiądź. Nie będę cię prosił. Tu masz listwę. Pokaż, jak to podłączasz.

Wstałem i rzeczywiście poszedłem po kłębek wełnianych skarpet. Jedną z rzeczy, z których byłem kiedyś bardzo dumny, było przejęcie przez Ankę zwyczaju zwijania ze sobą pary skarpet w kłębek, dzięki czemu przestały się jej gubić.

- Masz. - Przekazuję kłębek skarpet ramieniu Anki. Siedzi zgarbiona przy stole, z nogą na nodze, wpatrując się w „okienną” łąkę zarzuconą ikonami skrótów.

- Strasznie długo się uruchamia i takie „o” mi wyskakuje.

- Taaa... Tym też się zajmę. Bierz te skarpety i się trochę odsuń.

Tak się właśnie poznaliśmy. Potrzebowała konkretnej pomocy. Konkretnej według niej.

Niby grafik komputerowy i to kształcony, ale pomiędzy wspaniałymi pomysłami a kolorowymi wydrukami stoi komputer z jakimiś nieogarniętymi dla niej zagadnieniami jak swap, konieczność robienia backupów, nie-wiadomo-gdzie serwerami i tysiącami określeń, które mało, że po angielsku, to jeszcze wszystkie ważne. Chochlik drukarski to nic w porównaniu z, na przykład, efektem pięciu godzin pracy utraconych wskutek niefortunnego przyciśnięcia nie tego skrótu klawiaturowego. Anka musiała ciągle znosić tego typu utrapienia. Trochę tak, jakby pozwolić komuś podziwiać klejnoty nie widząc szarego, małego, niedogrzanego pokoiku, w którym siedzi źle opłacany, tracący wzrok nad rzeżącą maszyną szlifierską stary brzydal o pewnych dłoniach. Projekty Anki były ekspresyjne, pełne rewelacyjnych pomysłów, które rzeźbiła marznącymi dłońmi wpatrując się „po ciemaku” w monitory, poprawiając po wielokroć kształt tej samej kreski.

Pomimo że jest atrakcyjną kobietą, w tym sensie, który tkwi w trzy sekundowym spojrzeniu mężczyzny wulgarnie oceniającego tył kobiety, którą właśnie minął, w obliczu doraźnych problemów z ładowaniem się systemu operacyjnego jej adoratorzy znikali, zapadali się w sobie znanych rejonach. Ja zwyczajnie nie mogłem na początku patrzeć na jej bezsilność wobec w sumie oczywistych przeciwności. Za którymś razem odkryłem z zaciekawieniem, że w niezrozumiały dla mnie zupełnie sposób jej sprzęt komputerowy kumulował problemy tego świata. Próbowałem się z nimi zmierzyć racjonalnie, tworząc plan postępowania: kopia bezpieczeństwa, dodatkowy nośnik danych, wymiana przynajmniej niektórych podzespołów komputera. Dziesiątki godzin, niekoniecznie czynnie, bardziej czekając na ich skończenie. Macierz dyskowa i kopia bezpieczeństwa - od czterech do sześciu godzin. Reinstalacja systemu operacyjnego - minimum dwie-trzy godziny. Dociągnięcie tzw. „serwis paków” - kolejne dwie godziny.

W tym czasie Anka snuła się po swoim mieszkaniu ze szczotą w ręku lub czarowała przy kuchni. Nigdy nie była specjalnie cierpliwa, a działania przy komputerze postrzegała jak karę za grzechy niepopełnione. Bo dlaczego zdrowa osoba ma pamiętać o jakiś chorych aktualizacjach, jeszcze gdzieś kopiować dane, a i tak system operacyjny w niewytłumaczalny sposób po jakimś czasie spowolni? Dlaczego to tak długo trwa, przecież w tym czasie mogłaby zrobić tyle innych rzeczy. Kończyło się czasami tak, że kładła się na łóżku z książką, lub szła do drugiego pokoju położyć się spać, a ja walczyłem, próbując „racjonalizować”. Tak właśnie zostałem jej „szarym robakiem”.

Kiedyś wstała wyraźnie w lepszym humorze, usiadła przy mnie z kubkiem kawy i, siląc się na całą pogodę ducha, którą w tym momencie z siebie wykrzesała, poprosiła bym jej wyjaśnił, „co będziemy robić” z jej komputerem, bo wieczorem ona koniecznie potrzebuje go, by zająć się pracą. Poprosiłem, by wzięła czystą kartkę i drukowanymi literami napisała pod sobą kolejne kroki, jakie będziemy wykonywać:

 

1. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA SYSTEMU OPERACYJNEGO (ANG. BACKUP).

2. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA DANYCH (ANG. BACKUP).

3. REINSTALACJA SYSTEMU OPERACYJNEGO.

4. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA „CZYSTEGO SYSTEMU”.

5. WGRANIE AKTUALIZACJI I PROGRAMU ANTYWIRUSOWEGO.

6. KOPIA BEZPIECZEŃSTWA.

7. INSTALACJA OPROGRAMOWANIA NARZĘDZIOWEGO.

8. SPRAWDZENIE, CZY WSZYSTKO „TRYBI”. FINALNA KOPIA BEZPIECZEŃSTWA.

9. PIWO, OBLEWANIE.

 

Ciężko westchnęła, ze dwa razy przerywając pisanie. Poprosiłem, by zajęła się czymś, a ja zacząłem przekładać płyty, dyski i działać. Informatyka użytkowa w najczystszej postaci. Z grafikiem za plecami. Zdążyłem zrobić to wszystko do wieczora. Na piwo i oblewanie nie miałem ochoty. Też chciałem to wszystko zrobić jak najszybciej i najsprawniej, czując, że w rozwoju ludzkości „coś gdzieś poszło nie tak”. Jak to kiedyś powiedział Marek Hłasko: „po wielkim wysiłku nawet sukces wydaje się być koszmarnym snem”. Dzień z bani, dzień wolny, bo przeważnie takie działania wykonywałem w weekendy, licząc się z nieprzespaną nocą. W dodatku Anka personifikowała jedną z zasad Murphy'ego mówiącą o awariach komputera, które złośliwie wyczekują najmniej dogodnej dla użytkownika chwili i wtedy złośliwie atakują ze zdwojoną siłą. Jednak wtedy, ten jeden jedyny raz, pamiętam, że tej kartki nie wyrzuciła, tylko cały dzień ją nosiła przy sobie, co kilka godzin skreślając kolejne pozycje. Przy ostatniej postawiła symbol serducha.

 

W zasadzie występowała tylko w dwóch stanach skupienia. Pierwszy, dla niej naturalny, to szybka ruchliwość, od jednego miejsca, do drugiego. Tak całym ciałem, jak poszczególnymi z członków, które nazywa „końcówkami”. Ruchliwe dłonie, stopy żyjące własnym życiem. „Co się tak miotasz?” pytałem, gdy pozornie bez ładu i składu wędrowała między różnymi pomieszczeniami swojego mieszkania, robiąc przy tym sporo hałasu i zamieszania. Drugi stan, to przedziwne wykręcenie, jakieś pozy wymykające się rzeźbiarskim kanonom, gdy zaczarowywała swoje jestestwo przed komputerem na długie godziny, popadając w przedziwny stan, w którym jej umysł skupiał swoje moce przekazywaniu jej myśli za pośrednictwem sprzętu komputerowego. Teraz siadła przy mnie, znowu bardzo blisko. Złapała się na tym i po chwili odsunęła.

- Pokazuj - poprosiłem.

- Nie tym tonem. Nie jesteś miły. Postaraj się. - Czyli tylko według mnie poprosiłem.

Oj, to będzie długa noc...

 

Za budzik służy mi telefon komórkowy. Kładę go w różnych miejscach, bo inaczej zdarza mi się wyrobić w sobie nawet złożone odruchy snu na jawie, powodujące wyłączenie budzika. W efekcie musiałem odrabiać spóźnienia i późno powracać do domu.

Rano jeszcze siedziała w kuchni. Jedna ręka na wielkiej myszy, druga na klawiaturze. Nie zrobiłem wszystkiego tak, jak chciałem, ale przynajmniej udało mi się przekonać samego siebie, że nie straci żadnych danych, skoro wszystkie są w dwóch kopiach.

Dopadam lodówki i robię sobie śniadanie. Jem w kuchni, obrócony do niej plecami.

- Chcesz herbaty? - Pytam.

- Nie wyspałeś się - stwierdza.

- Herbaty czy chcesz - odpowiadam.

- Mam jeszcze.

Pakuję się, wyprowadzam rower. Czas do pracy. Kurcze, nie odespałem. Wychodząc zamykam tylko górny zamek. Gdy zamykają się za mną drzwi do klatki schodowej przypominam sobie, że może ona nie ma pieniędzy. Stawiam rower na chodniku i cofam się z portfelem.

- Tu ci kładę - pokazuję na lodówkę, gdy już udało mi się sforsować drzwi. - Kupię jedzenie po pracy. Sałatkę zrobię.

- Jest jeszcze sałatka. Dobra, kup. Może coś zrobię - mówi od strony stołu. - Zimno tu masz.

- Dobra, i tak się spóźnię. Chodź. - Podchodzę i ciągnę ją za rękaw.

- Nie dotykaj mnie - syknęła.

- Nie czas na uprzejmości. To siedź tam, ale patrz. Tu na regale stoi regulator. On ma pamięć w środku. Pamięta kiedy ma się włączyć, a kiedy wyłączyć piec. Dwa guziory. Dwa. Jedziesz jednym do góry, drugim w dół i czekasz. Po chwili piec się włącza i robi się ciepło. Przejdź sobie do pokoju i zamknij drzwi, to zrobi ci się cieplej.

- Okej - odpowiedziała.

 

Jeszcze raz operacje wejścia-wyjścia przy użyciu klucza. Wsiadam na rower i mknę codzienną trasą przez schyłek styczniowej nocy. Do pracy, jak zwykle.

 

Anka chciała działać, zmieniać świat, tworzyć ambitne projekty, pełne życia, jej niesamowitej kreatywności i radości. Przyszło jej pracować w małej firemce, gdzie jej osobowość i bujna wyobraźnia zostały wtłoczone za biurko, uzbrojone w tabelkę nazywaną, o zgrozo, „grafikiem”, z którego wynikało co musi i na kiedy. Jak to zwykle bywa z ludźmi inteligentnymi potrafiła znajdować w tym świecie przestrzeń dla swojej własnej satysfakcji i radości, ale było to z czasem coraz trudniejsze. Głównym wyzwaniem cywilizacyjnym dla zawodowych grafików jej zdaniem od zawsze byli studenci. Student ma dużo czasu, jego żołądek strawi prawie wszystko, a obsługiwać komputer potrafi każdy z nich. Zrobi prawie wszystko za małe pieniądze. Była grafikiem, który projektuje strony www, a ktoś inny musiał napisać kod, czyli wszystkie elementy graficzne, które Anka pracowicie wymalowała potem ubrać w kod, który przeglądarka internetowa pobiera z serwera i wyświetla w kolorowej i przygotowanej z myślą o odbiorcy formie. Pisanie kodu ją przerosło. Główną barierą okazała się bezuczuciowa, bezwzględna logika zasad, jakim rządzi się np. kod .css. Brak jednego średnika w odpowiednim miejscu niweczył cały wyrafinowany, wypracowany efekt. Mało tego, próba znalezienia przyczyny niepowodzenia pochłaniała całe godziny. Powiedziała sobie w pewnym momencie „dość” i zajęła się tylko tym, co jej wychodziło, co dawało się ogarnąć, miało pierwiastek twórczy. Jej praca polegała na sklejaniu ze strzępów „materiałów”, które dostarczali jej klienci, sklejanie wiarygodnie i atrakcyjnie wyglądającej strony. Tymi materiałami było nieco słów o samej firmie, zdjęcia produktów, ewentualnie wizja szefa, jak to wszystko powinno wyglądać. Najczęściej te strony były bardzo proste. Ot kolorowa wizytówka firmy, ewentualnie parę zdjęć i garść informacji o szczegółach działalności. Ewentualnie projekt logo, w czym najwyraźniej celowała. Tworzenie logo było kwintesencją pomysłu, błysku-rozbłysku, który po jednym rzucie oka miałby pozwolić widzowi zwizualizować sobie w wyobraźni, a może i zapamiętać, co dana firma robi, czym się wyróżnia. Wymyślała skojarzenia pomiędzy nic nie znaczącą nazwą firmy, a całą skarbnicą posiadanej wiedzy o kulturze i sztuce, doprawiając tę mieszaninę uśmiechem i poczuciem humoru. Miałem wrażenie że tę część swojej pracy lubiła najbardziej.

Nienawidziła szarości, powtarzalności, przewidywalności. Od życia oczekiwała wyzwań, dynamiki. Nie przeszkadzał jej stres, napięte terminy. Ale w zamian za to chciała od czasu do czasu mieć wolne, móc pozwolić sobie czy to na słodkie lenistwo, czy to na narty w Alpach. Największym przekleństwem była konieczność wstawania co rano i siadanie przy biurku w wyznaczonych godzinach. Z czasem wywalczyła sobie u szefa możliwość przychodzenia do pracy we w miarę ruchomych godzinach, które tylko częściowo zazębiały się z typowym czasem pracy innych pracowników.

Z jej punktu widzenia przyszło jej żyć ze smutnymi ludźmi, w świecie, w którym nawet miejsce do życia obwarowane było długimi umowami kredytowymi, rosnącymi cenami paliw i jednakowymi kolorami ubrań. Czuła swoją unikalność, niezastępowalność chwili, jej ulotność. Chciała tworzyć i starała się tworzyć rzeczy jeżeli nie piękne, to przynajmniej ciepłe, w nieokreślonym znaczeniu dobre. Takie, które powodują, że nasz codzienny los staje się lepszy, pozwala się przynajmniej uśmiechnąć. Polska szara rzeczywistość drugiego tysiąclecia jej nie odkryła. Nie było jak. Niestety nie przeskoczyła nigdy kolejnej bariery, którą jest autopromocja. Jeżeli chcesz, by to, co robisz, podobało się innym, musisz sam to sprzedać. Czyli nie tylko tworzysz, masz wspaniałe kolorowe pomysły, ale musisz jeszcze znaleźć w sobie dość siły, by przekonać o tym cały świat, by mu niemal na siłę wcisnąć, że jesteś. Może to kupi.

O ile w jej miejscu pracy była tolerowana w osobie szefa, który nieraz wybaczał jej nawet wielogodzinne spóźnienia i zwykłe kobiece fochy, to niestety nie doczekała się większych pieniędzy.

Jak każdy człowiek potrzebowała od czasu do czasu pochwały, ciepłego słowa zachęty. Jedną z łatwych do dostrzeżenia cech polskiego kapitalizmu jest brak pochwał. Ludziom nie mówi się, jeżeli coś zrobili dobrze. Takie postępowanie nie jest elementem kultury rodziny, firmy, tego kraju walących się kapliczek przydrożnych i licznych miejsc pamięci. Przeważnie nie ma na to czasu. Bo skoro już ktoś się z czymś uporał, to znaczy, że może zająć się kolejnym zadaniem, zrobić więcej. Właśnie tak się rozumie rozwój: zrobić więcej. Nie liczy się to, co się zrobiło. Wyłącznie liczy się to, czego się nie zrobiło. Tylko to jest tematem rozmów. Przecież nie warto patrzeć w przeszłość. Jeżeli coś zostało zrobione, skończone i nikt nie zgłasza z tego powodu zastrzeżeń, to znaczy że zadanie zostało wykonane „dobrze”. Taka jakość: więcej, więcej.

Od dziecka chciała robić rzeczy piękne. Takie, które dawałyby się dotknąć ręką, namalować. Pochłaniała ją magia zatrzymującego się czasu, kiedy poświęca się całą uwagę, całą siebie na potrzeby tworzywa i swoich wizji. Tak było od najmłodszych lat. Nic to, że ojciec matematyk, który piękno odnajdował w surowych matematycznych zasadach logiki, determinizmu, konieczności dowodzenia twierdzeń, sprawdzalności.

Już sam znak równości i proste równania z jedną niewiadomą dla wielu dzieci, czy potem młodych ludzi, stanowi przecież przeszkodę nie do pokonania. A gdyby tak obie poziome kreski tworzące znak równości ustawić pionowo? Gdyby każdą z nich wyobrazić sobie chociaż na potrzeby chwili jako słupek graniczny? Spróbujmy to sobie narysować: narysujmy ziemię, wbijmy w nią dwa słupki. Nadajmy im pewną grubość, nadajmy fakturę słupków granicznych. Na ich szczytach mogą się pojawić proporce. Pociągnijmy od nich krzywe linie symbolizujące granice. Po jednej stronie państwo „niewiadome”, po drugiej „wiadome”. Teraz spójrzmy na obie strony naszej równości. Przed każdą z liczb mamy jej znak. Istnieje konwencja, czyli umowa międzypaństwowa, która jest znana w całym matematycznym świecie. Mówi ona, że jeżeli przed liczbą nie stoi znak, to można przyjąć, że tym znakiem jest plus. Minus musi być podawany jawnie. Ten znak jest paszportem każdej z liczb, czy wyrażeń. Przy przekraczaniu granicy trzeba mieć paszport, w którym wbijana jest pieczęć. Ta pieczęć działa jak zmiana znaku przy przekraczaniu granicy, czyli przenoszeniu wyrażeń z jednej strony znaku równości, na drugi. Przeprowadźmy teraz wyrażenia, które zawierają niewiadomą x na lewą stronę równania, a te, które jej nie zawierają, na prawą. Niestety takiego przejścia między formalnym językiem matematyki a światem dzieci napotkać można bardzo niewiele.

 

Wybrała szkoły artystyczne, czyli w powszechnym mieszczańskim mniemaniu niegodne. Nie dające ani rzemiosła, ani fachu, ani widoków na godne życie. Artyści w naszym społeczeństwie są spotykani rzadko. Ja pierwszego poznałem coś w wieku lat trzynastu i od razu wiedziałem, że to człowiek chory psychicznie, nie funkcjonujący dokładnie w tych samych realiach, co reszta społeczeństwa. Nic to, że tworzył rzeczy wręcz niewiarygodnej urody. Malował kwiaty. Mnóstwo kwiatów. Odzwierciedlał ich kielichy, pąki, z geometryczna precyzją. Wiele lat temu dowiedziałem się, że taki sposób malowania zwano hiperrealizmem. Gdy kiedyś go zapytałem, czy nie mógłby mnie nauczyć rysować, poprosił mnie, bym wypełnił kilka stron zeszytu cyframi. Podobno dobrze rokowałem, bo cyfry były powtarzalne i równe. Może to jeszcze jedna przesłanka pokazująca podświadomą łączność świata królowej matematyki ze światem wysublimowanych wrażeń estetycznych płynących z muzyki poważnej, czy właśnie malarstwa?

Życie w społeczeństwie inteligenckim składa się przecież z dobrze znanych etapów. Najpierw dziecko idzie do szkoły, gdzie musi ciężko pracować i wykazywać się zdolnościami we wszystkich dziedzinach. Potem idzie do kolejnej, średniej szkoły, po której dobrze, żeby wiedziało, co chce w życiu robić, czyli zostało praktykiem w jednym z poważanych przez „środowisko” zawodów: prawniczym, lekarskim, względnie inżynierskim. A uczyć się musi. I studia musi mieć. Bo bez studiów będzie nikim. Koniec.

A ja?” - zapytała Anka. Zapytała i nie znalazła odpowiedzi. Bo ponad wszystko drażnili ją ludzie nudni. Nie chciała za wszelką cenę stać się jeszcze jedną nudną babą tęskniącą tylko za mężem, rodzącą mu dzieci, spełniając w ten sposób oczekiwania gatunku. Przecież nie będzie całe swoje życie przerzucać kartek. Ewentualnie mogłaby leczyć dzieci, ale nie za cenę konieczności opanowania trajektorii ruchu jednostajnego po okręgu. Nie chciała jednakowo się ubierać, wykazywać dobrymi ocenami i biegać potem przez resztę swoich dni co rano do pracy. Spierać się nad polityką, kupować te same produkty i marzyć o jednej jedynej podróży do Juraty, z jęczącymi dziećmi i znudzonym mężem. Gdzieś musiał istnieć lepszy, bardziej kolorowy świat, dający szansę na pokazywanie dobra. Bez codziennych, dobrze znanych z domu awantur o pieniądze, o brak drugiej osoby, o przyszłość dzieci. Musiało gdzieś istnieć lepsze miejsce. Chociażby we własnej głowie. „No to będziesz musiała go sama poszukać” - podpowiedziała jej głowa.

Najgorsze, co mogło ją spotkać, to życie jak ciągnąca się, letnia zupa, czy stygnący budyń. Ten sam zapach i smak. Nie niedobra, ale wystarczyło by trochę przypraw, nieco wyższa temperatura, by zrobić z niej zjawisko. Niestety ta zupa nigdy się nie kończyła. Jak wielki półmisek budyniu, który stygnąc, stawał się mdły.

 

W naszym słowiańskim społeczeństwie występuje zaledwie kilka postaw wobec pracy. Jest ta bardzo pragmatyczna, każąca się pracowicie dorabiać, zawarta w prostych, wulgarnych, dosadnych słowach „trzeba zapierdalać”. Nie ważne, że się nie chce, nie widać drugiego brzegu, ogólnie mgła i niemoc. Trzeba robić to, co się potrafi i jakoś to będzie. A jak się już zrobi, trzeba robić dalej. Działanie wyjęte z kontekstu, nie dające ogarnąć całości. Coś, jak bieganie z taczką, do której ładowany jest materiał. Przez cały dzień, tydzień, miesiąc, do upadłego. Bez zastanowienia, co się tak naprawdę buduje. By dostać wynagrodzenie za każdą kolejną taczką. A po wielu dniach tak wytężonej pracy okazuje się, że powstająca budowla jest kolejnym więzieniem.

Z drugą postawą wobec pracy spotkałem się dopiero na studiach. Raczej bardziej do mnie dotarła jej rozmyta idea, dotąd niedostrzegalna wobec wszechobecności tej pierwszej. Nagle okazało się, że wszystko, co się liczy, to krótkotrwały przebłysk, który pozwala zakończyć zadanie matematyczne lub w ogóle je rozwiązać. Sztuczka, konwersja, podstawienie, dostrzeżenie zależności w odpowiednim momencie. Nagle, w jednej chwili, pojawiało się wyjście, do którego inaczej trzeba by dążyć żmudnie i przez długi czas. Okazało się, że nie liczy się pracowitość. Nie ona jest cnotą. Liczą się prawidłowe rozwiązania, uzyskiwane w najprostszy, najszybszy sposób. Ale nie koniecznie zrozumiałe, proste do wytłumaczenia. Pracowitość przydawała się wyłącznie podczas przygotowywania sprawozdań z laboratoriów. Czasami, po wielu godzinach wklepywania do komputera wyników i zmuszania prymitywnych jeszcze wtedy aplikacji do wygenerowania wykresu nie starczało mi siły, by wyciągnąć z wykonanych obliczeń wniosków. A przecież tylko wnioski się liczyły. Wnioski spychały całą tą żmudną pracę na plan dalszy. Facet biegający z taczką i ładujący do niej łopatą kruszywo stawał się jedną z liczb w jednej z tabelek. Uległ uproszczeniu, skróceniu, jak podczas skracania ułamków.

Wiele lat później, mniej więcej wtedy, gdy poznałem Ankę, dotarła do mnie trzecia droga. W ogóle dychotomia modelowania tego świata, przedstawiania tyko dwoistości wyborów, nigdy mi nie odpowiadała. Przez czystą zasadę przekory starałem się zawsze znaleźć przynajmniej trzecie wyjście z sytuacji. W przypadku postawy wobec pracy tym trzecim wyjściem okazała się postawa ludzi żyjących na Zachodzie. Okazało się, że w jakiś niezrozumiały sposób, być może wskutek kumulacji kapitału, nieobecności przemocy w rodzinie, szkole, miejscu pracy, ludzie ci są bardzo pewni siebie. Do tego panuje tak powszechny dobrobyt, że nie muszą się przejmować tym, co będą robić następnego dnia. Jeżeli nie chcą, to nie pracują. Zawsze znajdzie się dla nich zajęcie, które zapewni im biologiczne przetrwanie. Tylko przetrwanie, albo aż. Owszem, jeżeli będą mieli bardziej wyrafinowane potrzeby materialne, typu samochód, domek z ogródkiem, jacht czy samolot, to będą musieli na nie ciężko pracować, ale wszystkie te dobra są w ich zasięgu. Na dobrą sprawę wszystko, cały czas swojego życia mogą poświęcić dla siebie. Całymi godzinami, dniami, tygodniami mogą się zastanawiać, kim chcą być, co chcą robić. Ważne, żeby im było dobrze, a raczej przyjemnie. Takie sformułowanie warunków pociąga za sobą pułapkę popadnięcia w stan nieokreśloności, bezcelowości, jak praca w barze w wieku trzydziestu sześciu lat, bo ktoś sobie wymyślił, że będzie aktorem. Głównym zagrożeniem jest jednak egoizm, egocentryzm. W zamian za to ludzie kierujący się tym przesłaniem potrafią słuchać, potrafią rozmawiać o byle czym, nie czując upływu czasu. Z drugiej strony po podjęciu decyzji o zajmowaniu się czymś konkretnym, na przykład utrzymaniem jakiejś maszyny, popadali w perfekcjonizm. Znowu znikał czas, jako parametr wyznaczający sens istnienia. Potrafili pozostawać po godzinach, ślęczeć nad jakimś drobiazgiem, typu śrubka, w której z jakiś powodów zaokrąglił się gwint, całymi godzinami.

Wszystko po to, by im było przyjemnie. W ramach przyjemności mieścił się święty czas urlopu. Podczas gdy w słowiańskim kraju w przypadku pojawienia się nieprzewidzianego problemu pracownik był ściągany z urlopu. Na Zachodzie urlop był świętym czasem pracownika. Stać ich było na podróże jachtami po ciepłych morzach, wyjazdy do Azji Południowo-Wschodniej, wyprawy do najpiękniejszych zakątków świata. A do tego jeszcze mieli pięknie urządzone mieszkania, drogie samochody. Pamiętam nieukrywaną zazdrość Anki, gdy po jednym ze służbowych pobytów w Holandii pokazałem jej młodego faceta, młodszego ode mnie, opartego plecami o drzwi sportowego kabrioletu BMW, który kupił za niewielki kredyt. Odtąd marzyła o Audi TT, a ja pomagałem wymieniać jej ciągle przepalające się żarówki w jej błękitnym Fordzie Ka.

Według filozofii „tz” („trzeba zapierdalać”) praca czyni wolnym, bo daje chleb. Nie musi być przyjemnie, satysfakcja ma polegać na samej możliwości pracy. Jest praca i są pieniądze. Dlatego zamiast zająć się realizacją swoich planów zasuwałem codziennie do nie-swojej fabryki, by pomagać innym tworzyć dochód narodowy brutto. Ale przynajmniej jeździłem tam na rowerze, wypinając się na siodełku na cały konformizm, wygodnictwo ludzi siedzących w autach, spalających kopaliny pochodzące gdzieś z syberyjskiej lub arabskiej ziemi, finansując cudze armie i systemy podatkowe.

 

Miałem ciężki dzień. Na szczęście nie pada i wreszcie przekręcam klucz w zamku zabezpieczenia roweru. Czuję na skórze wilgoć, z ust wydobywa mi się para, zimno przenika przez nogawki spodni, otacza uda. Na parkingu, na którym trzymam rower, z tyłu budynku, jest zupełnie ciemno. Przez cały dzień gapiłem się w świecący monitor i teraz jestem prawie zupełnie ślepy. Dopada mnie samotność i bezsens całej tej sytuacji. Wychodzę z pracy, której nie lubię, nie rozumiem, nie robi mnie lepszym, nie mogę się nią z nikim podzielić. Wracam do domu, który nie jest mój, ja go tylko spłacam. W tym domu nikt na mnie nie czeka. Prostuję się i głęboko oddycham. Zaciskam dłonie w pięści. Zaczyna mi być zimno. „Samotność nie istnieje”, powtarzam sobie. Ładuję plecak do jednej z sakw. Odpycham się od ziemi i jadę przez styczniową noc.

Praca w korporacji nauczyła mnie kontrolowania upływu czasu, planowania. W skali mikro i w skali makro. W skali mikro była teraz siedemnasta trzydzieści. Czyli do sklepu dotrę za czterdzieści minut. W sklepie spędzę około trzydzieści-czterdzieści minut. Będzie osiemnasta piętnaście. Do domu mam kolejne piętnaście minut. Rozpakuję bamboły, zrobię parę rzeczy. Do dziewiętnastej powinienem mieć gotowy obiad.

W skali makro życie sprowadzało się do egzystencjalizmu pragmatycznego. Tydzień zmieniał się w siedem wierszy na kartce papieru A4. Każdy dzień to osiem-dziewięć godzin w pracy, godzina rano na rozpęd, godzina wieczorem na powrót. Pozostawało cztery-pięć godzin na „ciche zajęcia własne”. Jeden dzień w miesiącu na wizytę w banku i opłacenie raty, po jednym dniu na wizytę w sklepach. Jeden dzień na wizytę u rodziny. Może jakieś kino, może nie. Życie to czas, twój czas.

Chyba, że miałem ciężki dzień. Wtedy po powrocie nie istnieję. Jestem egzystującym zbiorem komórek, które trzeba nakarmić, odprowadzić metabolity. Przeczekać czas do kolejnego wyjścia do pracy. Nie mogę spać, nie mam ochoty rozmawiać. Zanurzam się w mgle samego siebie. Pragmatycznie oceniając sytuację mogę przecież przerwać ten stan. Zacząć robić, na co mam ochotę. Ale nie wiem, gdzie jestem.

 

Wchodzę do mieszkania. Zostawiam rower na klatce schodowej, żeby trochę obciekł. W kuchni pali się światło, więc wchodzę do jasnego pomieszczenia. Na stole mnóstwo papierów. Blat kuchenny zastawiony szklankami. Wyczuwam zapach kawy. Nie ma Anki.

Rozbieram się, zwykła kolejność czynności. Wchodzę do pokoju, gdzie śpi. Rzeczywiście, śpi, półleżąc. Wsadza sobie dłonie kłykciami do oczu.

- Która godzina? - pyta.

- Za dwadzieścia siódma.

Ziewa, znowu się przeciąga. Nie ma stanika. Jak zawsze, gdy jest w domu. Ale tego swetra nie znam.

- No to pospałam. Coś nie zawsze ci działa ten internet.

Na pewno pachnie teraz samą sobą, jak zawsze, gdy dłużej spała. Odwracam od niej głowę.

- No, wiem. Zrobię coś do jedzenia. - Mówię.

- Nie musisz. Ja coś tam jadłam. Miałeś w lodówce. I jest jeszcze trochę sałatki. Masz tu blisko sklep. Ty gdzieś jeździsz po te zakupy?

Nie odpowiadam. Przestawiam się na dobrze znany mi program, w którym nie ma specjalnie miejsca na myślenie o niczym oprócz tego, co się właśnie robi. Trochę tak, jak z jazdą na rowerze. Dlatego jest taka fajna, tak bardzo relaksuje. Nie możesz jednocześnie myśleć o problemach i jechać na rowerze, bo się przewrócisz. Musisz całą percepcję przestawić na przetrwanie oraz podłączyć ją do aparatu mięśniowo-szkieletowego.

Musiałem sobie sam poukładać świat, bez niej. Nauczyłem się między innymi przygotowywania prostych, szybkich ale smacznych posiłków. Kiedyś to było jej zadanie. Ja po prostu konsumowałem z wdzięcznością. Całując ją potem po dłoniach. Wiedziałem, ile potrzeba, by zrobić coś do jedzenia. Tłumaczyłem sobie, że przygotowywanie jedzenia jest dla niej możliwością tworzenia, czyli czymś, co przecież kocha robić. Świetnie gotowała. W zamian za to oczekiwała, że będę zmywać lub przynajmniej pomagać jej w zakupach. Nie dotrzymałem tej umowy społecznej.

Słyszę „szloranie” kapciami po panelach. Wychodzi do łazienki.

Robię swoje. Odnajduję się w krainie smaków i zapachów. Nauczyłem się robić tylko sałatki. Pamiętam, jak na początku postanowiłem pamięciowo opanować rozłożenie artykułów w pobliskim Lidlu. Dlaczego akurat Lidlu? Bo akurat koło niego przebiega moja codzienna trasa przejazdu. Co prawda jeszcze bliżej mam do Biedronki, ale tam nie można płacić kartą. Dopiero jakiś czas później ktoś mi podpowiedział, że przecież przy każdej Biedronce jest bankomat, ale było to już bez znaczenia. Odnalazłem w Lidlu wszystko, czego potrzebowałem: zapakowane w małe foliowe worki posiekane warzywa. Wysypywałem je do miski, dodawałem kilka składników i tak powstawała sałatka. Do tego grzanki z chleba pełnoziarnistego i herbata. Przy okazji nauczyłem się smaku ziół. Właśnie posypywałem ziołami przygotowywaną sałatkę. Garść oregano i garść bazylii. Przyprawy trzymam w małych słoiczkach specjalnie na przyprawy. Na każdym z nich nakleiłem nazwę przyprawy, która znajduje się w środku.

Anka stanęła tuż koło mnie i wsadziła swój wielki łeb do miski, chyba wąchając.

- Zioła? Dodajesz ziół?

- Tak. Tak jest dużo smaczniej.

- Przecież ty nie masz węchu. - Odparła z pogardą.

- Jak to nie mam? Przecież kawę czuję.

- A, no tak. „Kawa śmierdzi”. Zapomniałam. Jak ja.

Próbuje mnie zdenerwować? Po co to powiedziała.

- Mogłabyś się tak do mnie nie zbliżać?

- Bo śmierdzę? - Stoi tuż za mną. Czemu tak blisko?

- Nie, bo coś robię. Nie pomagasz mi. Daj talerz, nałożę ci.

- Sama sobie nałożę, jak będę chciała.

- Dobra. Sałatki zawsze trzymam tutaj. - Podchodzę do lodówki, otwieram jej drzwi i wskazuję na jedną z dwóch dużych szuflad z przezroczystego poliwęglanu, na samym dole.

- Cicho tu masz. Ja zrobić, żeby była jakaś muzyka? Znalazłam jakieś płyty, ale masz same smutki. Telewizora nie masz?

- Nie mam. Puść sobie radio przez internet. W tym pokoju, w którym śpisz, masz kolumienki. Możesz podłączyć do laptopa.

Zmieszałem składniki sałatki. Czuję, jak pachnie. Intensywny zapach ziół, chociaż ususzonych, miesza się z zapachem herbaty. Z tostera wyskakują grzanki. Wyciągam talerz i sztućce.

- A pralka? Jak ją odpalasz? - Pyta.

- Mogę najpierw zjeść?

- Ta, zjeść. To ja ogarnę trochę ten jubel na stole.

Odwracam się do niej plecami, bo siedzę przy blacie kuchennym, w pobliżu okna. Kurcze, rzeczywiście nie jest za ciepło. Będę musiał jutro pogadać z facetem, który konserwuje mi instalację gazową. Może da się z tym coś zrobić. Jakieś dodatkowe zawory, czy coś.

Co ja będę robił po obiedzie? Normalnie bym się uwalił na tym łóżku, na którym teraz śpi Anka. Wypadałoby posprzątać. Tyko nie dzisiaj. Wyczuwam, że jeszcze trochę atrakcji i zacznie mnie boleć głowa. Muszę zabrać swój laptop z tego pokoju, gdzie ona śpi.

Jej obecność wymusza na mnie wykonywanie czynności w innym porządku i z większą intensywnością, niż gdybym był sam. Na tym przecież polegał jej cudowny wpływ wtedy, gdy byliśmy razem. Potrafiła mnie zmienić. Dzięki niej odnajdowałem inne możliwości realizacji codziennych czynności. W tym jednym zdaniu jest wszystko, co potrafię powiedzieć o życiu z drugą osobą, z kobietą. Potrafiła spowodować, że odnajdowałem innego siebie. I chciałem, by to działało z wzajemnością.

- A ty co dzisiaj robiłaś?

- Jak zjadłeś, to pokaż mi, jak się podciąga to cholerstwo.

- Jakie cholerstwo? - Pytam.

- Żaluzje, tak? Kiedyś miałam coś takiego. Okropne. Ciągle się zacinało. A tego to już w ogóle nie wiem, jak.

Idę za jej głosem. Ręce na biodrach i gapi się na niewielkie białe pudełko, z którego wychodzi sznur, biegnąc wzdłuż boku otworu okiennego i znika w otworze pod sufitem.

- Przesuń się. - Chyba specjalnie zastawiła mi drogę do okna.

- Tu łapką łapiesz i ciągniesz do siebie. - Zastanawiam się, czy komunikat był jasny. - Czyli od okna. - Dodaję. - I trochę w dół, aż poczujesz, że żaluzja podjeżdża.

- A, że żaluzja... - Powtarza.

- „Ażeżaluzja”. Trudne słowo. - Ja też powtarzam. - Teraz Ty. „Prosz”...

Patrzę na jej dłonie, z lekko krzywymi, długimi palcami. Są piękne. Nazywałem je płetwami, bo są prawie dokładnie wielkości moich dłoni. Po prostu ja mam małe, ale żartowałem, że to jej są takie wielkie, jak męskie. Jak płetwy. Bo bardzo lubiła pływać, nawet w basenie.

Znowu o niej myślę, przez cały czas. Co ona tu w ogóle robi. Przecież wszystko zniszczyła. Nagle pojawia się tak sobie...

- Wychodzę na chwilę.

- Pralka jeszcze. - Przytyka teraz palec wskazujący do ust, a ja, nie wiedzieć czemu, patrzę się na to jak zaczarowany. Muszę się opanować.

- No, co z nią? Zwykła „nemecka” pralka.

- A „nemecka”... Co z nią nie tak?

- Wszystko jest tak. Tu masz proszki. - Otwieram drzwi do składziku, małego pomieszczenia w kuchni, w którym mieszka oprócz proszków piec gazowy. - Tu jest pralka. Jak już zrobisz pranie, to możesz je rozwiesić na balkonie. Chodź.

Znowu „szlora” kapciami. Pokazuję jej składzik. Wyczuwam gnijące jabłka.

- Tu jest stojak. Rozstawiasz i schnie.

- Tutaj schnie? Przecież tutaj jest zimno i wilgotno. - Zauważa.

- No racja. Ale schnie. Jak będziesz bardzo chciała, żeby ci wcześniej wyschło, to przestaw stojak do środka. Tutaj. - Pokazuję na wolną przestrzeń przy łóżku.

- Acha. I nie będzie ci przeszkadzać?

- Będzie, ale sam tak robię.

Już widziałem oczami wyobraźni jej majtki i staniki, jak na nie patrzę zaraz po przebudzeniu.

- A głośna jest ta pralka?

- Głośna jak cholera. Dlatego piorę, jak muszę i zawsze tak dwie godziny przed ciszą nocną. Lubi wyjeżdżać na środek kuchni, więc trzeba ją trochę pilnować podczas wirowania.

- Teraz mi to mówisz? - Znowu stoi bardzo blisko mnie.

- Anka, odsuń się trochę, co?

- Jeżu... Miałeś zły dzień?

- Nic cię to, przyjaciółko. - Wstrzymuję się, żeby jej nie odepchnąć. Chciałem w klatę. - Wychodzę. Na pralce masz napisane co i jak, jaki program. Ja używam w zasadzie do wszystkiego takiego, że jest czterdzieści stopni i godzina piętnaście. I nie syp do tych komór na proszki, tylko prosto do bębna, bo coś z nią jest nie tak.

- Ale, ale... - Odsuwa się. - To potem mi pokażesz.

Zakładam buty najszybciej, jak potrafię. Zarzucam kurtkę i wychodzę. Ale zimno. Zamiast poleżeć na łóżku wychodzę na dwór. Przez nią. Wściekły jestem. Wychodzę przez nią ze swojego domu.

Idę na róg ulicy. Wyciągam z kieszeni komórkę. Jeden sygnał, drugi, czwarty.

- Piotr? Możesz gadać? - Zaczynam.

- No mogę. Co jest? Będzie rozmowa? - Piotr mówi szybkimi, krótkimi zdaniami. Wyczuwam, że jest zajęty. Mam to w dupie.

- Czemu mi nie powiedziałeś, że Anka o mnie wypytuje? - Przechodzę od razu do rzeczy.

- No czemu, czemu. Przecież się znaliście tyle lat. To chyba normalne, że chciała coś wiedzieć.

Brzmi realistycznie. Ale i tak jestem wściekły.

- Powaliło cię? I tak po prostu jej opowiedziałeś, gdzie mieszkam? Przecież ty jej dałeś mój dokładny adres.

- Wkurwiłeś się?

- Tak, a co myślałeś? Że się ucieszę? Nie pamiętasz, jak się rozstaliśmy? - Wyrzucam z siebie.

- Słuchaj, o rany. Rzeczywiście mogłem ci powiedzieć. To była krótka rozmowa. Przecież normalnie ona do mnie nie dzwoni. Ja ją też przecież znam. Mogłem ci powiedzieć. Wyleciało mi to z głowy. Coś jeszcze?

- Jak to, coś jeszcze?

- Gościu, co się wściekasz? Przecież powiedziałem tylko Ance, gdzie mieszkasz. Nie wiem, co się z nią dzieje. Nie wiem, gdzie jest. Zwykła informacja. Tyle.

Nie wiem, co powiedzieć. Może powinienem mu wygarnąć, że Anka jest teraz u mnie. Nie. Muszę to sam załatwić.

- Coś jeszcze? - Pyta Piotr.

- Nic w sumie. Co u dzieciaków? - Zmieniam temat.

- Dobrze. - Załapał natychmiast, że zmieniam temat. - Baśka trochę choruje, więc nie chodzi na razie do przedszkola. A poza tym dobrze. Tak, dobrze. - Standardowa codzienna odpowiedź. - Wiesz, robię coś, więc jak to wszystko, to do następnego.

- Co ona dokładnie ci powiedziała? - Pytam.

- Że przyjeżdża do Gdańska i jest ciekawa, co u starych znajomych.

- I akurat do ciebie zadzwoniła?

- No nie wiem. Wiesz, jakie są baby. Przecież kiedyś robiła dla mnie jakieś zlecenia. Myślałem, że roboty szuka.

- I? - Pytam dalej.

- I szuka. Pytała o pracę.

- A ty jej opowiedziałeś, gdzie mieszkam.

- Chłopie, nie dramatyzuj. Co, koczuje ci teraz pod domem?

- Dobra, Piotr. Wracaj do rodziny, roboty, czy co tam robisz. Dzięki za rozmowę. Cześć.

- Weź może... Jak chcesz pogadać, to wpadnij. Nie wiedziałem, że cię jeszcze Anka obchodzi. Cześć.

 

Wiedziałem, że mnie obchodzi. Tyle lat, a ona nagle wraca. Najbliższy przyjaciel nic mi nie mówi. Kurcze, nie wyrzuciłem jej z głowy. Nie udało się. Mam teraz wrócić do siebie jakby nigdy nic? Żebym musiał wychodzić, żeby z kimś porozmawiać.

Jestem zmęczony. Nie odespałem jeszcze „wszawej”. Potem były te backupy. Już prawie dziewiąta.

Wracam. Anka się zrywa od stołu kuchennego.

- No wrzuciłam pranie. Wsypałam proszku. I co teraz? - Pyta.

Rozbieram się. Bez słowa podchodzę do pralki. Obracam pokrętło. Wciskam przycisk start. Pokazuję palcem na wyświetlacz, na którym widać przewidywany czas prania: godzina i piętnaście minut. Biorę laptopa z pokoju, w którym śpi i zanoszę do swojego.

- Chcesz herbaty - pyta.

- Daj mi spokój. Jutro wrócę o podobnej porze. - Wchodzę do pokoju i zamykam drzwi.

- Tak, przyjacielu.

Cholernie zabolało. Kładę się na łóżku i aż się kulę. Nie zapalam światła. Włączam laptopa i zaczynam przeglądać zwyczajowy zestaw stron www. Wyrzucam z głowy Ankę i jej pranie. Znajduję sobie wykład z podstaw analizy matematycznej. Jest po angielsku. Mogę posłuchać, jak prawidłowo wymawia się „negligible”, „legal”, czy „intemismonial”. Działa jak kołysanka. Zasypiam.

Budzę się, gdy wchodzi do mnie do pokoju. Rozstawia stojak na pranie. Na szczęście nie zapala światła, posiłkując się światłem z przedsionka. Rozwiesza bluzki, kilka staników. Widzę to spod półprzymkniętych powiek. Nie patrzy na mnie. Zgrabny ma tyłek w tym dresie, który wyraźnie rozdziela jej dolną część pośladków, wchodząc, gdzie nie powinien. Zamykam oczy. Czuję zapach świeżego prania. Moje pachnie tak samo. Nic zresztą dziwnego, przecież używa tych samych proszków. Zamyka drzwi, ale nie gasi światła w przedsionku.

 

Znowu budzik, czyli zrobił się kolejny dzień. Program poranny.

Anka nie śpi. Ślęczy nad laptopem. Widzę fajne kolory. Patrzę na zegarek. Muszę wyjść za dziesięć minut, jeżeli nie chcę się spóźnić.

Wchodzę do pokoju, gdzie sypia. Już zdążyła zrobić bałagan. Biorę z biurka swój monitor. Wydałem na niego sporo pieniędzy. Świeci jak marzenie. Chyba kolory też nieźle odwzorowuje. Wracam do kuchni. Podłączam go do listwy.

- Bry. Podłączę ci do laptopa. Może ci się przyda. Będziesz lepiej widzieć.

- Bry. Nie chcę. Robię coś teraz. - Patrzy na mnie, ma zmęczone oczy. Chyba siedziała tak całą noc.

- I tak ci podłączę. Odsuń się.

Manipuluję przy wtyczce do jej laptopa. Potem siadam przy klawiaturze i włączam klonowanie obrazu.

- To nie jest miłe. - Protestuje. Wstaje i wychodzi do ubikacji.

Na ekranie rozlewają się kolorowe, przenikające się litery „E” oraz ciąg „nerga”. Kurcze, niemożliwe. Robi logo Energii? Największej spółce energetycznej w tej części kraju? Nic to. Zaczynam się ubierać i wyprowadzam rower. Uderzam otwartą dłonią w drzwi od ubikacji.

- Wychodzę. Nic nie kupię. Nie czekaj na mnie.

Coś zawarczało, ale nie chciało mi się zrozumieć. Zamykam zamek. Zaczynam pedałować przez ciemność.

Ludzie różnie postrzegają czas. Dla niektórych składa się on z odcinków, podzielonych nocami. Wstaje nowy dzień, świat zaczyna się od nowa. Nadchodzi noc, żegnają poprzedni dzień. Tak miała Anka. Żyła ciągle od nowa. No chyba, że przytrafiło jej się zlecenie. Wtedy potrafiła siedzieć nad projektem od rana do wieczora, albo właśnie dłużej. Dopóki go nie skończyła, dopóki nie była z niego zadowolona. Ale później wara temu, kto spróbowałby ją obudzić. Kiedyś nieświadomy tych zasad chciałem jej zrobić niespodziankę i w sobotni poranek wtoczyłem się do jej pokoju z radosną nowiną, że zrobiłem śniadanie. Rzeczywiście, nakryłem do stołu, ustawiłem talerze, szklankę i tak dalej. Zalałem nawet kawę. Chciałem ją zobaczyć, taką rozczochraną, jak dłubie jednym palcem w oku, a drugą dłonią miesza kawę. Zjeść z nią śniadanie po prostu chciałem. Ależ mi się wtedy dostało... Jakbym przebudził piękną czarodziejkę, o długich rudych włosach i zielonkawych oczach, która całą noc w skromnej mitrhilowej zbroi wpychała Upiora do małej metalowej puszki, walcząc z nim całą duszą i ciałem. Całą noc pazurami dopychała zamknięcie, ugniatała puchę, jednocześnie rzucając z dłoni, różdżki, kordu, ciężkimi zaklęciami, chrypnąc, opluwając się, krwawiąc, wypruwając z siebie całą manę, by to cholerstwo wreszcie dopchnąć, wykończyć. A potem padła nieprzytomna ze zmęczenia, niedbale rozrzucając włosy, bez pamięci zostawiając za sobą przeszłość i trudy walki.

Następnym razem, w kolejny weekend, zrobiłem znowu śniadanie, ale tym razem „na zimno”. Dwie kanapki, na każdej z nich narysowałem ketchupem uśmiechniętą buźkę i zająłem się swoimi sprawami. Aż zakwiliła, około południa.

Nie pamiętam, jak to się stało, ale teraz czas jest dla mnie pojęciem ciągłym. Pójście spać nic nie zmienia. Mam ciągłą świadomość zdarzeń, co nie znaczy, że nie zapominam. Bardzo ciężko jest mi natomiast przez takie odczuwanie czasoprzestrzeni gdzieś wyjechać.

Kiedyś, gdy byłem młody, bardzo lubiłem wyjeżdżać. Tak naprawdę to nie były wyjazdy, tylko ucieczki. Po prostu nienawidziłem domu i wszędzie było lepiej. Z tego samego powodu ciężko odchorowywałem powroty. Bo znowu musiałem popychać wózek szkolnego niewolnika, bez żadnych wyjaśnień trudzić się nauką. Gdy zacząłem pracę, zrozumiałem, jak wielkim oszustwem jest urlop. Wymuszona, sztuczna przerwa w egzystencji. Ochłap szczęścia rzucony w nie do końca przypadkowym momencie. Jakby ktoś mi mówił: zobacz, tak mógłby wyglądać świat, tak mogłoby wyglądać twoje życie. Ale jest inaczej. Zupełnie, jakby ktoś mi mówił: „Wypożyczamy ci kawałek tego świata, możesz go przez chwilę poużywać, przez chwilę posmakować, poznać niektóre szczegóły. Pod warunkiem, że nam zapłacisz, a potem wrócisz do siebie. I nie tęsknij. Masz przecież swoje życie”.

Znienawidziłem urlopy. Musiałem je brać, ze względów finansowo-księgowych przedsiębiorstwom bardziej opłaca się wysłać pracownika na urlop, niż mu za niego zapłacić. Pamiętam, że pierwsze dwa urlopy przesiedziałem w domu zastanawiając się, jak innym ludziom udaje się sztuka odpoczynku, oderwania się od rzeczywistości. Jak udaje im się nie zwariować, jeżeli po wizycie w jakimś powalającym urodą miejscu ktoś każe im wrócić. Jak można tak się krzywdzić, samemu sobie zadawać taki ból?

Podczas pobytu w jakimś egzotycznym miejscu chciałem lepiej je poznać. Nie tylko obejrzeć fasadę budynków, ale także zobaczyć podwórka. Zobaczyć, jak ci ludzie spędzają czas po pracy, o czym rozmawiają. Sposobów na poznanie ich codzienności jest kilka. Zaczynając od wizyty w pubie, po wizytę na rynku, pod szkołą, w dużym sklepie. Można wtedy spróbować zagadać, spytać o drogę, o historię odwiedzanego miejsca. Nienawidziłem sposobu podróżowania wpojonego przez szkołę. Szkolna wycieczka oznaczała całe godziny w ciasnym, śmierdzącym autobusie, w niewygodnej pozycji. Następnie szybki bieg z gadającym jak kataryna-Katarzyna przewodnikiem-przewodniczką, setki faktów, jakieś nic nie znaczące daty, brudno-czerwone cegły. Posiłek w taniej restauracji, równe porcje, kompot w wielkich kubkach z grubego, ciemno-białego szkła z regionalizmem na powierzchni. Powrót tym samym autobusem, już po zmroku. I gdzie ja byłem? Nie pamiętam... W pamięci zostały mi jakieś strzępy, jak połamana deska klozetowa w ubikacji, do której musiałem stać w długiej kolejce kolegów i koleżanek, nadłamane drzewo na placu zamkowym oraz konieczność odrobienia pracy domowej, opisanie jakiś bzdur o dominacji, konsekwencji paktu zawartego w zamku na losy klasy rycerstwa.

Nie wolno było nie jechać. I trzeba było za to zapłacić.

W wyniku reakcji obronnej wypracowałem cały system, oparty na racjonalnych przesłankach, dlaczego nie jeżdżę na urlopy. Tylko że nikt tego nie chciał słuchać. Wszyscy tylko wybałuszali oczy, gdy mówiłem, że nie lubię urlopów.

Dla Anki to był prawdziwy cios. Poznała kolesia, który nie chciał nigdzie jeździć. A świat na nią czekał. Oboje mieliśmy w miarę stabilną pracę, stabilne wpływy. Według jej wyobrażeń u mnie na koncie systematycznie kumulowała się rosnąca suma, bo przecież nie mam żadnych dóbr materialnych, skoro nie mam samochodu i ubieram się jak łajza, w ulubionym kolorze zielono-oliwkowym, w długie sprane swetry i nigdy nie piorę spodni.

Odkryłem rower. Szybko stał się dla mnie najważniejszym z wynalazków. Dawał mi radość, zastępował telewizor, nauczył podróżowania. Stachura w „Siekierezadzie” napisał, co to jest droga. Parafrazując, by poznać drogę, trzeba ją poczuć. Najlepiej gołą stopą. Gdy świeci słońce, ale także, gdy pada deszcz. Drogę trzeba zrozumieć. Dlaczego skręca, dlaczego idzie pod górę, dlaczego się rozdwaja. Rower dał mi to wszystko. Pot przyklejający koszulkę do pleców, szaleńcze zjazdy, gubienie drogi, pospieszne zdjęcia, lody w miejscowym maciupkim sklepie, w którym nie było jak rozmienić Jagiełły, bo ostatni raz taki nominał gościł tu dawno. Dzięki rowerowi odkryłem, że wielkie przygody czają się niemal tuż za rogiem. W każdym razie tuż za linią horyzontu. Bo czym różnią się trudy podróżnika, który za ciężką kasę wyprawia się gdzieś na północ, żeby zdobyć na przykład biegun od wypraw, które organizowali moi koledzy, gdy w niedzielny poranek, przy minus piętnastu, przejeżdżaliśmy na przykład osiemdziesiąt kilometrów, często pod wiatr, zamarzniętym morskim brzegiem? Jazda nocą, przez las, w białym korytarzu otoczonym absolutną ciemnością. Naprawa uszkodzonego łańcucha podczas listopadowej nocy, w strugach padającego deszczu. Pytanie towarzyszy, po dziesięciu godzinach na siodełku: „dajesz radę”? I radość z powrotu, ze smaku herbaty z sokiem malinowym. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja po wielu godzinach na rowerze, po zakończeniu wyprawy, czuję się lżejszy. Jakbym prawie nic nie ważył. Staję się lekki, leciutki. Strasznie przyjemne uczucie.

Zamiast wyjeżdżać gdzieś na inne kontynenty i zwiedzać cudze ziemie, wolałem przeżywać swoje małe skalą, ale wielkie doświadczeniem przygody w okolicy. Ot tak, żeby dało się wyjechać i wrócić tego samego dnia. Nie rozstając się z całym zapleczem cywilizacyjnym, ale jednak odwiedzając inny świat. Nie mogę do dzisiaj zrozumieć, dlaczego ludzie mieszkający ze mną w tym samym mieście nie korzystają z niesamowitego magazynu energii mentalnej, który znajduje się w pobliskim lesie. Przecież wystarczy dokładnie dwadzieścia minut pedałowania, by znaleźć się w innym świecie. Las porasta okoliczne wzgórza. Wspinając się na nie, w szybkim tempie, wydycha się cały stres, cały smród tego miasta, jego zależności, ludzkich małych spraw, zastępując je rytmem, rytmem obracającej się rowerowej korby, rytmem nadawanym przez wschody i zachody słońca, przez pory roku. Świat innych, naturalnych zasad, jak prawo zachowania energii, czyli, by zjechać z dużą prędkością, najpierw trzeba mozolnie podjechać, mając pod sobą dodatkowe piętnaście kilogramów metalu na kołach.

Nie lubię jeździć na rowerze. Kiedyś się przewróciłam i mam uszkodzone kolano. Nie sprawia mi to radości”. Anka zamknęła temat roweru w naszym życiu.

Miała rower. Całkiem, całkiem. Akurat, by na nim jeździć do pracy, czy na plażę. Musiałem walczyć ze sobą i boleśnie gryźć się w język. Do pracy miała coś z pięć kilometrów. Pracowała w miejscu, przy którym zawsze co rano i po południu, w porach szczytów, tworzyły się długaśne korki. Bo i tramwaj, i samochody, i skrzyżowania. Na całej niemal trasie biegła równolegle do drogi ścieżka rowerowa. Mimo to Anka wybierała samochód. Dostało jej się kiedyś od „kobiet”. Próbowałem atakować od drugiej strony, że kto zmieni świat, jak nie my, że drogie kopaliny, możemy zmienić życie na lepsze, uda jej się wzmocnią, tyłek będzie elastyczniejszy. „Jeden samochód mniej”. Dałem spokój.

Nie chciałem z nią jeździć za granicę „na wycieczki”. Miałem sporo argumentów. Drogo, byle jak, nie poczujemy klimatu, tylko dwa tygodnie, pod dyktando organizatorów wycieczki, w miejscach odwiedzanych przez miliony, a więc nieoryginalnie. A przecież moglibyśmy niebanalnie, na rowerach wyruszyć w rzadko odwiedzane kraje. Czemu mam płacić za czas spędzany u kogoś w gościnie znacznie więcej, niż tutaj.

Przekonała mnie. Udało jej się przedstawić sprawę w sposób, który uznałem za jasny i przejrzysty. Każde z nas płaci za siebie, a jeżeli mi się spodoba, to następny wyjazd należy do mnie, czyli ja wybieram. Pierwszy raz widziałem, że jej tak zależało. Dlatego się zgodziłem, bo się starała mnie przekonać. Mówiłem nie, a ona przynajmniej próbowała zbijać moje argumenty. Podczas tych rozmów czułem ją blisko siebie, jak próbuje mnie zrozumieć, ale jednocześnie pokazuje, że chce zmienić moje zdanie. Wyciągała mnie na siłe z pracy, przyjeżdżając po mnie kolejką, by coś tam kupić razem ze mną na podróż. Jak sobie teraz pomyślę, ile ją to musiało kosztować zachodu, to myślę, że była zakochana. Przecież zostawiała samochód pod domem, jechała do pracy autobusem. Po pracy w kolejkę, żeby dojechać do Sopotu, gdzie pracuję. Dalej znowu kolejką do centrum handlowego i wieczorem do domu. Miała wszystko przemyślane. Do głowy by mi nie przyszło, żeby się ubezpieczać na podróż, tudzież kupić jakiś krem z blokerem. Ona to wszystko wiedziała i kręciła się wokół tego, z uśmiechem. Pamiętam, że była wiosna, gdy przymierzała sukienki. Na co dzień zasuwała w spodniach, a teraz proszę. Strasznie fajnie było oglądać, jak próbuje niektóre dopinać i się ogląda, jak wygląda z tyłu. Rzuciłem od niechcenia, że nie ma to jak sukienki w kwiaty. Po kilku dniach miała takie dwie, w tym jedną w wielkie czerwone maki. Na tyle wielki, że jeden zakrywał jej prawie całą lewą pierś. A jest co zakrywać.

Muszę przyznać, że to była podróż mojego życia. Wszystko stało się strasznie szybko. Krótka chwila i już byłem w hotelu na innym kontynencie. Mam mnóstwo wspomnień. Mieszkaliśmy kilka pięter ponad miejscowym burdelem, smak koktajlów owocowych na miejscowym mleku, widok spracowanych kobiet kąpiących się w ubraniu morzu przy zachodzie słońca... Anka przez cały czas była przy mnie, często dosłownie trzymając mnie za rękę. Pierwszy raz nie zjarałem sobie doszczętnie skóry na ostrym słońcu, bo jakimś cudem doprowadziła do tego, że sam z siebie posmarowałem się kremem. Szkoda, że nie pamiętam, jak tego dokonała. Wspólnie zasypialiśmy w ciasnym, trzeszczącym łóżku, na przemian wtulając dłonie w naszą ciepłą intymność.

 

Dzisiaj udało mi się wcześniej wyjść z pracy. Wcześniej, nie znaczy, że po ośmiu godzinach. Jadę w kierunku domu. Znowu nie pada, ale mimo to świat jest cały pokryty wilgocią. Na przedniej oponie powstaje mała fala stojąca, raz wyższa, raz niższa, w zależności od tego, przez jak duże kałuże przejeżdżam.

Otwieram drzwi do mieszkania i zdaję sobie sprawę, że jeżeli z nią w końcu nie porozmawiam, to pewne rzeczy zaschną, staną się codziennością. Codzienność przykryje emocje, przez wyparcie. One nie znikną, nie przestaną istnieć, ale zaczną żyć własnym życiem, za pożywkę znajdując sobie domysły i półprawdy. Być może po jakimś czasie wydostaną się na powierzchnię, jak któreś z nich dojdzie do takiej temperatury, że cały ten gar iluzji, mitów i przekonań nagle się rozleje, na nasze nogi, a może i głowy.

Jedną z zagadek mojej jaźni jest utrata wrażliwości na to, co do mnie mówiła Anka. Pamiętam, że na początku naszej znajomości moja ociężała pamięć nagle dostała dawkę suplementów, które pozwoliły jej zapamiętywać każde jej słowo, odnosić się do każdego jej stwierdzenia, niczego nie pomijać. Z czasem Anka ośmieliła się na tyle, że mówiła zdecydowanie za dużo. Nauczyłem się przepuszczać większość z tego, co mówiła, bez udziału uwagi. Zwaliłem to na jej płeć, na stereotypy każące mi skupiać się tylko na jasnych komunikatach, bez potrzeby domyślania się intencji. Tymczasem w ten sposób umarła bardzo ważna część wrażliwości na drugą osobę.

Skoro już się złapałem na tym, że jednak jej obecność coś znaczy, mogę też przyznać, że znowu zapamiętuję, co do mnie mówi. Ale to się zaraz zmieni. Zacznę ją ignorować, odpychać. Przecież nie znam odpowiedzi na najważniejsze pytania. Co ona tu w ogóle robi?

- Pozmywałam. Wiesz, że ma zmywarkę. - Tyle powiedziała mi na dzień dobry.

- Cześć. - Odpowiedziałem.

 

Dodaj komentarz