Próbując sobie odpowiedzieć na zadane pytanie, postawiłem klika założeń.

  • Osoba dojeżdżająca do pracy codziennie pokonuje pomiędzy miejscem zamieszkania a miejscem pracy około 20 km (10 km w jedną stronę, 10 km w drugą).
  • Pokonuje spore różnice poziomów. Zakładam, że dojeżdżając do pracy zjeżdża z górnego tarasu miasta do dolnego, gdzie pracuje. Wracając do domu pokonuje odwrotny dystans.
  • Jest młodą, zdrową, aktywną, niezależną kobietą.Nie boi się pobrudzić, a wysiłek fizyczny traktuje jako rekreację wspierającą harmonijne utrzymanie aparatu mięśniowo-szkieletowego ;-)
  • Posiada samochód. Nic nowego, jest to samochód używany, z przebiegiem około 150 tys. km, którego jest kolejnym właścicielem.
  • Do tej pory tak do podróży podejmowanych systematycznie, np. w celu zarobkowania, jak i w celach czysto rozrywkowych wykorzystywała samochód.
  • Ma tzw. stałą pracę, czyli przez przeważającą większość roku porusza się w dni powszednie pomiędzy miejscem zamieszkania a miejscem pracy.

Zapraszam do lektury!

 

Powyższe założenia dosyć dobrze pasują moim zdaniem do sporej części populacji mieszkańców jeśli nie całego Trójmiasta, to przynajmniej Gdańska. Jak dobrze, sprawdź drogi czytelniku samodzielnie przeprowadzając mini ankietę na przykład wśród współpracowników w swoim zakładzie pracy.

 

Zadałem sobie następnie pozornie nielogiczne pytanie: Jak przekonać taką osobę, by porzuciła samochód. Albo, inaczej nieco formułując myśl: Jak przekonać taką osobę, by zaczęła korzystać z komunikacji miejskiej lub innych, alternatywnych metod transportu indywidualnego lub publicznego, by zostawiła swój samochód przed domem?

 

Spróbujmy po kolei:

  • Do pokonania jest 20 km, co daje 10 km w jedną stronę. Pomimo całego mojego entuzjazmu za graniczną wartość, która skłoniłaby kobietę do codziennej (powtarzam) jazdy rowerem pozwoliłem sobie przyjąć dystans 10 km. Taką mniej więcej odległość da się pokonać na rowerze przez 45 minut. Zakładam, że poświęcanie na dojazdy więcej niż 1,5 h dziennie zaczyna budzić frustrację i potrzebę poszukiwania alternatywnego rozwiązania takiego zadania logistycznego z uwagi na uciążliwość i powstający z tego  powodu spadek jakości życia. Cóż więc pozostaje? Skorzystanie z tzw. komunikacji publicznej. Jest to często gęsto rozwiązanie niekorzystne, przynajmniej na etapie 'pierwszej mili', czyli odcinka od miejsca zamieszkania do najbliższego dużego węzła komunikacyjnego (np. przystanku, z którym skomunikowanych jest jednocześnie np. 5 linii autobusowych, a nie tylko jedna).
  • Pokonanie sporych różnic poziomów sporadycznie, czyli od czasu do czasu, w ramach rekreacji, nie jest problemem. Ale jeżeli trzeba to robić codziennie, a w pracy pachnieć, to duży wysiłek fizyczny, który mógłby skutkować zwiększonym wydzielaniem potu, odpada. Znowu należałoby rozważyć wykorzystanie komunikacji publicznej.
  • Nasza bohaterka jest skłonna do wysiłku fizycznego, ale w pewnych granicach. Nie może sobie na przykład pozwolić na to, by siedzieć w spoconej koszulce sportowej. Lubi nosić eleganckie pantofle i oficjalne fatałaszki. Nie lubi moknąć w wyniku opadów atmosferycznych. Z biegiem czasu zaczyna szukać komfortu.
  • Posiada samochód. Pozwala on jej czuć się pewnie, niezależnie. Samochód rzadko ją zawodzi. Co prawda musi dla niego ponosić dodatkowe koszty, tak wyrażone bezpośrednio w pieniądzu, jak i w wydatku czasowym, ale w zamian otrzymuje na ogół pewny środek transportu, który działa zawsze i wszędzie, niezależnie od pogody, pozwalając jej przemieszczać się na spore odległości z zachowaniem względnie dużego komfortu. Samochód jako wydatek jednorazowy jest tani i łatwodostępny. Używane cztery kółka można kupić już za kilka tysięcy pln (2011).
  • Rozwiązanie problemu podróży w ogóle wymagałoby ogólnie sprawnego, wydolnego, łatwego w użyciu i taniego, zintegrowanego systemu transportu. Czyli na przykład jeden bilet niezależnie od tego, czy jest to tramwaj, czy autobus. Względnie jedna, prosta metoda wnoszenia opłat niezależnie od firmy oferującej usługi transportowe.
  • Stała praca sprzyja powstawaniu przyzwyczajeń, tzw. rutyny. A ta usztywnia umysł, stając się przyczyną stanu zwanego starością. Bardzo trudno jest wygrać z przyzwyczajeniami, bo stają się one niemal elementem osobowości. Dzięki nim jest po prostu łatwiej żyć.

 

 

Dlaczego komunikacja publiczna nie jest atrakcyjna dla przeciętnego posiadacza samochodu?

  • Jest kosztowna. Sporadyczne, spontaniczne korzystanie z komunikacji publicznej zwyczajnie się nie opłaca. Koszt dwóch biletów (jeden w jedną stronę, drugi powrotny) to często gęsto równowartość ceny brutto litra paliwa.
  • Jest mało wygodna. Jedziemy w ścisku, przy pogwałceniu naszej strefy intymnej, często w pozycji stojącej, nie mając wpływu na warunki podróży, sposób podróży, dobór trasy.
  • Ogranicza wolność. Nie pozwala na podróż w dowolnie wybranym momencie. Wymusza nie tylko planowanie, ale także zależność od czynników zewnętrznych, a przy tym często nie jest przewidywalna. Nie jest dostępna we wszystkich porach dnia i nocy. Nie jest dostępna z jednakową częstotliwością we wszystkich punktach miasta.
  • Nie gwarantuje zysku czasowego w porównaniu z tradycyjnym transportem kołowym. Jest w stanie co najwyżej zrównoważyć czas podróży samochodem.

 

Czy w takim razie w ogóle istnieje jakaś szansa, alternatywa dla samochodu? Postawię śmiałą tezę, że tak, a nawet, że taka alternatywa jest stosunkowo łatwo dostępna.

 

Spotykałem się juz nieraz z twierdzeniem, że osiągnięcie celu w postaci zintegrowanego, przyjaznego pasażerowi systemu komunikacji publicznej wymaga gigantycznych inwestycji. Miałby to być łańcuch: przewoźnik publiczny - wypożyczalnia rowerów, np. 'miejska', czyli będąca pod kontrolą finansową gminy miejskiej. Do tego system kształcenia, zmiana sygnalizacji świetlnej itd. itp. Kochani, nie tak, nie tak... Nie stać nas, to po pierwsze, a ponadto nie mamy nieskończenie wiele czasu.

 

Proponuję następujące rozwiązanie:

Integracja nie transportu publicznego jako takiego, czyli nie jednakowy, wspólny bilet tak na autobus jak i tramwaj czy pociąg. Życie w Trójmieście nauczyło mnie, że próba dogadania się kilku zaledwie spółek przewoźników, w dodatku w większości będących podmiotami zależnymi od gmin, jest w zasadzie niemożliwe. (Dla poparcia tych słów przypomnę, że wspólny bilet obejmujący transport publiczny tak w Gdyni jak i w Gdańsku a ponadto Szybką (z nazwy własnej tylko) Kolej Miejską zajął z okładem 30 lat. Pomimo wspólnych teoretycznie celów, jak służenie pasażerowi czy chęć zysku).

  • Proponuję pracę nad wspólną metodą wprowadzania opłat przez pasażerów i nadzorowania sposobu wnoszenia tych opłat. Przykładowa pasażerka zapragnęłaby podróży autobusem. Nie ma biletu miesięcznego ze zdjęciem, na którym przykleja wykupowany w dziwnym okienku znaczek z hologramem, który da się wydrukować na średniej klasy sprzęcie poligraficznym. Nie interesuje jej stanie w kolejkach czy wypychanie przez papierowy bilet na czas podróży kieszeni na pośladku lewym. Woli w tym czasie napisać sms-a do koleżanki. Tymczasem wsiadając do autobusu wysyła sms-a do przewoźnika ze wskazaniem linii autobusowej, którą zamierza jechać. Na podstawie tego sms-a przewoźnik wie, kto i kiedy wsiadł do autobusu. Dzięki stosownej bazie danych jest w stanie sprawdzić, czy ta osoba ma wykupione specjalne ulgi, czy podróżuje na tej trasie spontanicznie, czy często. Władze gminy wiedzą dzięki temu, jak dopasować system dopłat dla osób podróżujących komunikacją publiczną. Itd. itp.

Idźmy dalej. Wspomniana już młoda kobieta nie ma nic przeciwko jeździe na rowerze, bo ją to relaksuje, odpręża, pozwala zadbać o utrzymanie geometrii pośladków. Czuje się silniejsza, zdrowsza, szczęśliwsza. Ale jak ma wsiąść z rowerem do autobusu? Rower, czy cokolwiek innego, czego użyje, musi być lekki i poręczny. Powiedzmy sobie wprost, że nie powinien ważyć więcej niż 10 kg i zajmować przestrzeni większej niż  50 x 30 x 60 cm. Do tego rączka lub pasek, który pozwoliłby taki przedmiot zarzucić sobie przez ramię.

  • Tym czymś może być rower składany, czyli popularny składak. Na szeroko pojętym rynku dostępne są rowery składane spełniające postawione wymagania, które dodatkowo zachowują estetyczny, by nie powiedzieć, że wręcz atrakcyjny wygląd. Dzięki specyficznym rozwiązaniom napęd takich rowerów często też zmniejsza szansę na pobrudzenie odzieży.

Przeszkodą jest cena takiego roweru, przyznajmy niezbyt niska, porównywalna z ceną dobrej klasy skutera z silnikiem spalinowym. Ale od czego mamy miasto? Gmina może wszak zainwestować pieniądze w dopłaty do takich rowerów dla swoich obywateli. Modeli rozwiązania transakcji pomiędzy sprzedającym (miastem) a nabywcą (przykładową kobietą) mogłoby być wiele. Podam tylko jeden przykład. Wprawdzie nasza bohaterka wniosłaby opłatę za rower w pełnej wysokości, ale rozłożoną na dogodne raty. W zamian za to po pewnym czasie taki rower stałby się jej własnością. Co więcej, regularne korzystanie z komunikacji publicznej potwierdzane np. sms-ami (sposób opisany kilka akapitów wyżej) pozwoliłby na zredukowanie ceny biletów do pomijalnej wartości w myśl zasady 'skoro jeździsz transportem publicznym korzystając z roweru miejskiego, to powinieneś zapłacić mniej niż osoba korzystającego z takiego roweru'. Jeszcze raz: to jest tylko przykład rozwiązania, a nie gotowe panaceum.

Chyba najtrudniej jest przełamać nawyki. W szczególności jak przekonać kobietę, by porzuciła samochód na rzecz roweru składanego? Podejście racjonalne nie zawsze się sprawdza, nawet wobec kobiet ;-) Często lepiej skutkują argumenty natury ekonomicznej, na przykład zwiększenie opłat za miejsca parkingowe, dodatkowy podatek gminny dla posiadaczy samochodów wjeżdżających do centrów miast itp. Gdyby rower składany był wykorzystywany tylko jako środek transportu na odcinku pomiędzy drzwiami od domu a najbliższym przystankiem węzłowym, bo z przystanku węzłowego byłoby już łatwo się dostać gdzie bądź? Rower składany zniósłby potrzebę dostosowywania taboru przewoźników publicznych do rowerów. Składak po złożeniu miałby przecież rozmiar dużego nesesera czy plecaka. Pozwalałby na kontynuowanie czy rozpoczynanie podróży o dowolnej porze. Omijałby korki zwiększając poczucie zaradności i niezależności.

 

Powyższe refleksje są efektem zapoznania się autora z lansowanym (od roku 2010) na łamach pewnego trójmiejskiego portalu 'o wszystkim, czyli o niczym' pomysłem roweru miejskiego. Realizacja tego pomysłu miała kosztować ciężkie miliony, do jej realizacji została więc zaprzęgnięta UE, a i tak na skutek różnych okoliczności świata ożywionego i nieożywionego jak na razie nie doszło. Moim zdaniem zamiast próbować zrobić coś, co jest trudne i mało użyteczne spróbować zrobić coś... innego :-] Czego i sobie życzę.

Dodaj komentarz