Rowerem do pacy... Codziennie? Rano i po południu? Tak, jak najbardziej. Cały rok, latami...

 

Na początku, czyli zaraz po studiach, gniotłem się co rano między 6 a 6:30 w autobusie. Zawsze na stojąco, z powodu tłoku. Kolejne przystanki, próby rozróżnienia dzielnic, określenia, gdzie jestem. Między jawą a snem niespełnionym. Słabo znałem tę trasę autobusową. 'Przykleiłem' się do jednego autobusu, który odjeżdżał zawsze o tej samej godzinie. Pamiętam, w jaką kiedyś wpadłem panikę, gdy nie przyjechał. Pewnie z powodu awarii. Gorączkowe studiowanie rozkładu jazdy, spóźnienie do pracy. Pracowałem wtedy w Szczecinku, bardzo sympatycznym mieście. Autobus jechał całe 20 minut, nieco na około. Szybko doszedłem do wniosku, że do pokoju, w którym mieszkałem, zmieści się jeszcze rower.

Podczas kolejnej wizyty w Gdańsku zszedłem do piwnicznych podziemi i odnalazłem swój rower, na którym przemierzałem świat w okresie ogólniaka. Rometowski Orkan, biało-niebieskie malowanie. Odkurzyłem, sprawdziłem ogumienie. Pojechał ze mną do Szczecinka. Odtąd co rano, słońce czy deszcz, cisnąłem na pedały.

 

Mam to wielkie szczęście, że gdzie nie pracuję, tam zawsze udaje mi się dojeżdżać rowerem. Do pracy w Szczecinku miałem na oko jakieś 6 km w jedną stronę. (Wtedy jeszcze nie miałem licznika). Do mojej drugiej pracy, już w Gdańsku, miałem 8,4 km, jak mi podpowiedział licznik. Podróż rowerem pochłaniała prawie idealnie tyle samo czasu, co kolejką i pieszo. Wszystko przez to, że z kolejki trzeba było uderzyć 'z buta', a taki spacer zajmował aż 20 min.

 

W pewnym momencie, po masowej kradzieży rowerów sprzed zakładu pracy, zacząłem się obawiać o swojego rumaka. Po Orkanie zostało tylko wspomnienie. Miałem już wtedy własnoręcznie złożonego trekkinga. Przedstawiał dla mnie ogromną wartość emocjonalną jako pierwsza wartościowa rzecz, jakiej się dorobiłem. Z drugiej strony te rekordy prędkości, podjazdy, regulacje naciągu linek... Słowem byłoby żal go stracić. Lektura mądrości z 'precla'  jednoznacznie wskazywała na potrzebę specjalizacji. Tak narodziła się koncepcja zakupu czy też zbudowania roweru 'tylko do pracy'.

 

Obecnie do pracy mam zaledwie 4 km i... znowu nie mam licznika. Dlaczego? Dzisiaj jeżdżę do pracy na rasowym holendrze marki Amsterdam. Mogę go podsumować jednym słowem: poezja. Licznik by ją zakłócał, niczym rym w białym wierszu. Pochodząc z innej epoki technicznej oraz estetycznej, tworzyłby ostry dysonans...

 

Holendra kupiłem na Allegro. Nie bez obaw, nie bez wątpliwości. Lecz cóż było robić. Trójmiejskie sklepy pseudorowerowe oczywiście nie oferują tego typu rarytasów. Sklep z rowerami holenderskimi, który mieścił się jeszcze do niedawna na Wojska Polskiego też specjalnego wyboru nie dawał. Poza tym szukałem roweru jedynego w swoim rodzaju, który miałby w sobie 'to coś'. Tak więc gdy zobaczyłem go na jednej z aukcji, od razu wiedziałem, że musi być mój. Pamiętam, jak wielkie i pozytywne było moje zaskoczenie, gdy zaraz po rozpakowaniu i wyprostowaniu kierownicy, przekręconej na czas transportu, praktycznie nadawał się do jazdy. Pomimo dojrzałego męskiego wieku 30 lat, jakie liczył, był w doskonałym stanie. Jedynie opony nosiły ślady zużycia. Poprzedni właściciel zapewnił mnie, że rower nie jest kradziony, co w pewnym stopniu uspokoiło moje sumienie i pozwoliło się w pełni cieszyć nowym nabytkiem. Dodam, że taki holenderski cud zapłaciłem mniej więcej tyle, co za 'makrokesza', czyli niecałe 400 pln. Różnica polega m.in. na tym, że mój nabytek już ma 30 lat i pojeździ spokojnie drugie tyle, a 'makrokesz' co najwyżej jeden sezon lub jeden poważny podjazd i zjazd. O różnicach estetyczno-kulturowych nie wspominając.

 

Holenderski rower miejski w kilku słowach: wyprostowana sylwetka kierującego, całkowicie zakryty łańcuch, kierownica typu 'jaskółka'. Ponadto osłony na tylne koło chroniące przed błotem ewentualny płaszcz. Oraz wiele, wiele innych zalet i szczegółów, o których warto napisać osobno. Komfort i przyjemność zarazem.

 

Rower 'do pracy' musi być niezawodny. Wiem to z własnego doświadczenia. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, pora roku po porze roku. Bez usterek. Jedyna konserwacja, jakiej dokonuję, to smarowanie łańcucha.

 

Doszedłem do wniosku, że muszę mieć oświetlenie zasilane z własnego źródła. Oświetlenie bateryjne nie wchodzi w grę ze względu na koszty baterii. Baterie można co prawda zastąpić akumulatorkami, ale ich ładowanie jest zwyczajnie uciążliwe. Pozostaje dynamo.

 

Dynamo zewnętrzne okazało się w dłuższej perspektywie złym pomysłem. Pierwsze, oryginalnie nabyte wraz z rowerem, dosyć szybko się popsuło. Zwyczajnie przestało wytwarzać energię. Zanim to jednak nastąpiło, wykazało się innymi mankamentami, typowymi dla całego 'gatunku'. Przestawało działać w deszczu. Zaczynało się ślizgać po oponie, pomimo że ta była wyposażona w specjalny bieżnik, teoretycznie poprawiając właściwości 'trakcyjne'. Drugi mankament to niezbyt cicha praca. Bzyk przechodzący momentami w warczenie. Pierwsza zima obeszła się z dynamem w sposób bezwzględny. Otóż wystarczy chociaż nieco śniegu, by dynamo zewnętrzne stawało się zupełnie bezużyteczne. Zbiera śnieg, ślizga się, by po chwili zamarznąć.

 

Drugie dynamo zewnętrzne dostałem od Mariusza M. w udanym prezencie. Miało w stosunku do pierwszego istotne udoskonalenie w postaci gumowego pierścienia na części obrotowej. Dzięki temu działało w czasie deszczu. Niestety śnieg skutecznie je unieszkodliwiał. Gumowa okładzina szybko się zużyła. Na szczęście w pobliskim sklepie z akcesoriami samochodowymi odkryłem niewyczerpalne źródło okładzin, które wykonywałem samodzielnie, przerabiając pewien typ uszczelki.

 

Wreszcie postanowiłem zainwestować w dynamo wbudowane w piastę przedniego koła. W kraju nadwiślańskim nabycie obiektu marzeń, czyli dynama wewnętrznego zespolonego z hamulcem bębnowym (nie mylić z tarczowym), okazało się niemożliwe. Kompromisem było nabycie po prostu dynama zespolonego z piastą. Znalazłem je na Allegro, po tym, jak w jednym z największych sklepów rowerowych w 3M najpierw zwodzili mnie za nos, że jest problem z ustaleniem dystrybutora, potem chcieli jakiś śmiesznych zaliczek za przedmiot warty 90 pln, by na końcu powiedzieć szczerze, że dystrybutor nie sprowadzi poszukiwanego modelu. Ech, Polska, wielkie możliwości, ciekawi ludzie...

 

Podsumowując. Dynamo wewnętrzne minimalnie zwiększa opory toczenia, bo niejako jest włączone przez cały czas. Przełącznik zasilania służy jedynie do podawania napięcia na obwody elektryczne żarówek. Jest niezwykle ciche, w zasadzie bezgłośne. Znacznie zwiększa masę przedniego koła, ale przy osi obrotu, co nie ma tak dużego znaczenia jak np. w przypadku ciężkiej obręczy. A co za komfort. Żarówki zaczynają świecić już przy minimalnej prędkości obrotowej przedniego koła. Świecą stabilnie. Dynamo działa 'czy słonko, czy deszcz', a nawet 'czy śnieg'. Jak z niezawodnością jeszcze nie potrafię powiedzieć, ale podejrzewam, że jest tak dobrze, jak z łożyskami, czyli świetnie.

 

Oprócz stałego oświetlenia pozostała do rozwiązania kwestia przechowywania roweru w czasie pracy. Przeważnie była to 'chmurka'. Skoro 'chmurka' to i rdza, mokre siodełko itp. Z pomocą znowu przyszło Allegro. Znalazłem pokrowiec 'na motor lub rower'. Coś jakieś 16 pln, polski producent. Używam trzeci rok i bardzo sobie chwalę. Inwestycja jak najbardziej trafiona. Czasami oprócz zarzucenia pokrowca na rower muszę go jeszcze przywiązać sznurkiem, by nie wybrał wolności, czytaj nie wzbił się pod nieboskłon zachęcony co śmielszym porywem wiatru.

 

Zabezpiecznie roweru przed kradzieżą to zawsze sprawa dyskusyjna. Holenderskie rowery przeważnie mają tą ogromną zaletę, że fabrycznie są wyposażane w  zamknięcie tylnego koła. Praktyczne, bo wozi się zapięcie harmonijnie związane z rowerem, lecz raczej mało skuteczne w razie poważniejszych prób porwania pojazdu. Może zabezpiecza przed okazyjnym złodziejem. Do wyboru pozostają zapięcia różnej maści, linki, ulocki, łańcuchy. Idąc za 'preclowymi' radami zacząłem się rozglądać za solidnym łańcuchem i stosowną gatunkowo kłódką. Przy okazji jednej z wizyt w hipermarkecie budowlanym odkryłem makabryczne ceny dobrych kłódek oraz niebanalną wartość stali przetworzonej na postać łańcuchów. Wkrótce jakoś potem znalazłem na rogu jednego z regałów, pod dużym czerwonym napisem, a jakże, 'promocja', ogromy 'krowi' łańcuch gdzieś metrowej długości, zapakowany w gumową osłonkę, w komplecie z kłódką za... jedyne 12 pln. Kurcze, to nie była nawet cena kłódki! Do dzisiaj żałuję tylko, że kupiłem zaledwie jeden taki komplet.

 

Oczywiście nie wożę ze sobą tego łańcucha. Czeka na mnie co rano przy stojaku, do którego mocuję rower. Tak więc rano zajeżdżam z klasą, nie trując, pod zakład pracy i stawiam rower przy stojaku. Zapinam łańcuch posłusznie czekający na ziemi. Jeżeli aura nie sprzyja, wchodzę do przedsionka, pobieram pokrowiec i zakładam go na rower. Wreszcie ruszam w prozę codziennych wyzwań pracowniczych.

 

Kłódka łapie rdzę co mniej więcej pół roku, ale od czego są odrdzewiacze. Odrdzewiacz działa przy tym jak odmrażacz, co już raz mi się przydało. Kłódka normalnie leży na ziemi, a więc bywa wilgotna. Zdarzało mi się już walczyć z zamarzniętym zamkiem.

 

Uzupełnieniem ekwipunku służącego mi do codziennych służbowych podróży stały się sakwy. Początkowo wzdragałem się przed tym pomysłem. Przy okazji jednej z wizyt w Holandii i naocznemu potwierdzeniu podejrzeń o prkatyczności takiego rozwiązania, nabyłem, zresztą drogą kupna, używany model marki 'Basil', za dokładnie 5 euro. Rozmiar sakw wspaniale współgra z notebookiem oraz plecaczkiem codziennym, a kolorystycznie z samym Amsterdamem.
Dodaj komentarz