Wraz z ostatnim dniem maja 2017 zakończyła się kolejna odsłona europejskiego wyzwania rowerowego (ECC, http://www.cyclingchallenge.eu/). W roku 2017 po raz drugi świadomie brałem udział w tej zabawie. Postanowiłem podzielić się kilkoma przemyśleniami okiem uczestnika.

20170702 ECC

Zapraszam do lektury!

Dla przypomnienia, konkurs jest organizowany przez miasto Bolonia we Włoszech. Uczestniczą w nim w zasadzie tylko europejskie miasta (o czym za chwilę napiszę nieco więcej). Czyli my jako osoba indywidualna nie mamy szansy na wzięcie udziału w konkursie o ile nie zgłosi się nasze miasto. Zabawa polega na tym, by jeżdżąc w granicach naszego miasta przejechać w ciągu 31 dni maja jak najwięcej kilometrów. Na takim wprowadzeniu poprzestanę zachęcając do dalszej lektury.

W roku 2016 przypadły moje 40 urodziny. Z tej okazji postanowiłem rozpocząć wiosnę jakimś mocnym rowerowym akcentem. Zrobiłem mojemu organizmowi poniekąd prezent przejeżdżając w ciągu 31 dni maja nieco ponad 1050 km. Przejechanie takiego dystansu nie wystarczyło nawet, by znaleźć się w pierwszej setce uczestników z Gdańska. Edycja z roku 2016 była 5 w historii, a 3 z udziałem Gdańska.

Do drugiej w swoim życiu edycji konkursu, a 6 ogółem, przystąpiłem z nie mniejszym optymizmem, ale już bez ciśnienia, by się pokonać, czy coś. I tu moja pierwsza refleksja.

Warunki uczestnictwa różnych miast są w zasadzie takie same, to znaczy niby we wszystkich europejskich miastach w maju jest już na tyle ciepło, by dało się jeździć na rowerach. Hm… czy aby na pewno?

 

Polska majówka.

Maj w Polsce rozpoczyna się jak wiadomo „majówką”, jak przynajmniej wśród moich znajomych przyjęło się mówić o długim majowym weekendzie powstającym ze sklejenia świąt przypadających na 1 i 3 maja. W zależności od roku czasami udaje się tak posklejać ze sobą te dni świąteczne i dni urlopu, że wypada aż 9 dni wolnego. Dokładnie tak było w tym roku, co postanowiłem skwapliwie wykorzystać. Dla mnie więc konkurs ECC rozpoczął się dopiero… 8 maja, czyli utraciłem na własne życzenie nieco ponad 25% dostępnego czasu rywalizacji. Rodzina, ach rodzina… Wybór pomiędzy rowerem a pragnieniami rodziny jak wiadomo miewa w sobie elementy tragizmu :-D

 

Pogoda.

Bo w maju to powinno już być ciepło, prawda? Otóż nieprawda. Wystarczy wspomnieć takie terminy jak „zimna Zośka”, czy „zimni ogrodnicy”. Patroni tych dni to św. Pankracy, św. Serwacy, św. Bonifacy i św. Zofia, których wspominamy między 12 a 15 maja. Tradycyjnie w naszym klimacie w tym czasie przypada wyraźne ochłodzenie. Jak mówi słowiańskie przysłowie „Święta Zofija kłosy rozwija”, czyli dopiero PO 15 maja można uznać, że rozpoczyna się wiosna.

No dobrze, co zatem dzieje się przed 15 maja? Z reguły bywało cieplej, niż w drugim tygodniu, kiedy to przypada wspomniane wcześniej ochłodzenie. Ale klimat lubi ostatnio płatać nam figle. Co prawda w roku 2016 pogoda była dosyć znośna, ale np. w 2013 roku na początku maja w niektórych częściach Polski jeszcze można było spotkać śnieg! (http://mslonik.pl/rowery/rowerowy-blog/895-2013-wyjazd-na-suwalszczyzne). Taka sytuacja miała też miejsce w tym roku. W efekcie po zimnym początku maja nadeszło omówione wcześniej tradycyjnie oziębienie. W efekcie 2 pierwsze tygodnie maja były w stanie zniechęcić do jeżdżenia niejednego entuzjastę dwóch kółek.

 

Aplikacja i zasady zbierania kilometrów.

Ciąg dalszy powinien być już prosty: na głowę nie sypie śnieg, ściągamy zimowe ubranie, wsiadamy na rower i w drogę. No nie do końca. Trzeba jeszcze w jakiś sposób rejestrować przejechane kilometry i w miarę systematycznie przekazywać stosowne raporty na stosowną stronę. Wymaganie rejestracji na jakiejś stronie jest raczej oczywiste, ale już wyraźna sugestia by korzystać z jedynej słusznej aplikacji wzbudziła zrozumiałą niechęć wśród wielu uczestników. Mało tego, przez pierwsze dni trwania konkursu aplikacja Naviki zwyczajnie nie działała. Problemy dotknęły także stronę internetową, która służyła do prezentacji i porównywania wyników. To oczywisty blamaż organizatorów. Jedyne, co ich broni, to przymiotnik „zabawa”. Tyle tylko, że konkurs nazywał się w Gdańsku „rywalizacja”. Pojawia się wobec tego pytanie, czy można coś reklamować? A czy jako uczestnicy za coś zapłaciliśmy? Zgodziliśmy się co prawda na jakiś tam regulamin i przecież wszyscy wierzymy, że organizator czuje naszą frustrację. Muszę przyznać, że zabawa zabawą, ale bliżej było mi do tych z gdańszczan, którzy w efekcie rozczarowania działaniem aplikacji oraz strony www zrezygnowali z uczestnictwa.

Zarzuty były dosyć powtarzalne: skoro na smartphone’ach luzie mieli już zainstalowane aplikacje realizujące to samo zadanie, czyli zapisywanie czasu i położenia rowerzysty, to dlaczego nie mogą za ich pomocą przesłać wyników pod wskazany adres? Pozostanie dla mnie niezrozumiałe, czemu organizator wprost nie wyjaśnił, że na przykład wykorzystanie aplikacji Naviki podyktowane jest względami komercyjnymi – tylko ten operator zgodził się współfinansować utrzymanie infrastruktury teleinformatycznej potrzebnej do realizacji tego przedsięwzięcia. Skoro jednak Naviki realizowało to zadanie komercyjnie, to czemu było tyle problemów technicznych? Mnóstwo pytań, mało odpowiedzi. Pokazują one na jakie ryzyka jest narażony ewentualny alternatywny operator, który chciałby się podjąć organizacji takiej imprezy.

Wielu osobom aplikacja Naviki przysparzała problemów również po okresie, gdy kolokwialnie mówiąc „nie działała”. Mało intuicyjny interfejs, kłopoty z zapisem danych, dziwne wyniki. Po części winę za ten stan rzeczy na pewno ponosiła sama aplikacja. Po części można było te ryzyka minimalizować. Moim zdaniem zabrakło informacji np. ze strony miasta o sposobach poprawy działania aplikacji. Niektóre z nich, odnalezione na forum na FB: restart smartphone’a przed uruchomieniem aplikacji Naviki, zamknięcie i minimalizacja liczby zadań realizowanych przez system operacyjny smartphone’a, poprawa dostępności sygnału z GPS przez umieszczenie smartphone’a na kierownicy roweru itp. itd. Skrajnym rozwiązaniem, z którego wiem, że niektórzy korzystali, było pożyczenie na czas trwania konkursu smartphone’a z innym systemem operacyjnym. Dziwnym trafem bowiem na nadgryzionych jabłkach aplikacja ta działała stabilnie.

Wprowadzono dziwną, niesprawiedliwą zasadę, że pliki z zapisaną trasą, czyli tzw. traki, z aplikacji innych niż Naviki można eksportować o ile mają długość nie większą niż 15 km, a z Naviki aż 35 km. Cóż, Polak potrafi. Znowu zabrakło trochę inicjatywy miastu, które natychmiast powinno udostępnić stosowne samouczki pokazujące jak poddać edycji traki, skąd wziąć do tego narzędzia. Nie oszukujmy się jednak. W tym roku dopuszczony był zapis traków w formacie .gpx (https://en.wikipedia.org/wiki/GPS_Exchange_Format). Tak, można samodzielnie wygenerować sobie takie pliki. Zdaje się, że było wcale nie takie małe grono osób, które posługiwały się takimi plikami. No a skoro tak, to organizatorzy konkursu przygotowali zestawy filtrów. Jak te filtry działały? Ile ich było? Cóż, znowu ponawiam pytanie, czy ten konkurs to bardziej zabawa, czy jednak rywalizacja…

 

Inicjatywa miast europejskich?

Z tego, co pamiętam, Gdańsk musiał wpłacić do kasy Bolonii za możliwość uczestnictwa 5 tys. Euro. I mało to i dużo. Podobno taka wartość wynikała z bonifikaty przyznanej Gdańskowi za zwycięstwo w zeszłorocznej edycji konkursu.

Konkurs w roku 2017 odbywa się już po raz 6, a jednak liczba miast, które do niego przystąpiły, nadal nie powala. Uderza, że co roku są to te same ośrodki. Wszystkie miasta wpadają też jednocześnie do jednego worka. Tak oto w tym roku Gdańskowi przyszło rywalizować z całym powiatem (!) bydgoskim, czyli osławionym województwem (!) izmirskim. Dla przypomnienia, wg danych dostępnych na Wikipedii w Gdańsku jest nieco ponad 463 tys. mieszkańców żyjących na powierzchni 262 (w zaokrągleniu) km2. Dla porównania w powiecie bydgoskim mieszkańców jest 114 tys., którzy mają do dyspozycji 1395 km2. Doświadczenie pokazało, że powierzchnia miasta odgrywa podczas rywalizacji istotne znaczenie. Gdańsk już po kilku dniach intensywnego jeżdżenia jest po prostu mały, gęsto poprzecinany siecią skrzyżowań znacznie spowalniających i tak przecież niezbyt imponujące tempo przemieszczających się rowerów.

Konkurs jest co prawda europejski, ale w tym roku wystartowało w nim m.in. miasto Izmir, a ściślej nie samo miasto, ale w zasadzie chyba odpowiednich polskiego województwa (https://en.wikipedia.org/wiki/%C4%B0zmir). Tzw. miejski obszar metropolitarny Izmiru liczy (w przybliżeniu) 2 848 tys. mieszkańców, czyli ponad 6x więcej, niż liczy Gdańsk, przy powierzchni 7 340 km2, czyli 28x większej. Te proste zestawienia liczbowe pokazują, jak nierówna jest walka różnych miast bez wprowadzenia dodatkowych kryteriów, takich jak liczba mieszkańców, czy powierzchnia. Cóż to bowiem za honor wygrać w kategorii bezwzględnej liczby przejechanych kilometrów z liczącą 45 500 mieszkańców i 17 km2 powierzchni Telszą.

 

Grywalizacja w czystej postaci.

Wg mojej subiektywnej definicji grywalizacja to technika psychologiczna służąca do wykorzystania zaangażowania ludzi bazująca na przyjemności, jaka płynie z pokonywania kolejnych wyzwań, rywalizacji, współpracy itp. Cytując dalej Wikipedię (https://pl.wikipedia.org/wiki/Grywalizacja) „grywalizacja pozwala zaangażować ludzi do zajęć, które są zgodne z oczekiwaniami autora projektu, nawet jeśli są one uważane za nudne lub rutynowe. I oto dzieje się coś niesamowitego. Oto ludzie, którzy powodowani różnymi pobudkami z własnej inicjatywy wydłużają sobie codzienną drogę z domu do pracy i z pracy do domu! Robią to przez cały dzień, niezależnie od pogody. Oto dzieci, które na co dzień niemal nie sposób odkleić od ekranu komputera czy telewizora dzień w dzień nabijają kolejne kilometry. Mało tego, rywalizują ze sobą. Młodzi starzy, całe zakłady pracy. Wspomnę tu chociaż krótko o tym, że pewna wyróżniająca się grupa uczestników konkursu z LPP otrzymała od pracodawcy urlopy płatne na ostatnie dni maja, co miało pomóc tej organizacji w pokonaniu Lotosu. Dodam jeszcze, że faktycznie LPP pokonało Lotos.

Co chyba ważne: im znamy więcej osób, im są one nam bliższe, tym chętniej dajemy się wciągnąć w grywalizację. Ciekawi mnie, ilu z uczestników tegorocznej odsłony ECC zdawało sobie sprawę z tego, że bierze udział w psychologicznej rozgrywce, poniekąd dając sobą manipulować.

Ogromne znaczenie miał sposób zaangażowania w konkurs miasta. Chociaż z mojego subiektywnego punktu widzenia miasto mogło zrobić więcej, to i tak zrobiło niemało. W szczególności podkreślę fakt, że miasto w ogóle przewidziało jakieś nagrody w konkursie. Owszem, część nagród miała znaczenie czysto prestiżowe, jak dyplom czy puchar za zajęcie punktowanego miejsca. Przyznam z perspektywy czasu, że jednak fajnie jest posiadać pamiątkową koszulkę za przejechanie tysiąca kilometrów. Mało tego, że fajnie jest dostać samą koszulkę, to jest to koszulka przyzwoitej jakości, której trzymają się kolory. Nie było lipy, dobrze leży, jest wykonana z dobrych materiałów. Ta sama uwaga tyczy się także pozostałych nagród, które otrzymałem w zeszłym roku, czyli torby oraz… czekolady. Dostałem dwie tabliczki mlecznej czekolady zapakowanej w okolicznościowe opakowanie. Była to prawdziwa mleczna czekolada. Teraz już wiem, jak smakuje satysfakcja.

 

Nagrody.

Ideę nagród podchwyciły inne podmioty i organizacje. Godnym pochwały i naśladowania przykładem była rywalizacja uczelni wyższych, gdzie różne ciała uczelniane przyznały nagrody wartościowe uczestnikom indywidualnym. W przypadku Uniwersytetu Gdańskiego i Politechniki Gdańskiej osoby, które wykręciły największą liczbę kilometrów otrzymały rowery.

Przy okazji omawiania nagród materialnych pojawia się pytanie ogólne o co chodzi w tym konkursie? Ideą, która chyba przyświecała organizatorom była przede wszystkim aktywizacja mieszkańców i próba ewidencjonowania kilometrów przejeżdżanych podczas codziennych zmagań z rzeczywistością, czyli np. dojazdów do szkoły czy zakładu pracy. Stąd przewidziane wprost w regulaminie różnego rodzaju ograniczenia co do liczby jednorazowo przejechanych kilometrów. Tymczasem jeżeli pojawiają się nagrody rzeczowe, budzą się dodatkowe emocje. Zasady są naginane, by nie powiedzieć wprost, że omijane. I tak spora populacja ludzi do pracy zaczyna dojeżdżać „naokoło”, zamiast 8 km robiąc ich przed pracą 35, a po pracy np. 50. Inni zaczynają się wprost zżymać, że wprowadzenie limitu kilometrów jest zwyczajnie nie na rękę. Poza tym tam, gdzie zaczynają się pojawiać wartościowe nagrody chyba powoli kończy się rekreacja, a zaczyna sport. Pojęcie sportu nieodłącznie kojarzy mi się bowiem z pieniędzmi i komercją, zawodowstwem. Czy właśnie o to chodzi? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi.

 

Nie zmienia się zasad konkursu w trakcie jego trwania.

Tak brzmi obiektywna zasada obowiązująca w bardzo wielu dziedzinach życia, w tym w sporcie. Organizator konkursu (Bolonia) tę zasadę w tym roku złamał. Nie pierwszy zresztą raz, podobnie było przecież w roku ubiegłym. Moim zdaniem jest to działanie nieuczciwe, które stawia pod znakiem zapytania wiarygodność całego konkursu.

 

 

Wspomnienia osobiste:

Przyroda.

Nasze miasto nadal jest w miarę zielone. Ubywa co prawda drzew, a te, które rosną, są dosyć bezmyślnie trzebione od góry, tak by broń boże nie zachowały stożka wzrostu i nie rozrosły się w pionie za mocno, bo grozić to może przecież największemu wrogowi drzewa miejskiego, jakim jest… samochód. Nic bowiem tak nie skraca czasu życia całych szpalerów drzew, jak choćby gałąź niszcząca drogocennego blachosmroda. Przejawem tej zieloności był dla mnie jeż napotkany przy Al. Grunwadzkiej, między budynkiem Cristala a Neptunem około godziny 20. Co tam nieborak robił, nie wiem. Ze wszystkich stron już niemal tylko beton i asfalt, aż tu w szczelinie między budynkami samotny „tuptuś”, jak jeże nazywała moja babcia. Więc może jest jeszcze szansa dla przyrody?

W roku 2016 wzdłuż Al. Sucharskiego pomimo dosyć dużego zimna odzywały się słowiki. W tym roku już niestety nie. Może ma to związek z odorem paliwa spływającego swobodne rowem melioracyjnym przy tej samej trasie, nieopodal placów przeznaczonych na składowanie materiałów sypkich w bezpośredniej bliskości rzeki?

Przejeżdżając przez okolice dzielnicy Rudniki dały się słyszeć świerszczaki (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awierszczak_zwyczajny). Dane mi było objechać m.in. Wyspę Sobieszewską. Byłem też w innych, zdawałoby się jeszcze nie zurbanizowanych obszarach miasta. Nigdzie nie usłyszałem głosu derkacza (https://pl.wikipedia.org/wiki/Derkacz_zwyczajny). Tym bardziej żałuję, że nie objęto szczególną ochroną jedynego znanego mi stanowiska tego gatunku w Parku Reagana, gdzie gatunek ten odzywał się systematycznie jeszcze kilka lat temu, zanim nie dopadła go potrzeba uporządkowania i zamiany na tereny rekreacyjne.

 

Punkty samodzielnego serwisowania rowerów.

Życie pokazało, że liczba stacji przeznaczonych do samodzielnego serwisowania rowerów jest daleko niewystarczająca. Mało tego, nie sposób odnaleźć np. w sieci czy też na stronie Gdańska informacji o tym, gdzie takie stacje się znajdują. Pozostaje bazowanie na dobrej pamięci współuczestników rowerowego ruchu. A szkoda.

 

Wieczorne kręcenie dla Gdańska.

Oddolna inicjatywa Marka „Phantoma” pozwoliła mi na nowo odkryć własne miasto. Marek wrzucał na FB „wydarzenie”, które dla mnie rozpoczynało się zawsze przed Cristalem we Wrzeszczu o 20:00. Stąd grupa od powiedzmy 5 do 20 osób ruszała na wspólną przejażdżkę po Gdańsku. Dodatkowym walorem było odwiedzanie miejsc, które na co dzień pozostają niewidoczne dla oka (np. jeden z 3 zachowanych kamieni granicznych Wolnego Miasta Gdańska), czy nieznanych nawet autochtonom, jak stosunkowo niedawno wybudowana wieża widokowa w Jasieniu (Kozacza Góra). Wiadomo że nic tak nie spaja tożsamości grupy jak wspólne doświadczenia i wspólne przezwyciężanie trudności np. łatanie, czy wymiana dętki na terenie Głównego Miasta.

 

Dziury, ach te dziury…

Minął rok, ale w tegorocznej edycji konkursu przyszło mi mijać te same dziury i nierówności, co w poprzedniej. Przykład to zniszczona nawierzchnia chodnika w ścisłym centrum miasta, wzdłuż 3 Maja, gdzie już od ponad roku trwają prace przy budowie domu towarowego „Forum Radunia”. Czy naprawdę przez rok kilkusetmetrowy fragment chodnika musiał być tak rozkopany? Dziwi mnie zawsze brak wrażliwości towarzyszący budowie infrastruktury i to tak ze strony dysponenta gruntem, jak i ze strony wykonawcy. Przecież to bardzo proste: jeżeli jakiś fragment drogi ma zostać pokonany dłużej, w gorszych warunkach przez n osób, to taką dolegliwość należy przemnożyć przez n. Dziwi mnie też zawsze bezwarunkowa zgoda np. miasta, które nie wymusza na wykonawcy należytego zachowania ciągów komunikacyjnych wokół inwestycji, nadając im stosowny priorytet. Przez te zadziwienia wciąż możemy oglądać słowiańszczyznę w klasycznym wydaniu: „przewróciło się, niech leży”.

Przykłady mógłbym mnożyć. Poprzestanę na jeszcze jednym rażącym przykładzie. Wzdłuż Kanału Raduni, pomiędzy alejami kasztanowców, powstał unikalny ciąg pieszo-rowerowy. Cóż z tego, skoro nie uregulowano przejść przez przecinające ten ciąg drogi samochodowe? Na niektórych fragmentach krawężniki są wysokie i ostre. Jak bardzo ostre mogłem się przekonać ostatniej nocy majowej, gdy dobiłem na takim krawężniku dętkę i złapałem tym sposobem gumę.

 

 

Podsumowanie działań miasta:

Na plus:

- Otwarcie grupy na FB (Kręć kilometry dla Gdańska – European Cycling Challenge) to był świetny pomysł. Nie da się ukryć, że bardzo brakowało „forum wymiany myśli” o krótkim i nieskomplikowanym czasie dostępu. Przyznam, że osobiście większość potrzebnych mi informacji odnajdowałem właśnie za pomocą tej grupy. Mało tego, że na grupie dużo się działo, było dużo głosów. Jest ona nadal żywa pomimo zakończenia konkursu. Wciąż jeszcze pojawiają się tam kolejne informacje. W chwili, gdy piszę te słowa, jest 1254 zarejestrowanych uczestników tej grupy, czyli niemal 25% wszystkich osób biorących udział w tegorocznej odsłonie konkursu.

- Dobre wsparcie medialne na stronie gdansk.pl. Inna sprawa, że akurat ja dosyć rzadko zaglądam akurat na tę stronę. Szkoda jednak, że w tych artykułach znalazło się mało informacji merytorycznych: przewodników, instrukcji postępowania.

- Osobisty przykład organizatorów. Pełnomocnika prezydenta miasta ds. komunikacji rowerowej można było spotkać na ścieżkach rowerowych i przy okazji porozmawiać o bieżących obserwacjach czy też rowerowych wyzwaniach.

- Ognisko podsumowujące inicjatywę „wieczornego kręcenia dla Gdańska”. Był to bardzo dobrze przeze mnie odebrany i ciepło wspominany akcent kończący majowy wysiłek. Ci, którzy uczestniczyli w inicjatywie Marka „Phantoma” spotkali się w Kiełpinie. Wspólny posiłek ufundowany przez miasto był kolejną okazją by popatrzeć na świat z tej lepszej, rowerowej perspektywy :-) Jeszcze raz dziękuję!

- Masowy udział szkół, w tym gimnazjów. Wydaje się, że tu miasto się spisało na medal. W sporej liczbie szkół udział uczniów był wręcz masowy. I znowu zadziałał efekt grywalizacji: skoro na rowerze zaczął jeździć mój kolega i moja ulubiona koleżanka, to zacznę i ja. Warto byłoby poświęcić kilka słów na rywalizację Gimnazjum nr 48 z Politechniką Gdańską, które rozstrzygnęło się na korzyść uczelni wyższej stosunkowo późno i przy ogromnej przecież dysproporcji liczby osób. Coś jak pojedynek Dawida z Goliatem.

- Rozdzielenie zakończenia konkursu i uroczystości rozdania nagród od Wielkiego Przejazdu Rowerowego. Uważam, że takie rozwiązanie dobrze posłużyło obydwu imprezom. Wydzielona scena, kameralna grupa faktycznie zainteresowanych uczestników. Osobiście trochę żałuję tempa przyznawania nagród. Prawie nikt z nagrodzonych nie miał okazji się wypowiedzieć, a przecież na przygotowanej scenie zobaczyliśmy prawdziwych tytanów, bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy miesięcznie pokonują kilka tys. km?

- Fajne nagrody, dobrej jakości. Nie wiem, jak w tym roku, ale jak już to opisałem we wcześniejszej części artykułu, nagrody rzeczowe ufundowane przez miasto w roku 2016 były dobrej jakości. Brawo!

 

Na minus:

- A ile km przejechali prezydenci i wiceprezydenci miasta Gdańska? Któż zgadnie? Tak tutaj pozostawię te pytania. Czyny, a nie słowa powinny bowiem świadczyć o wspieraniu inicjatyw, na które miasto i jej przedstawiciele przeznaczają pieniądze.

- Niewystarczające wsparcie kampanii w mediach. Przykładowo na stronie trojmiasto.pl w ciągu całego maja ukazały się zaledwie 2 artykuły na ten temat, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. W tym roku jednak nie pojawił się artykuł podsumowujący osiągnięcie Gdańska, jakim było zwycięstwo w prestiżowej kategorii „najbardziej rowerowego miasta 2017 roku”. Cóż, jeszcze jeden kamyczek do ogródka tego portalu.

- Niestety nie wiem ile razy temat ECC był poruszany na antenie gdańskiej „Panoramy” lub innych pomorskich programów publicystycznych. Zakładam, że rzadko, więc umieszczam tę obserwację w grupie „minusów”.

- Wiem, że miasto Gdańsk dało radę przygotować fotoreportaż z tegorocznego rozdania nagród, ale już nie starczyło zapału, by przygotować na ten temat materiał video. A szkoda. Samodzielnie uzupełniłem tę lukę.

   

- Miasto zdecydowanie zbyt mało wsparło merytorycznie uczestników w zmaganiach z aplikacją Naviki. W interesie Gdańska było przygotowanie krótkich filmów instruktażowych wyczerpujących tematycznie przynajmniej najczęściej powtarzające się pytania uczestników. Po wejściu w wyszukiwarkę np. serwisu youtube i wpisaniu frazy „european cycling challenge” oczom naszym ukazuje się 1 (słownie: JEDEN) filmik wyjaśniający zasady rejestracji w aplikacji Naviki. Jest on firmowany przez Zarząd Dróg Miejkich w Warszawie (https://youtu.be/kAJCmLyGLMw). Można? Można. Jest to jednak kropla w morzu potrzeb… Aż się prosi, by wyjaśnić zasady zbierania kilometrów, pokazać wskazania z różnych urządzeń, wyjaśnić co to jest „trak”, jak go zgrać, podzielić, przesłać… Itd. itp. Przypominam, że dzisiaj „je się oczami”. Moim przynajmniej zdaniem obsługa Naviki i zasady wykorzystania smartphone’a do rejestracji tras do oczywistych nadal nie należą. Jest to zatem również pole do popisu dla osób takich jak ja, które nieformalnie wspierają inicjatywy rowerowe. Ten wniosek zachowam w pamięci na przyszły rok.

- Konkurs wyzwolił w gdańszczanach ogromne pokłady spontaniczności, ogólnie rozumianej pozytywnej energii. Wydaje się, że miasto nie ma kompletnie pomysłu na to, jak to spożytkować.

- Nie wiadomo jaki użytek, jakie wnioski wyciągnęły z konkursu osoby odpowiedzialne za realizację „mobilności aktywnej”. Co się zmieni? Jak można się o tym dowiedzieć?

 

Wnioski na przyszły rok:

1. Do przemyślenia jest udział polskich miast w konkursie. Wydaje się, że koordynatorzy powinni mieć wpływ na ewolucję zasad konkursu. Zasady są wszak nadal nieprzejrzyste. Działanie strony utrzymywanej przez organizatorów pozostawia bardzo dużo do życzenia. Przykłady: brak dostępu do archiwum wyników z lat ubiegłych, brak wyszukiwania po loginie użytkownika, brak możliwości personalizacji profilu, brak możliwości porównania swoich wyników z wynikami innych itp. itd. Pojawia się otwarte pytanie, czy nie warto w Polsce zorganizować takiego konkursu samodzielnie, bez Bolonii?

2. Jednocześnie z konkursem ECC odbywa się co roku konkurs „rowerowy maj”. Część polskich miast dokonuje wyboru, w którym konkursie wziąć udział. Dobrze, gdyby organizatorzy obu konkursów potrafili się dogadać. Z pożytkiem dla nas wszystkich :-)

3. Jeśli miasto Gdańsk miałoby w przyszłym roku ponownie przystąpić do konkursu ECC, to powinno to zrobić przynajmniej wspólnie z Gdynią i Sopotem jako Trójmiasto. Do rozważenia, czy nie należałoby wystartować jako legendarny „obszar metropolitarny”, wspólnie np. z Redą, Rumią, Wejherowem, Pruszczem Gdańskim. Za tą propozycją jest niemało argumentów. Wymienię wg mnie bodajże najważniejszy: część osób, które mieszkają w jednym z miast Trójmiasta, pracuje w miastach sąsiednich. Tym samym nawet jeżeli dojeżdżają na rowerach do pracy, to w myśl obecnie obowiązującego regulaminu konkursu część pokonywanych na rowerach kilometrów zwyczajnie im się nie zalicza. Oprócz tego wydaje się, że połączenie sił być może będzie sprzyjać dalszej popularyzacji roweru jako środka komunikacji osobistej.

4. Określenie jasnego celu konkursu. W trakcie trwania tegorocznej majówki miałem przyjemność gościć w stolicy naszego kraju. Wdałem się jednego wieczoru w dyskusję na FB na temat ECC z mieszkańcami Warszawy. Pozwoliłem sobie przybliżyć naszą gdańską, lokalną interpretację zasad, która sprowadza się m.in. do indywidualnej rywalizacji uczestników, z których każdy stara się przejechać jak najwięcej kilometrów. Odsądzono mnie od czci i wiary, zarzucono oszustwo. Zdaniem części warszawiaków należy wprost interpretować zapisy regulaminu mówiące o tym, że zliczać należy przede wszystkim dojazdy realizowane podczas codziennych rutynowych aktywności jak dojeżdżanie do szkoły czy pracy. Próby wydłużania tych dystansów, czy wprost rywalizacji, są już nadużyciem. No właśnie: to są, czy nie są? Rywalizacja, czy statystyka? Ja wybieram jednak rywalizację.

5. Wprowadzenie dodatkowych kategorii dla rywalizujących miast, które uwzględniałyby liczbę mieszkańców i powierzchnię miast.

6. Zmiana zasad konkursu (zmiana regulaminu) wydaje się nieunikniona. Doprecyzowanie zasad spowoduje wydłużenie regulaminu, jego komplikację, co może odstręczyć uczestników. Im zasady są prostsze, tym lepiej. Z postulowanych przeze mnie zmian najmocniej podkreślę wykluczenie możliwości samodzielnego dopisywania tras na zasadzie dobrowolnej deklaracji. Dopuszczalne powinno być moim zdaniem wyłącznie dodawanie kilometrów z urządzeń mobilnych typu smartphone dokonywane za pomocą ograniczonego zbioru aplikacji. Innymi słowy aplikacji może być kilka, ale ich zbiór powinien być skończony / nadzorowany. Taka zmiana wyeliminuje pozornie nieco osób, ale spowoduje, że zostaną szanse na manipulacje wynikami, np. generowanie traków. Jeżeli zmiany w regulaminie zostaną wystarczająco wcześnie ogłoszone to ich wpływ na liczbę uczestników powinien zostać zmniejszony.

7. Wnioski z udziału miasta Gdańska w konkursie, które trafią do organizatorów w Bolonii, powinny zostać upublicznione. Stara zasada harcerska mówi, że im więcej osób patrzy na dany dokument, tym mniej będzie on zawierał błędów. Poza tym chyba duża część gdańskich uczestników konkursu czuje do niego sentyment i byłaby skłonna nieco się zaangażować np. w lekturę takiego dokumentu, by nie rzucić górnolotnym hasłem „nic o nas, bez nas”.

8. Udział w konkursie pojazdów, których ruch jest co prawda wspierany pracą mięśni, ale które są wyposażone w silniki. Moim zdaniem to kolejne wyzwanie, z którym bardzo trudno będzie coś zrobić. Obecnie w Polsce znakomita większość rowerów jest napędzana wyłącznie siłą mięśni. Wyraźnie wzrasta zainteresowanie, a wkrótce również sprzedaż pojazdów typu „pedelec”, które wspomagają ruch rowerzysty za pomocą silnika elektrycznego. Wciąż jeszcze widywane są też motorowery, a wkrótce na drogach pojawią się motory elektryczne, które wygląem zewnętrznym będą mocno przypominały… rowery. I jak tu porównać udział kogoś, kto przejechał 2000 km na pedelecu z kimś, kto 2000 km pokonał wyłącznie za pomocą siły własnych mięśni?

9. Przygotowanie materiałów na youtube i na oficjalnej stronie miasta, które instruowałyby uczestników przynajmniej w podstawowych kwestiach technicznych.

10. Byłoby miło, gdyby miasto oprócz nagród o dużej wartości, np. koszulek za przejechanie tysiąca kilometrów, pomyślało też o uczestnikach, dla których dającą satysfakcję barierą było pokonanie np. 50 km, czy 100 km. Niech to będzie niewielki znaczek-przypinka. Jeszcze raz przypomnę o mocy grywalizacji: pokonywanie kolejnych barier i namacalne nagrody za ich pokonanie, wymiernie wpływa na chęć kontynuowania wysiłku. Ta zasada działa w obie strony. Ilu było uczestników rywalizacji, dla których celem nie było wykręcenie jak największej liczby kilometrów w ciągu miesiąca, a po prostu pokonanie 1000 km i pragnienie otrzymania wymarzonej koszulki? Warto pomyśleć o dodatkowym odznaczaniu tych, którzy tych tysięcy przejechanych kilometrów mieli więcej :-)

11. Jest potencjał, by w przyszłym roku przełamać magiczną barierę 1 mln kilometrów. Wystarczy przecież by zaledwie 1000 mieszkańców naszego grodu przejechało po 1000 km...

Przyznam się, że od razu budzi się we mnie sympatia, gdy mijam na ulicy rowerzystów (i rowerzystki), którzy jadą akurat w takiej właśnie koszulce. Jedność doświadczeń i świadomość wysiłku, który należało włożyć, by taką koszulkę otrzymać buduje nienamacalną więź. Być może to jest najważniejsza korzyść i zdobycz tego konkursu. Tym wnioskiem dziękuję za lekturę. Do zobaczenia w kolejnym majowym konkursie!

12. Część osób po zakończeniu konkursu usunęła swoje konta w Naviki, co, jak się okazało, powodowało także usunięcie kilometrów z wyników prezentowanych na stronie konkursu (http://www.cyclingchallenge.eu/pl/classifiche/classifica-principale/). Zrzut ekranu, który otwiera ten artykuł, został zrobiony 2 lipca. Liczba gdańskich kilometrów nie uwzględnia m.in. 2526 km jednej z pań, która właśnie usunęła swoje konto.

 

Na zakończenie przedstawiam kilka zdjęć nagród rzeczowych z edycji ECC a.d. 2016.

images/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7757_KoszulkaPrzod.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7759_KoszulkaTyl.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7764_KoszulkaLogoZblizenie.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7767_KoszulkaLogoZblizenie.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7769_KoszulkaMetka.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7772_KoszulkaMetkaZblizenie.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7774_Torba.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7777_Torba2.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7782_Napisik.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7785_TorebkaNaKoszulke.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7788_Metka.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7791_Czekolada.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7794_Czekolada.JPGimages/stories/2017/20170702_PodsumowanieECC/750_IMG_7797_Czekolada.JPG

embed video plugin powered by Union Development
Dodaj komentarz