W tym roku po raz pierwszy w życiu postanowiłem wystartować w dużej, zorganizowanej imprezie rowerowej. Przyciągnął mnie przede wszystkim długi dystans do pokonania (215 km) oraz trasa wiodąca przez piękne zakątki Kaszub, do których do tej pory nie dotarłem na rowerze. W artykule moje osobiste spostrzeżenia dotyczące organizacji imprezy. Do pobrania jest też track z GPS.
Mówiąc w skrócie: było warto! Wspaniała impreza, dobrze zorganizowana. Już teraz mogę powiedzieć, że chętnie wezmę w niej udział za rok. W tym roku nie wszystko ułożyło się tak, jak bym chciał. Nie ukończyłem imprezy na założonym przeze mnie dystansie. Niemniej zapraszam do lektury!
Nieco ponad rok temu, w jednym z trójmiejskich sklepów rowerowych, napotkałem duży plakat reklamujący imprezę rowerową o nazwie 'Kaszebe Runda'. Po powrocie do domu wszedłem na wskazaną stronę internetową: http://kaszeberunda.pl/ . Strona zrobiła na mnie korzystne wrażenie. Idea zmierzenia własnych sił i wytrzymałości z dystansem 215 km bardzo mi się spodobała.

W ubiegłym roku poważną przeszkodą były dla mnie koszty startu. Wtedy do dnia startu pozostało dosłownie kilka dni, co musiałoby się wiązać z koniecznością zapłaty aż 150 PLN. Jak dla mnie to zdecydowanie za dużo. Postanowiłem odłożyć swój udział na kolejny rok. Zaplanowałem sobie kalendarz tak, by wnieść opłatę w pierwszym możliwym terminie, co w tym roku zredukowało koszty do 85 PLN.

Myślę, że koszty udziału w tej imprezie są jednym z najważniejszych czynników ograniczających liczbę potencjalnych startujących:
  • 85 PLN       od 2008-01-01 do 2008-04-30
  • 95 PLN       od 2008-05-01 do 2008-05-20
  • 120 PLN     po 2008-05-20
  • 150 PLN     gotówka na starcie

Czy to mało, czy dużo, osądźcie sami. Ja uważam, że sporo. A co dostajemy w zamian?

W zamian mamy możliwość przejechania jednej z trzech pętli:
  • małej, o długości 65 km,
  • średniej, o długości 120 km,
  • dużej, o długości 215 km.
Niezależnie od długości pętli start i meta są w Kościerzynie. Z tego, co zrozumiałem, niezależnie od długości trasy opłaty startowe są jednakowe. Jeżeli ktoś chciałby się kierować wyłącznie ekonomią, najtaniej wychodzi udział w dużej pętli ;-)

Moim zdaniem jedną z zalet imprezy jest możliwość wyboru długości trasy, jaką chce się przejechać, już bezpośrednio na trasie. Dla organizatorów co prawda ważna jest deklaracja wyboru danej trasy, ale podczas jazdy można zmienić zdanie. Co więcej, organizatorzy są w stanie stwierdzić już podczas trwania imprezy, kto jaką decyzję podjął.

Ja postanowiłem się zmierzyć z dużą pętlą. W przeszłości dwukrotnie pokonywałem dystanse o zbliżonej długości. Wiedziałem, że mój organizm da radę, o ile nie przeszarżuję, nie odwodnię się, itp. itd.

Formę płatności, godzinę startu oraz wybór trasy uzgodniłem z organizatorami drogą elektroniczną. Informacje zwrotne były dosyć lakoniczne. Adres punktu startowego otrzymałem na kilka dni przed ostatecznym terminem.

Wobec tego zaplanowałem sobie czas podróży tak, by w Kościerzynie mieć mniej więcej godzinę czasu na załatwienie formalności. Impreza wypadła w sobotę, co moim zdaniem jest dobrym pomysłem. Pamiętam, że gdy poprzednio pokonywałem tak długi dystans, następnego dnia, w pracy, byłem pół żywy ze zmęczenia. Po udziale w tegorocznej imprezie wiem już, że warto poświęcić cały dzień na przygotowania do tak dużego wysiłku. Pracę skończyłem w piątek o 17.30. Po uporaniu się z innymi obowiązkami i przygotowaniami do startu zrobiła się północ. Nie zostało mi wiele czasu na tak potrzebny sen. W przyszłym roku przed dniem startu wezmę jeden dzień urlopu.

Kościerzyna nie jest daleko w sensie geograficznym, jednak dotarcie do niej z rowerem w tym samym dniu, co start imprezy, w zasadzie skazuje na skorzystanie z samochodu. Pożyczyłem samochód z bagażnikiem dachowym i dwoma wspornikami przystosowanymi do montażu rowerów. (Ewa zgodziła się przeżyć sobotę bez samochodu, za co jeszcze raz bardzo jej dziękuję). Dzięki pośrednictwu portalu RwM nie pojechałem sam. Towarzyszył mi Dominik z Gdyni, który zgłosił się w piątek wieczorem.

Wyruszamy z Oliwy około 5.20. Na dachu samochodu dwa rowery. Humory dopisują. Na trasie znikomy ruch. Do Kościerzyny docieramy szybko i sprawnie. Ustawiam samochód na jednym z parkingów 'pseudo-strzeżonych'. Obaj nie mamy pojęcia, gdzie znajduje się biuro startowe. Po drodze nie widzimy żadnych wskazówek informujących o 'Kaszebe Runda'. Przebieramy się na parkingu i ruszamy na poszukiwania. Kościerzyna duża nie jest. Punkt startowy znajdował się przy urzędzie gminy, na ulicy Strzeleckiej 9.

Pomimo dużej liczby uczestników bardzo sprawnie zostają załatwione wszystkie formalności startowe. Dostaję nr startowy 485. Uczestnicy są odprawiani jednocześnie na co najmniej 3 stanowiskach. Na stolikach notebooki. Wystarczy podać nazwisko, a obsługa odnajduje i weryfikuje dane osobowe, sposób płatności itd. Nr startowy jest naniesiony na dwóch jaskrawozielonych prostokątnych kawałkach materiału spiętych gumkami. Numery są wyraźne, dobrze, z daleka widoczne, tak z przodu, jak i z tyłu. Na wewnętrznej stronie przedniego kawałka materiału naniosłem na specjalnie do tego przeznaczonej nalepce podstawowe informacje medyczne (imię, nazwisko, wiek, grupa krwi, choroby przewlekłe, uczulenia, przyjmowane leki, osoby do powiadomienia w razie wypadku). Do wewnętrznej strony tylnego kawałka materiału przyczepiony był układ elektroniczny umożliwiający śledzenie mojej pozycji na trasie. Dłonią wymacałem małą bateryjkę.

Jak każdy uczestnik, dostaję informator w postaci gęsto zadrukowanej najważniejszymi informacjami kartki A4.  Między innymi jest tu kolorowa, czytelna mapka pokazująca zarys wszystkich tras, wraz z punktami regeneracyjnymi. Sposób organizacji informacji oraz jej przedstawienie robią na mnie bardzo dobre wrażenie. Czytelnie rozplanowane, w kolorze. Zwięźle, na temat i po polsku, a nie 'polskawu'. Szkoda, że nie dostałem tych informacji przed startem, np. drogą elektroniczną, bo znalazła się tu m.in. mapka ułatwiająca dojazd do punktu startowego.

Nie było startu wspólnego. Uczestnicy zostali podzieleni na grupy startowe według swoich preferencji. Start poszczególnych grup odbywał się co 10 minut, zaczynając od godziny 8.00.

Teren biura startowego był dobrze nagłośniony. Chcąc maksymalnie zwiększyć swoje szanse na przejechanie całej trasy zapisałem się na godzinę 8.00. W mojej grupie jechało około 30 osób. Przed bramą wjazdową do urzędu gminy ustawiono specjalną bramkę, która automatycznie rejestrowała moment przejazdu każdego z uczestników. Słychać przy tym było wyraźny pisk. Na ziemi ustawiony był duży, dobrze widoczny zegar elektroniczny. Każda z ostatnich pięciu sekund w każdej minucie była sygnalizowana dodatkowym wyraźnym dźwiękiem. Ustawiam swój GPS i czekam na chwilę startu.

Impreza odbywa się po publicznych drogach, na których odbywa się ruch samochodów. Na czas trwania imprezy w najbardziej newralgicznych miejscach, jak np. centrum Kościerzyny, ruch zostaje chwilowo zatrzymany. Być może to właśnie przerwy w ruchu wymusiły podział startujących na grupy. Dzięki temu ruch był wstrzymywany na około 5 minut, co 10 minut. Przejazd poza granice miasta był nadzorowany przez czytelnie oznakowany samochód pilota. Obowiązywała zasada, że nie wolno go wyprzedzać. Tak więc pierwsze kilometry po starcie służyły wszystkim za rozgrzewkę, a właściwa jazda, czy też ściganie, rozpoczynały się dopiero po zjechaniu na pobocze prowadzącego stawkę samochodu. Dodatkowym zabezpieczeniem przed niebezpiecznymi interakcjami pomiędzy bądź co bądź sporymi grupami rowerzystów a samochodami były patrole motocyklowe. Motocykliści ubrani byli w stroje czytelnie wyróżniające ich od innych uczestników ruchu. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów powstrzymywali od wyprzedzania kierowców ciężarówek. Dbali także, by kierowcy pojazdów osobowych w trakcie wyprzedzania grup rowerzystów zachowywali bezpieczną prędkość. W razie zbyt szybkiej jazdy taki pojazd był doganiany, wyprzedzany i blokowany na swoim pasie ruchu.

Taki sposób prowadzenia ruchu się sprawdzał, o czym mogłem się przekonać na własnej skórze, bowiem przez kilka kilometrów zamykałem pierwszą grupę. Motocyklista jechał równo ze mną, oddzielając mnie od dużej ciężarówki. Motocykliści dosiadali dużych 'ścigaczy'. Dźwięki dobiegające z silników ich maszyn nie pozostawiały wątpliwości co do możliwości szybkiego przyspieszania i rozwijania zawrotnych prędkości. Było ich na tyle dużo, że mogli ochraniać kilka grup startujących rowerzystów jednocześnie. Pożegnałem ich na jednym z kolejnych mijanych skrzyżowań, gdzie kierowali ruchem, dając pierwszeństwo uczestnikom na pojazdach napędzanych siłą mięśni.

Pod koniec imprezy dowiedziałem się od jednego z organizatorów, że na motocyklach zasiadali funkcjonariusze gdyńskiej policji. Panowie po służbie oddają się hobby polegającemu na ujeżdżaniu szybkich jednośladów. 'Po znajomości' zgodzili się zabezpieczyć imprezę dla rowerzystów. Zabezpieczenie imprezy od strony organizacji ruchu zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie.

Trasa była oznakowana namalowanymi wprost na asfalcie strzałkami  oraz literami 'KR'. W bardziej krytycznych punktach, to jest na skrzyżowaniach, strzałek było więcej. Dzięki mapce, prostej trasie oraz  strzałkom, szansa na zjechanie z trasy była znikoma. Dodatkowo na skrzyżowaniach stali kierujący ruchem, którzy wskazywali właściwą trasę przejazdu. Na dalszych odcinkach byli to przede wszystkim strażacy, którzy na te okoliczności chwytali za policyjne lizaki.

Dodatkowe zabezpieczenie imprezy stanowili ratownicy medyczni. Po trasie przemieszczał się samochód z sympatyczną panią ratownik za kółkiem oraz motocykl prowadzony przez jej męża. Ponadto na jednym z punktów trasy stała karetka.

W pogotowiu był też mechanik. W razie potrzeby był gotowy na szybkie i sprawne usunięcie podstawowych awarii.

Dominuje rower szosowy. Tak na oko oceniam że jakieś 90% maszyn to szosówki. Znalazłem gdzieś informacje, że nawet na długiej pętli suma przewyższeń nie przekroczy 1000 m. W praktyce oznacza to jazdę 'po płaskim'. Z obserwacji wyścigów kolarskich wiem, że takie długie trasy sprzyjają jeździe w peletonie i często udanym ucieczkom. Średnia prędkość przejazdu często przekracza 40 km/h. Jestem ciekawy na ile poważnie podeszli do tej imprezy kolaże jeżdżący półamatorsko. Wprawdzie nie było startu ostrego, a uczestnicy zostali podzieleni na grupy, ale mogło to być dla niektórych wręcz zaletą i okazja do ostrej i szybkiej jazdy.

Jedzie też nieco rowerów trekkingowych, ale spotykam też i górale. Widziałem nawet kogoś na fullu, widziałem też kogoś na rowerze miejskim.

Przez pierwszą godzinę dzielnie walczę o utrzymanie wysokiego tempa. Jadę nieco ponad 30 km/h, czemu sprzyja ukształtowanie terenu. Udaje mi się je utrzymać aż do pierwszego punktu regeneracyjnego, ustawionego w okolicach Borska. Docieram do niego mniej więcej w godzinę i 20 minut po starcie. Tu, chcąc nie chcąc, rozstaję się z pierwszą osobą, która od dłuższego czasu jechała mniej więcej w moim tempie. Nie zapamiętałem niestety imienia. Był z Bydgoszczy. Na 'Kaszebe Runda' przyjechał po raz pierwszy. Postanowił zmierzyć się z dużą pętlą. Rower był dla niego sposobem na aktywne spędzanie wolnego czasu. Widziałem, że jest w formie, czego nie mogłem powiedzieć o sobie. Z trudem dotrzymywałem mu koła. Między innymi opowiadał, że Postanowił zaktywizować mieszkańców swojego miasta do wspólnej jazdy na rowerach. Zaczął organizować oficjalne przejazdy grup rowerzystów. Dzielił się ze mną przemyśleniami na ten temat. 'Specjalne wykorzystanie pasa ruchu', 'impreza masowa'. Na własnej skórze poznawał smak tych terminów, znaczenie opieszałości urzędniczej.

Przed pierwszym punktem regeneracyjnym dogania mnie i wyprzedza z dużą prędkością zwarta grupa na szosówkach. Wśród nich miga mi Dominik. Wiem, że miał startować o 8.10.  Pierwszy raz w swoim życiu chce się zmierzyć z dystansem 215 km. Jedzie na rowerze szosowym. Do tej pory jeździł na dystansach do 160 km. Udział w 'Kaszebe Runda' traktuje jako sprawdzian swoich możliwości. Obaj jesteśmy przekonani, że da radę. Otwartym pytaniem był tylko czas, w jakim pokona całą trasę.

Po minięciu pierwszego punktu regeneracyjnego, na którym wlewam w siebie pół dużej butelki wody, obserwuję już tylko oddalające się coraz bardziej jego plecy. Spada mi tempo, ale staje się bardziej równe. Czuję się jeszcze mocny.

Pogoda sprzyja. Jest chyba nieco ponad 20 stopni z tendencją zwyżkową. Ostre słońce, ale i wiaterek dający bardzo dobre i potrzebne chłodzenie. Trasa w większości prowadzi pośród lasów, które dają dodatkową ochronę przed promieniami słonecznymi. Czyli jedzie się bardzo przyjemnie.

Od chwili rozstania z bydgoszczaninem przez jakąś godzinę jadę sam. Prawie nie spotykam innych uczestników. Z rzadka słyszę tylko 'cześć', gdy ktoś mnie wyprzedza. Najwyraźniej moje tempo jest za niskie. Ale jest moje i tego się trzymam. W pewnym momencie dołącza do mnie facet w moim wieku, na rowerze szosowym i buja się w moim tempie. Opowiada o swojej pracy. Właśnie podjął odważną decyzję i po siedmiu latach spędzonych w tym samym zakładzie pracy złożył wypowiedzenie. Wkrótce miał zacząć cieszyć się wolnością. Jeszcze się nie rozglądał za nowym zajęciem. W słońcu lśni karbonowa rama jego kolarzówki. Namawiam go, by pojechał ze mną na dużą pętlę. Podaję mocny argument wspaniałej pogody. On z kolei przekonuje mnie, bym skrócił dystans do 120 km. Nie doszliśmy do porozumienia i wkrótce każdy z nas jedzie w swoją stronę.

O ile do tej pory jechałem prawie sam, to teraz samotność wręcz mi doskwiera. Kilometr za kilometrem, potem kolejne dziesiątki kilometrów, dwudziestki, trzydziestki. Przede mną po horyzont żadnego rowerzysty, za mną podobnie. Stąd albo wniosek, że na przejazd dużej pętli zdecydowali się bardzo nieliczni, albo że jadę w zupełnym ogonie. Spotykałem kogoś tylko na punktach regeneracyjnych, ale i to były jednostki.

Trasa pomiędzy rozjazdem średniej i dużej pętli a Charzykowymi zaliczam do wyjątkowo malowniczych. Wspaniale mi się jedzie. Tylko przyroda, wiaterek i wąska szosa. Postanowiłem, że kiedyś tu powrócę, by zwyczajnie poprzebywać w miejscowych lasach, bez presji czasowej, z aparatem w ręku.

Po drodze mijam dwie bramki rejestrujące automatycznie moją obecność w danym miejscu i czasie. Fajny i przydatny pomysł. Pozwala stwierdzić, czy ktoś na trasie nie oszukiwał, sprawdzić, ile osób znajduje się w danej chwili na danym odcinku trasy, a nawet powiedzieć, kto jest gdzie. Taka bramka zajmowała szerokość jednego pasa ruchu. Cztery tyczki połączone na górnych końcach kablem. Na poboczu samochód, komputer przenośny i osoba z obsługi.

Za Charzykowymi do Lipnicy jedzie się w zasadzie prostą drogą. Nuży jej jednostajność. Brak też jakiś szczególnych atrakcji. Prosta szosa sprzyja szybkiej jeździe samochodem. Pomimo soboty drogą jeździ sporo samochodów. Podejrzewam, że niektóre z nich jechały ponad 160 km/h. Docierając do punktu regeneracyjnego w Lipnicy czułem się już mocno zmęczony. Mniej więcej od Lasek męczy mnie kaszel. Wyraźnie nie wyleczyłem do końca poprzedniej infekcji. Zaczyna mnie też dusić. Przejażdżka stała się dla mnie próbą charakteru. Muszę zmuszać swój organizm do dalszego wysiłku.

Nie wiem, w jaki sposób organizatorzy osiągnęli efekt bardzo dobrego przygotowania niektórych punktów regeneracyjnych. Myślę tu przede wszystkim o Laskach, Lipnicy i Półcznie. Oprócz 'programu obowiązkowego', na który składała się woda butelkowana, jakiś syrop regeneracyjny, zresztą o podłym smaku, na stolikach znalazły się wypieki domowe. W Laskach mogłem spróbować domowego ciasta drożdżowego, w Lipnicy domowego smalcu, dżemu i lokalnego chleba. Tego się nie zapomina! Odniosłem wrażenie, że sporo zależało od inwencji osób przygotowujących poczęstunek. Spróbowanie świeżego chleba posmarowanego grubo smalcem przez miejscowego sympatycznego strażaka to jest to. Najsłabiej wypadł chyba obiad zaplanowany mniej więcej w połowie trasy, w Charzykowych. Były dwa dania, zupa oraz coś jak spaghetti. Ja dopchałem się wielką porcją kisielu. Punkty regeneracyjne były dobrze oznakowane fajnymi flagami z logo imprezy, z daleka łopoczącymi na wietrze.

W Lipnicy robię sobie przerwę. Walczę z myślami i kaszlem. Podejmuję męską decyzję, że dojadę do Półczna, a potem się zobaczy. Od połowy dystansu między Lipnicą a Półcznem zaczynam liczyć każdy metr. Dotychczasowy kryzys przybrał na sile. Bardzo bolą mnie stopy. Domyślam się, że bloki butów 'SPD' spowodowały powstanie odcisków na podeszwach stóp. Ulgę przynosi dopiero wypięcie się z pedałów i jazda starym sposobem, bez wpięcia. Jestem już bardzo zmęczony. Momentami jadę zygzakiem. Uznaję, że nie warto ryzykować i w Półcznie kończę swoją przygodę. Na kartce, którą dostałem na starcie imprezy, odnajduję odpowiedni nr telefonu. Samochód zabiera mnie wraz z rowerem po około 20 minutach. Prowadzi mechanik rajdu. Po drodze ma jeszcze dwie interwencje. Pierwsza to wymiana dętki w rowerze jednej z uczestniczek, która wybrała dużą pętlę. Dalej do samochodu dołączają jeszcze trzy osoby, które poddały się jak ja.

W trakcie jazdy samochodem jest chwila, by porozmawiać. Wydaje mi się, że taka impreza, z udziałem jednak prawie 500 osób, to wspaniała promocja dla regionu, a w szczególności poszczególnych gmin, przez które wiedzie trasa. Tymczasem organizatorzy napotykali i nadal napotykają na wiele trudności. Impreza masowa o takiej skali musi być przygotowywana w zasadzie z rocznym wyprzedzeniem. Każda z gmin musi wydać osobno stosowne zgody. Doszło do tego, że w gminach pytają się organizatorów, co oni będą mieli za udzielenie zgody. Taki kraj.

'Kaszebe Runda' organizuje grupa zapaleńców, którym się zamarzyło zorganizowanie imprezy na europejskim poziomie. Stąd elektroniczna rejestracja uczestników, profesjonalne zabezpieczenie. Widać, że to nie przypadek. Już po raz czwarty można przemierzyć drogi Kaszub pod żółto-czarnym rowerowym logo. Z roku na rok trasa ulega niewielkim, ewolucyjnym zmianom. Pod uwagę brane są przede wszystkim walory krajoznawcze oraz bezpieczeństwo uczestników. I tak trzymać.

Dojeżdżamy do mety na rynku w Kościerzynie około 20.20. Dostajemy pamiątkowe medale, oddajemy chipy elektroniczne. Mogę też sobie zostawić swój nr startowy no i oczywiście informator. Dziękuję organizatorom za kawał dobrej roboty i zmierzam w kierunku parkingu, gdzie rano zostawiłem samochód. Do zobaczenia za rok!


Plusy 'Kaszebe Runda':
  • W zasadzie jedyna impreza w całym województwie pomorskim o takim charakterze.
  • Bardzo dobrze zaplanowana i ułożona trasa. Dobrze oznakowana.
  • Świetne, profesjonalne zabezpieczenie imprezy ze strony służb medycznych.
  • Wzorcowe zabezpieczenie trasy przejazdu przed potencjalnymi niebezpieczeństwami ze strony innych uczestników ruchu.
  • Zróżnicowana długość trasy pozwoliła dopasować dystans do indywidualnych preferencji.
  • Fajna pamiątka w postaci numeru startowego i pamiątkowego medalu.
  • Bezcenna satysfakcja z możliwości zmierzenia się z samym sobą w doborowym towarzystwie.


Minusy 'Kaszebe Runda':
  • Podstawowy zarzut dotyczy niedostatecznego wykorzystania w kontaktach z uczestnikami imprezy mediów elektronicznych. Moim zdaniem założenie, że elektroniczne kanały informacyjne są najwygodniejsze w obsłudze i umożliwią najszybsze dotarcie do uczestników jest w dzisiejszych czasach jak najbardziej uzasadnione. Przykładowo wszystkie informacje umieszczone na karcie startowej mogły zostać mi przekazane drogą elektroniczną.
  • Kiepska strona internetowa. Brak aktualnych informacji.Pomimo upływu tygodnia od zakończenia imprezy nadal nie znam swoich wyników. Nie są dostępne np. na stronie internetowej.
  • Po zakończeniu imprezy nie otrzymałem drogą elektroniczną  żadnej, chociaż ogólnej informacji typu: było tylu a tylu uczestników, z tego w poszczególnych pętlach wzięło udział tylu a tylu, itp.
  • Brak oznakowania dojazdu na miejsce startu po wjeździe do Kościerzyny.

Dane podróży na podstawie GPS:
Odległość całkowita: 177 km (176,55 km)
Prędkość maksymalna: 53,8 km/h
Czas jazdy: 8 h 30 min.
Prędkość średnia w czasie ruchu: 20,8 km/h
Całkowita różnica poziomów: 973 m
Maksymalna wysokość 205 m n.p.m.
Do pobrania: Track z GPS

Mapka pokazująca trasę mojego przejazdu:

Koszty:
Udział w imprezie: od 85 do 150 PLN.
Dojazd: samochodem osobowym, z rowerem na dachu, mi wyszło 135 km, za które zapłaciłem 35 PLN.
Koszt dodatkowy to w moim przypadku zakup obowiązkowo wymaganego kasku za 98 PLN.


Kilka refleksji na zakończenie
Podzielenie uczestników na małe grupy startowe było podyktowane między innymi względami bezpieczeństwa. Przez to, że w tych samych grupach jechali ludzie wybierający pętle o różnej długości, nie potworzyły się małe specjalizowane grupy, a raczej każdy jechał indywidualnie i indywidualnie mierzył się z wybranym dystansem. Nie było peletonu kolarzy mierzących się wspólnie z dystansem. Pokonywanie trasy przypominało bardziej jazdę indywidualną na czas. Na pewno jedni uznają to za zaletę, inni za wadę. Wydaje mi się, że gdybym znalazł kogoś, kto jechałby wraz ze mną w chociaż zbliżonym tempie, to pomimo niedoskonałego przygotowania udałoby mi się pokonać zaplanowany dystans.

Kim byli uczestnicy:
  • Jaką część ogółu uczestników stanowią Ci z Trójmiasta?
  • Ilu jest uczestników z Kościerzyny i Chojnic?
  • Ile startuje grup kolarskich? Z jakich miast? Jak licznych?
Szkoda, że impreza jest słabo spopularyzowana. Ciężko było znaleźć informacje na jej temat. Tym bardziej wypada wierzyć, że ludzie, którzy pojawili się na starcie, byli tam nieprzypadkowo.

Chciałoby się, by takich imprez w regionie było więcej. Dzięki naturalnym warunkom ukształtowania terenu, aż się prosi, by imprezę o podobnym charakterze zorganizować na Żuławach. Może ja sam powinienem się zmierzyć z tą myślą?

Dodaj komentarz