Ani się obejrzałem, a przeleciał rok i znowu przyszło mi stanąć na starcie Kaszebe Runda. Znowu miałem ambitny plan, by przejechać dystans 215 km. A co z tego wyszło? Zapraszam do lektury!

(Oprócz sprawozdania z przejazdu do pobrania trak z GPS. Zamieściłem także profil wysokości).

 

 

W tym roku przygotowałem się do przejazdu. W zeszłym roku nie starczyło mi na to czasu. Na dobry początek już w lutym zarezerwowałem sobie jeden dzień urlopu, w przeddzień imprezy, czyli w piątek. Całe szczęście, że zrobiłem to z takim dużym wyprzedzeniem. Mogłem później spokojnie obserwować, jak mój kalendarz szczelnie się wypełnia obowiązkami bez obaw o urlop.

Piątek poświęciłem przede wszystkim na przygotowanie roweru. W pierwszej kolejności zmieniłem oponę na tę kupioną rok temu, znacznie węższą. Trochę się przez rok zakurzyła. Przy okazji reguluję przerzutki. Sprawdzam stan łańcucha - wygląda w porządku. Długo zastanawiam się nad pedałami. Świetnie pamiętam, co stało się podczas ostatniej próby przejechania długiego dystansu. Stopy w butach SPD spuchły, do tego podeszwy stóp nieznośnie mnie bolały przy każdym naciśnięciu na pedały. Postanawiam zmienić pedały SPD na pedały z noskami. Poszukiwanie klucza płaskiego nr 15, nieco kręcenia, czyszczenia gwintów i gotowe. Ustawiam klocki hamulcowe. Wszystko w porządku. Kolejna decyzja dotyczy mapnika. Rezygnuję z niego na rzecz GPS. Jeszcze tylko przegląd odzieży, poszukiwania kasku i jestem gotowy. No tak, zapomniałem o przygotowaniu samochodu. Przegląd mocowań roweru do bagażnika. Zabieram ze sobą komplet rowerowych kluczy, łatki i półtora litrową butelkę z wodą.

Resztę dnia zamierzałem przeznaczyć na relaks. Przynajmniej udało mi się w miarę wcześnie położyć spać. Natomiast kompletnie zmarnowałem początek soboty. Za późno wystartowałem i nie posłuchałem rady organizatorów, by nie jechać drogą nr 20, która była w remoncie na ostatnim odcinku przed Kościerzyną. Z powodu robót nawet w sobotę ruch odbywał się wahadłowo. Oceniam, że jakieś 20 min. spędziłem w korku. Niepotrzebnie.

Zatrzymałem się na jednym z ogólnodostępnych i na szczęście bezpłatnych parkingów w centrum Kościerzyny. Szybka zmiana ubrania i butów. Pędzę na miejsce startu. Pierwsze wrażenie: sporo ludzi. Przed chwilą wystartowała kolejna grupa na 200 km, a ja jeszcze nawet nie mam nr startowego. Kurcze, jakaś długa ta kolejka. Odnajduję swoje nazwisko, wpisuję niezbędne dane medyczne, które zostają przyklejone do nr startowego. Wreszcie moja kolej ale i niemiła niespodzianka. By dostać nadajnik, który ma umożliwić odczyt moich międzyczasów i pozycji podczas jazdy, wymagana jest kaucja w wysokości 50 pln. Jakoś nie zapamiętałem tej informacji, pomimo że była podana w jednym z komunikatów startowych. Z zasady zabieram ze sobą zawsze nieco pieniędzy w papierowych banknotach. Tym razem miałem pełne 100 pln. Nie wydano mi reszty, ale zapisano mój nr startowy. Pieniądze będą na mnie czekać na mecie. No nieźle. Teraz już nie mam wyboru, muszę dojechać do mety ;-) Do kieszeni kurtki chowam informator. Znowu, podobnie jak rok temu, wielki plus dla organizatorów: czytelne informacje, podane na ulotce formatu A4, wydrukowanej dwustronnie, w kolorze. Dobrze rozplanowany tekst, czytelne rysunki.

Udaje mi się wystartować dopiero o 8:40. Grupa, z którą przyszło mi wystartować, została nazwana przez organizatorów 'grupą zerową' na 120 km. Faktycznie, od 40 min. powinienem być na trasie, czyli tyle czasu mniej będę mieć na przejechanie całego dystansu. Oprócz mnie w grupie liczącej około 20 osób tylko jeszcze jeden chłopak deklaruje przejechanie 215 km.

Wreszcie start. Przez miasto prowadzi nas policyjny radiowóz. Nie robię błędu z zeszłego roku i próbuję się nie spalić na pierwszych kilometrach. Jadę swoim tempem. Wyprzedzają mnie kolejni rowerzyści i rowerzystki. Wkrótce zostaję sam. Ja i droga.

Pogoda nie może się zdecydować. Po niebie przewalają się ciemne chmury, ale nie zaczyna padać. Mam czas, by się porozglądać, przemyśleć kilka spraw. Na polach grają świerszcze, na niebie od czasu do czasu pojawia się bocian. Sielanka. Dojeżdżam do pierwszego punktu regeneracyjnego. Pierwszy postój. Obsługa od serca częstują bułkami i napojami. Wodę mam, głodny nie jestem. Ruszam w dalszą drogę.

Po kilku kilometrach samotnej jazdy dogania mnie Sławek. Chce przejechać 'dużą pętlę'. Wystartowaliśmy razem, w tej samej grupie. Jedzie na rowerze górskim, na jak dla mnie bardzo szerokich oponach. Wieje coraz mocniej. Pamiętam też z lektury mapy, że ostatnie kilometry przed Kościerzyną charakteryzują się sporymi różnicami w wysokości. Moja kondycja pozostawia sporo do życzenia. Oczywiście mógłbym się nadal bujać swoim tempem przez kolejne setki kilometrów i kiedyś tam w końcu bym dojechał. Uznaję jednak, że nie o to mi dzisiaj chodzi. W tym roku celem jest dla mnie przejechanie trasy do samego końca. Im jestem bliżej rozjazdu między dużą i średnią pętlą, która jest mniej więcej na 55 kilometrze, tym mocniej siebie przekonuję, by nie wybrać dużej pętli. Skręciłem na dystans 120 km. Sławek dalej pojechał sam.

Wkrótce dojeżdżam do kolejnego punktu regeneracyjnego 'Sominy'. Jak to przedstawiła gospodyni punktu, 'czas na obiadek'. Rewelacyjna zupa pomidorowa z ryżem. Mmmmm... wspaniale mi smakowała. Do tego niezapomniany chleb z domowym masłem własnej produkcji. Palce lizać. Skusiłem się jeszcze na pajdę ze smalcem. Uzupełniam zapas wody. Chwilę rozmawiam z innymi uczestnikami przejazdu. Dwie osoby pamiętały mą deklarację o udziale w dużej pętli. No cóż, nie tym razem.

Kręcę dalej. Pogoda się poprawia, wychodzi słońce. Jednocześnie wzmaga się wiatr, który daje mi się coraz mocniej we znaki. Jakoś w tym roku mam jeszcze mniej okazji do zamienienia kilku słów z innymi uczestnikami. Znowu tylko ja i droga. Czasami oglądam się za siebie i nie widzę nikogo, jak okiem sięgnąć. To samo przede mną. Tak dojeżdżam do Półczna. Tu zakończyła się moja przygoda z Kaszebe Runda w ubiegłym roku. Przede mną jeszcze nie znany odcinek jakiś 35 km. Czuję już drogę w nogach, a główne wzniesienia dopiero przede mną.

I rzeczywiście. Wkrótce za Półcznem zaczynają się pierwsze strome podjazdy. Mijająca mnie para potwierdza, że 'ten odcinek jest najgorszy'. Ładny mi odcinek. Miałem wrażenie, że jadę przez cały czas pod górę aż do tablicy oznaczającej początek Kościerzyny. Na jednym z podjazdów nie wytrzymałem i na chwilę przystanąłem. Wyprostowałem plecy, rozejrzałem się. Wiatr prawie przez cały czas przeszkadzał. Tempo mi mocno spadło.

Kolejny postój w Sulęczynie w namiocie wojskowym. Do wyboru kisiel lub słodka drożdżówka. Obok namiotu zatrzymuje się grupa motocyklistów eskortujących uczestników. Anioły stróże w czarnej wersji :-) Niektórzy przez większość trasy eskortowali mały peleton mierzący się z dystansem wielkiej pętli. W trakcie przerwy mija nas jakiś 10-15 rowerzystów. Nie zatrzymują się, jadą dalej. To właśnie ta grupa. Kurcze, przejadą te 215 km w czasie około 5 godzin...

Zbieram się w sobie i jadę dalej. Co jakiś czas mam przyjemność oglądać plecy dziewczyny jadącej na szosówce. Wyprzedza mnie, potem zatrzymuje się i czeka na ojca. Po chwili znowu mnie wyprzedza.

Dojeżdżam do Stężycy. Już wiem, że bez problemu dojadę do mety. Nie zatrzymuję się przy punkcie regeneracyjnym, jadę dalej. Wyraźnie wzmaga się ruch na drodze. To jeden z widomych znaków, że zbliżam się do miasta. W pewnym momencie dochodzi do bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Wyprzedza mnie samochód osobowy. Jednocześnie 'na trzeciego' próbuje nas wyprzedzić bus. Słyszę pisk opon i odgłosy łamanego plastiku. Odwracam do tyłu sztywny kark i widzę, jak busem zarzuca, łapie pobocze. Na szczęście kierowcy udało się utrzymać panowanie nad pojazdem. Na wszelki wypadek zjeżdżam na pobocze. Było groźnie.

Przed samą Kościerzyną jeszcze jeden samochód najwyraźniej próbuje mi lub sobie coś udowodnić. Mija mnie bardzo blisko w ogóle nie sygnalizując manewru wyprzedzania. Ech, przydałby się motocyklista z obstawy imprezy... Przecież wystarczy drobne muśnięcie i lecę na pysk. Wtedy pozostaje liczyć na cień szansy, że za wyprzedzającym samochodem nie jedzie kolejny, któremu mogę wpaść pod koła... Już widzę pytanie policjanta: 'a jaki był nr rejestracyjny pojazdu?'. Nie mam pojęcia, jaki był. To były sekundy, podczas których starałem się nie wywrócić.

Już na terenie miasta przejeżdżam przez ostatni punkt kontroli czasu. Na trasie, którą jechałem w tym roku, w sumie były chyba tylko trzy: jeden na starcie, jeden gdzieś w okolicach Somin i ten ostatni w samej Kościerzynie. Nie za dużo. Prawdę mówiąc obiecywałem sobie znacznie więcej. Przed startem odwiedziłem stronę firmy, której powierzono odczyty czasu: obsługa maratonów MTB itp. A tu tylko trzy punkty pomiaru czasu. Trudno się pasjonować czyimś przejazdem, jeżeli w ciągu 7 godzin jest szansa na zobaczenie wyniku trzy razy.

Wjeżdżam na chodnik. Ostatnie kilkaset metrów przed rynkiem jadę ścieżką rowerową. Wreszcie meta. Dojechałem...

Odbieram pamiątkowy medal. Do garści dostaję talon żywnościowy o wartości 10 pln. Wystarczy na talerz makaronu z sałatką warzywną oraz piwo. Fajny pomysł, bo z przyjemnością napiłbym się piwa. Oczywiście z niego rezygnuję, bo przecież 'wozem jestem'. Za to jedzonko przyswajam ze smakiem. Jest szansa posłuchać wspomnień innych. Przy tym samym stole siada uczestnik małego peletonu, który zmierzył się z wielką pętlą. Uśmiech na twarzy, błysk w oku. Ogólne humory dopisują. Niektórzy tak jak ja, wyrwali się z codziennego kołowrotu spraw bieżących, by trochę pokręcić korbami w miłym towarzystwie. Inni kręcą regularnie, tę imprezę traktując bardziej jak spotkanie towarzyskie.

Odbieram kaucję za sprzęt telemetryczny i widzę roześmiane twarze znajomych poznanych dzięki portalowi RwM. Jest Wojtek, są Saba i Obcy. Saba i Obcy robią za masażystów. Muszę przyznać, że mają wzięcie.

Kaszebe Runda to także możliwość obejrzenia, na czym jeżdżą inni. Zdecydowana większość wybrała rowery szosowe. Z ciekawostek na starcie dostrzegłem rower szosowy z nietypowym napędem. Zamiast zewnętrznej przerzutki tylnej jeden z rowerzystów miał wielką przerzutkę planetarną. Niestety nie starczyło mi czasu, by sprawdzić, czy nie jest to 14-biegowy Rohloff. Oprócz wielkiej piasty po stronie napędu był zamontowany wózek przerzutki. Wózek służył w tym przypadku do regulowania napięcia łańcucha. Przy korbie roweru były bowiem trzy koronki oraz przednia przerzutka. Żałuję, że nie miałem ze sobą aparatu. Jeżeli jakimś cudem posiadacz tego pojazdu przeczyta te słowa, to bardzo proszę go o kontakt.

Drugi rower, który na dłużej przykuł moją uwagę to 'szosa' w całości zbudowana z włókna węglowego marki Bianchi. Nawet nie próbuję zgadywać, ile musiał kosztować ten rower. Właściciel zniknął na dłuższą chwilę. Szkoda, bo chciałem z nim zamienić kilka słów, spróbować, ile waży takie cacko. Jak na taką maszynę miał wyjątkowo zapaćkany smarem łańcuch. Spomiędzy smaru prześwitywała gdzieniegdzie rdza. No tak, najwyraźniej nie tylko ja mam kłopoty, żeby chociaż raz do roku wyrwać się 'na rower'...

Dochodzi 17:00. Na mecie spędziłem chyba nieco więcej, niż godzinę. Podnoszę się z ławki, zabieram rower i idę na parking. Do zobaczenia za rok!

W drodze powrotnej zastanawiałem się, co najbardziej utkwiło mi w pamięci. Bez wątpienia był to zespół kaszubski, w strojach regionalnych, przygrywający podczas stromego podjazdu na najwyższe wzniesienie na całej trasie. Pomysł wydał mi się na tyle oryginalny i oderwany od rzeczywistości, że długo go nie zapomnę. Nie przepadam za muzyką ludową, jednak cały kontekst i krajobraz zagrały ze sobą wyśmienicie i dzisiaj wspominam tę sytuację jako coś niezwykłego. Faktycznie poczułem smak Kaszub. Wieloma zmysłami.

Z tego miejsca chciałem podziękować organizatorom za kolejną udaną imprezę. Nie udało mi się na mecie porozmawiać z Andrzejem Gołębiowskim i osobiście przekazać mu swoich wrażeń. Obowiązki organizatora imprezy zatrzymały go gdzieś na trasie.


Nieco statystyk:
Przejechana odległość: 122 km
Czas przejazdu: 7 h 05 min
Średnia prędkość: 17 km/h
Do pobrania: trak

Po powrocie, następnego dnia, dostałem krótką informację od Sławka. Nie dojechał do mety, ale osiągnął swój rekordowy dystans 180 km, z czego bardzo się cieszył. I o to wszak chodzi. Nie o dystans, ale o satysfakcję. Czego i Wam życzę.


JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.



Profil wysokości trasy. (Po kliknięciu obrazek się powiększy).

/traki_gps/640_20090530_KaszebeRunda_PF_wyc.png

Dodaj komentarz