Budziska... Ileż wspomnień i jakie piękne... To tam, jakieś 17 lat temu, po raz pierwszy świadomie poczułem się szczęśliwy. Byliśmy jeszcze młodsi. Zapach trawy pokrytej rosą, żurawie, wspinanie się na drzewa... Niezapomniany piętrowy paśnik pośród kniei. I najbardziej, najbardziej chyba wielka patelnia i z niej wspólna jajecznica z własnoręcznie zrywanymi grzybami.

Co z tego wszystkiego pozostało? Gdzie pognało nasze dusze, jak bardzo rozeszły się nasze drogi. Z tej dawnej drużyny, gdzie sami chłopcy i jedna złota dziewczyna, nie pozostało już nic. Przyblakły wspomnienia, zostały jakieś strzępy obrazów, zapachów, dźwięków.

 

Zawsze się boję jeździć w miejsca, które stały się dla mnie symbolem, które zapamiętałem jako 'moje rajskie', 'rojone osobiście', odtwarzane we śnie, wspominane na jawie, urastające do symbolu, stające się skojarzeniem, esencją.

 

Spotkaliśmy się po wielu latach, poharatani życiem, jak to bywa. Niestety rzeczywistość nie odpuszcza, więc by dać jej żywy odpór proponuję rower. Mi jest mało. Lubię uciekać, chować się pośród swego świata, by go chronić przed całym tym Szumem. Ania też ma swoje czary i swoje mary z przeszłości. Postanawia odczarować Budziska. Rzuca myśl luźną, by jak dawniej, 'wspólnie'...

 

Nadszedł wrzesień i to jest ostatnia szansa, by jeszcze w miarę znośnych temperaturach potoczyć się po jeszcze żywo zielonej okolicy. No to wymyślamy, kombinujemy dojazd, ile miejsc do spania, gdzie by tu zjeść. Ania prosi, bym wrzucił ogłoszenie, podał szczegóły. Zgłaszają się pierwsi chętni, nie ma już odwrotu. Jedziemy!

 

Trasa ułożona 'ad hoc', ot tak, by się potoczyć pętlą po okolicznych lasach. Niestety szlaki niebieski i czerwony na początkowych odcinkach, czyli od Małego Gacna do Śliwic, i potem od Śliwic w kierunku Szlachty są szczątkowe, by nie rzec, że zanikły zupełnie. Jest sporo piachu. Potem zaś krzaczory, bagno. Dość powiedzieć, że w ferworze walki gubię telefon wsadzony do mapnika. Dramat. Na szczęście dosyć szybko się zorientowałem, że on też wybrał wolność. Namierzam go po dźwięku, wykorzystując ten sam zmysł, co nietoperze.

 

Plan obiadu w Mylofie upada ze względu na odległość i zbyt późną godzinę. No to Fojutowo, gdzie udaje się zjeść smakowity posiłek. Przekraczamy Wielki Kanał Brdy. Pierwszą kichę łapie Witek. Chwila przerwy. Jakieś sto metrów dalej z podobną przypadłością już walczy t.o.p.o.l... Do końca dnia arkana dętki podmiany poznaje w praktycznej odsłonie jeszcze Psuja. Humory dopisują. Na szutrach zaczyna się gonitwa, średnia idzie w górę, płuca pracują od przepony po gardło, łapiąc łapczywie na wdechu, by dać parę nogom, kręcić korbami i przewijać przed oczami kolejne kilometry zieloności. Tak, żyję, jestem, daję radę, tu i teraz, wietrze, zbliżam się, łapię Cię, ogarniam...

 

Wieczorem ciągniemy na pobliski plac, gdzie stawiamy ognisko. Na stole trunki, wiktuały. SuperMario brzdąka, nuci. Nostalgicznie trzaska drewko, pieką się ziemniaki. Ileż wspomnień, aż wilgotnieją oczy... Budziska wtedy, Budziska dziś. Ogniu tańcz, pochłaniaj, grzej.

 

Niedziela przedstawia się nam bezchmurnie. Zmieniamy godzinę startu na nieco wcześniejszą. Plan prosty jest. Jedziemy do Tucholi, poznajemy jej centrum i wracamy. W drodze 'do' lekka modyfikacja planu, by SuperMario mógł zamoczyć swe jestestwo w naturalnym zbiorniku, co czyni na przekór temperaturze. yas i paff polują z poziomu siodła na grzyby i grzybki, przechwalając się co chwilę stanem ilościowym. Szeleści reklamówka na kierownicy yas coraz bardziej pęczniejąc wraz z kolejnymi kilometrami. Wpadamy do Tucholi około południa. Na rynku fontanna z łabędziami. Dzielimy się. Część z nas rusza na południe w kierunku Zalewu Koronowskiego. Większa część wybiera jedną z miejscowych kawiarni. Ja trafiam gofra.

 

Przyszedł jesienny deszczyk. Przechadzam się po rynku czytając o Małgorzacie świętej, co patronką miasta. Szukam śladów AK, 6 wileńskiej, a znajduję wspomnienie o dwóch nagich mieczach, co pojechały stąd pod Grunwald. yas się niecierpliwi, wołają mnie. Na siodła i do Cekcyna.

 

W Cekcynie knajpa. Ania sobie tylko znanymi metodami przekonuje obsługę, by pomimo poprawin poczęstowała nas treściwym obiadem za symboliczną cenę. Jemy wszyscy razem, ściągając via gsm resztę drużyny. Smakowicie, przyzwoicie, wspólnie.

 

Pakujemy graty. O 15.00 możemy ruszać. Nie chcę. Tam tylko pogoń za liczbami, jakieś cele, nie koniecznie moje, raty i cały ten pośpiech, szum, przewalający się przeze mnie. Sam sobie zgotowałem taki los. Muszę w sobie zamknąć te obrazy, które przeleciały mi w trakcie tych Budziskowych kilometrów, schować gdzieś głęboko, by nazwać je kiedyś godnością...

 

Aniu, dziękuję. Podarowałaś mi więcej, niż pewnie przypuszczasz. Prostymi słowy nie ogarnę, wyszukanymi zakłamię. Niechaj będzie pamięć...

 

Dziękuję też psui za cierpliwą obecność i próbę tolerancji, znowu.

 

Do następnego!

 

 

Dodaj komentarz