Jakiś czas temu opowiadałem Andrzejowi o swojej fascynacji ziemią żuławską. Kto na niej był sam w październikowy dzień, ten zrozumie. Pozornie nieciekawy kawałek ziemi, płasko jak na stole. Ale prawie w każdej wsi niesamowite zabytki mówiące o trudnej, pogmatwanej historii. Jest to też niemal raj dla rowerzystów lubiących duże prędkości po płaskim. Andrzej zwierzył mi się, że myśli już od jakiegoś czasu o zorganizowaniu dużej, masowej imprezy, zbliżonej ideą i organizacją do 'Kaszebe Runda'. Ucieszyłem się, ale jednocześnie wyraziłem duży sceptycyzm, bo w końcu to nie byle co...

 

A wczoraj stałem na starcie pierwszej edycji 'Żuławy Wkoło'. Marzenia się spełniają. Andrzej ma ten dar, że zamawia pogodę na samej górze. Pomimo, że wrzesień nie rozpieszczał i było już obrzydliwie zimno, wilgotno i wietrznie, zamówił bezchmurne niebo, temperaturę dochodzącą do plus 24 stopni i lekki wiaterek...

 

Rano skręcam rower, dopompowuję opony, wkładam naładowane przez noc akumulatorki do GPS-u i mknę wozem do Tczewa.

 

Wpadam na start parę minut przed 10. Gdzie punkt wydający numery? Gdzieś na nabrzeżu. Na rower i szybciutko. Ależ pięknie. Słyszę gdzieś nad Wisłą żurawie.

 

Na parkingu jest już Łukasz. Odebrał nr startowy, wniósł opłatę. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wystartuje. Źle znosi podróż samochodem i po drodze wymiotował. Kurcze, martwię się, co będzie na trasie. Jest w dobrym humorze, co najważniejsze. Strój ma idealnie dobrany do pogody. Wyjmuję dla niego z bagażnika nowiusieńki kask. Tak się złożyło, że jest w kolorze kurtki i chustki na szyję, więc się  dobrze komponuje kolorystycznie.

 

Nie zdążyliśmy się załapać na pierwszą grupę startową, ani na drugą. W międzyczasie dopompowuję koła w rowerze Łukasza 'na kamienie'. Chipy identyfikacyjne na kierownice. Słuchawka bezprzewodowa telefonu do ucha. W sakwach kompletne ubranie na zmianę, trochę jedzenia, pieniądze i dokumenty. Startujemy o 10.30.

 

Wyprowadza nas pilot, ale prawie od pierwszych metrów zostajemy z tyłu. Na pierwszym skrzyżowaniu dajemy radę, policjant wstrzymał ruch i czekał, aż się wpiszemy w łuk zakrętu.Na drugim skrzyżowaniu, na którym stał strażnik miejski, udaje nam się pojechać źle, na wprost. Na szczęście za nami pomachał i wyprowadził nas na właściwą trasę. Dalej już poszło gładko i wkrótce wyjeżdżamy za miasto.

 

Wiatr delikatnie nas popycha, słonko świeci. Liczymy kilometry. Pierwsze trzy przeleciały, potem czwarty i tak dalej, przypominam co jakiś czas  kolejne numery. Nie mam przy sobie mapy. Dzwonię więc. Najbliższy punkt żywieniowy dopiero w Świbnie. W sumie słuszny wybór, ale znając Łukasza zarządzam postój żywieniowy na 20 km. Niszczy banana i dwa paski czekolady, popija wodą i mnie pospiesza, żebyśmy jechali dalej. No dobra, to w drogę.

 

Po drodze opowiadam mu o atrakcjach, na jakie napotkamy. A to śluza w Przegalinie, a to przeprawa promem przez Wisłę. Póki co niemal namacalny jest wał wiślany. Obiecuję, że się kiedyś przejedziemy 'górą' i wtedy będzie widać królową polskich rzek.

 

Zbliżamy się do Kiezmarku. Ruch samochodowy wzrasta. Pamiętam, że kiedyś wczesną wiosną jechałem tą drogą i wtedy w oczy kłuły mnie śmieci powrzucane do przydrożnego rowu melioracyjnego. Tym razem opadają nas stada małych muszek. Wpadają do oczu, ust, uszu. I tak aż do samego wału pod Kiezmarkiem, gdzie droga zakręca i wkrótce przechodzi pod "siódemką". Mój towarzysz bardzo się zdziwił widząc kierunkowskaz 'Warszawa'. Przejeżdżamy pod mostem drogowym, ruch samochodów wyraźnie się zmniejsza, a droga się zawęża.

 

W Przegalinie robimy sobie przerwę 'na siusiu'. Niszczymy kolejnego banana. Co prawda za chwilę ma być punkt regeneracyjny, ale w razie gdyby go jednak nie było...

 

Dojeżdżamy do Świbna, najbardziej na wschód wysuniętej dzielnicy Gdańska, 39 km dzisiejszej trasy. Skręcamy na prom tylko w połowie wypełniony samochodami. Mijamy punkt pomiaru czasu. Mata, która robi za czujnik, została już zwinięta w rulon. No ale się chyba załapaliśmy. Na pokładzie promu spotykamy jeszcze czwórkę uczestników tej samej imprezy. Tak, jak się spodziewałem, punkt regeneracyjny zawinął się tuż przed naszym przybyciem. Jedna z uczestniczek kończyła właśnie ostatnią kromkę z ulubioną przez Łukasza nutellą, którą to dostała tuż przed zamknięciem tego punktu. Udało mi się skierować jego uwagę na holownik 'Kleń' niezmiennie od wielu lat popychający prom w poprzek Wisły. Rzut oka z dziobu, rzut oka z rufy promu. Naprężona lina, zbliżający się brzeg. I już jesteśmy. Kolejny punkt pomiaru czasu i pniemy się pod górę, by po chwili skierować się w kierunku Kolonii Mikoszewo.

 

Sporo się zmieniło. Po pierwsze teraz słońce nas oślepia, a po drugie jedziemy pod wiatr. Tempo nam spada z tych 14-18 km/h do zaledwie 5. Ale jest uśmiech, humory dopisują. Momentami tak wieje, że musimy przekrzykiwać wiatr. Zaczynam się martwić. Dodatkowy czynnik opóźniający i zwalniający. Ale nic, walczy dzielnie. Po prostu jedziemy wolniej i częściej muszę go napominać, żeby się trzymał prawej strony. Ta część Żuław jest gęściej zabudowana. Staramy się zapamiętywać nazwy miejscowości i powtarzać je co jakiś czas. Przemysław na przykład, jak mój kolega kierownik. Drewnica, gdzie stoi jeden z ostatnich wiatraków. Niestety nie widać go z trasy, ale na pewno tam jest. Żuławki jak zwykle urzekają pięknem architektury. Żuławy w pigułce. To chyba tu stoją przy samej drodze ruiny domu podcieniowego z ogromnym kominem schodzącym sie stopniowo w kierunku dachu.

 

Czekam, kiedy będzie Ostaszewo. Wypatruję, wypatruję i jest. Stroje jakby ludowe. Najważniejsze, że są ciepłe pierogi, zupka, herbata, banany. Jemy, bo już zużyłem cały zapas żywności. Napełniam też butelkę z wodą. Trochę zamarudziliśmy, bo Łukasz wdał się w swoją opowieść z trasy, ale jest fantastycznie. Chętnie zjedlibyśmy dokładkę pierogową, ale to były już ostatnie. Za to zupy zostały całe litry. Fajnym pomysłem był wpis do księgi pamiątkowej.

 

Jedziemy dalej. Wiatr dalej dokucza. Droga odbija na wschód. W tej części Żuław nigdy dotąd nie byłem. Chłonę okolicę. Jest wszystko, co tak kocham. Przestrzeń, mozaika pól, wierzby, na horyzoncie szczyty kościelnych wież. Droga prosta niemal po horyzont i my. Nagle słyszymy za sobą nieprzyjemny, narastający warkot. Jakby strzelał karabin. Zjeżdżamy na prawo. Ostrzegam Łukasza, żeby się nie oglądał. Mijają nas dwaj motocykliści na szerokich, wielkich, czarnych maszynach. Jeden z nich w chełmie garnczkowym, jak samo zło. Szeroko rozłożone nogi i pełen gaz. Bez tłumika. Całą szerokością drogi, we dwóch. I jak to Łukaszowi wytłumaczyć? Droga jest dla wszystkich, żuławska przestrzeń również, ale to jakby ją gwałcić, bez poszanowania tego, czym jest, nie zważając na innych, co na kołach. Ale najgorszy jest ten hałas, kompletnie bez sensu, pozbawiający ich kontaktu z tą rzeczywistością. Tłumaczę mu, na czym polega nasza droga: my się samy napędzamy, bez wyciągania z ziemi resztek po roślinach, bez budowania wież rafinacyjnych, bez stacji benzynowych. Sami popychamy nasze koła. Bez strzałów.

 

Dojeżdżamy do Nowego Stawu. Punkt regeneracyjny jest przy domu podcieniowym, niemal pod podcieniem. Lepszego punktu nie można było wymyślić. Rozmawiamy z panią, która jest tu nauczycielką. Wszyscy zachwycają się Łukaszem. Słyszeli, że jedzie, ale że z dziadkiem, a ja na dziadka nie wyglądam. Cóż robić, muszę im wystarczyć w takiej postaci. Czekali specjalnie na nas, czyli do końca. Atakujemy pierogi, popijamy zupą. Spada na nas taka obfitość jedzenia i darów, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego skonsumować. Pęcznieją mi sakwy. Zanim ruszymy w drogę zostajemy jeszcze dokładnie obfotografowani.

 

Kolejny punkt miał być w Lichnowych, ale jakoś nie udaje nam się go wypatrzeć z drogi. Może też się już zawinął. Znaki były przy kościele, ale nikogo nie było tam widać. W ogóle pusto się zrobiło. I wtedy odkrywam, co jeszcze się stało. Zgasł wiatr. Pewnie to Andrzej użył kolejnego czaru. Za Lichnowymi widać już tego konsekwencje. Dym z ognisk idzie szerokimi słupami prosto w niebo. Niesamowite. Jeszcze nigdy podczas mego pobytu na Żuławach nie było bezwietrznie. Łukasz przyspiesza. Odliczam kolejne kilometry. Już osiemdziesiąt, potem osiemdziesiąt jeden. I tak dalej, metr za metrem. Wreszcie nad horyzontem z mgły wyłaniają się wieże tczewskich kościołów zbudowane na wysokim brzegu. Zobacz, tam jedziemy, już niedaleko. Zwiększa prędkość, aż go muszę hamować. Przez ostatnie tygodnie cierpliwie mu tłumaczyłem, że to tylko osiemdziesiąt kilometrów, by dzisiaj rano, na starcie, dowiedzieć się, że jest ich jednak dziewięćdziesiąt. Nie bardzo wiedziałem, jak przyjmie tę wiadomość, ale widok celu wyraźnie zrobił swoje.

 

Zaczyna się ściemniać. Na drogi wyruszają dotąd śpiące na podwórkach golfy. Niektóre aż podskakują od basów. Inne, wyprzedzając nas, wyją silnikami, przeciążone młodzieżą i wiekiem. Prawdę mówiąc to właśnie golfów obawiałem się przed startem najbardziej. Co prawda jeszcze wcześnie, ale i tak pędzą od wsi do wsi, zabierając pasażerów i pasażerki. Oby nas żaden nie zahaczył. Idealnie byłoby dotrzeć przed tą szarą porą do mety. Teraz pozostaje już tylko liczyć, że nie stanie się nic złego.

 

Wreszcie jest. Ostatnia atrakcja, stary most drogowy w Tczewie. Zbliżamy, się, zbliżamy po ogromnym łuku. Jeszcze tylko serpentyna podjazdowa. Dzwonię na metę informując, że zaraz jesteśmy. Wjeżdżamy na most. Najwęższa jest ostatnia sekcja. Na szczęście nikt nie próbuje nas wyprzedzać. Wypatruję legendarnych dziur w moście i ostrzegam Łukasza, by nie przyspieszał.

 

images/stories/20100925_ZulawyWkolo/640_DSC_0516_Lukasz.jpg

Ostatni skręt, ostro z góry. Łukasz przyhamowuje na moje wyraźne życzenie. I stop. Wyszło tego wszystkiego ponad 87 km. Meta, medal, uściski. Uśmiechnięta buzia i radość małego człowieka, bezcenne. Bo Łukasz, proszę Państwa, ma lat siedem i pół, a radę dał... na takim oto sprzęcie.

 

Do zobaczenia za rok! Dziękujemy...


 

Dla kronikarskiej rzetelności: 90 km w czasie 7:37:50, co daje średnią 11,8 km/h. Czas był zatrzymywany przed przeprawą promową i puszczany ponownie po przejechaniu przez bramkę na drugim brzegu Wisły.

Dodaj komentarz