Co robi rowerzysta zimą? Słuszna jest tylko jedna odpowiedź: jeździ na rowerze :-] Jeżeli ma w sobie nieco zacięcia, to jeździ na swoim metalowym rumaku na przekór lodom, śniegom i niskim temperaturom. Istnieje też inna możliwość, której poświęcę dalszą część tego artykułu, tj. jazda na rowerze w... domu.

 

A gdy już jesteśmy w ciepłym domu i obstawimy nasz rowerek elektronicznymi gadżetami, możemy zupełnie niechcący przenieść się w świat wirtualnych wyścigów, gier i zabaw z innymi... ludźmi?

 

Z grubsza rzecz ujmując istnieją dwie zasadnicze odmiany rowerowego szaleństwa pod dachem.

 

  • Wersja pierwsza, to zakup tzw. roweru treningowego. Jest to specjalna maszyna służąca tylko do jednego konkretnego celu. Z całą pewnością nazwa 'rower' jest tu nieuprawniona, bo na czymś takim nigdzie nie zajedziemy, ale zasada wykonywania pracy jest w zasadzie identyczna. Ważne są stopnie regulacji, tak by maszyna mogła posłużyć szerszemu gronu użytkowników.
  • Wersja druga to tzw. trenażer. Kolejna maszyna pozwala zmienić w urządzenie treningowe... nasz rower, ten sam, na którym w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody pokonujemy kilometry nie tylko w czasie ale i w przestrzeni. Po założeniu do roweru trenażera tylne koło zostaje nieznacznie uniesione. Toczy się po specjalnym wałku, co pozwala nam nabijać kilometry.

 

I tu mógłby nastąpić opis różnych rodzajów, klasyfikacja, zasady działania, itd. Tymczasem to historia z życia wzięta.

 

Jeden z kolegów zrobił mi niespodziankę i z tajemniczą miną zaprosił do siebie mówiąc, że ma mi coś fajnego do pokazania. Ech, no dobra, pomyślałem. Skoro z rowerem w tle, to zniosę każą atrakcję :-]

 

Oczom moim ukazał się trenażer, ale jakiś taki rozbudowany. Poza tym po co mu laptop i wielki monitor? No dobra, zobaczmy. Kolega wskoczył na siodło swej smukłej kolarzówki, poklikał coś przy kierownicy i wtedy dopiero dostrzegłem wiązkę kabli skoncentrowaną przy małym błękitnym (?) pudełeczku.

 

Znowu coś poklikał i zaczął pedałować. Tak oto zapoznałem się z jednym z najbardziej zaawansowanych, jeżeli nie najbardziej zaawansowanym trenażerem dostępnym obecnie na rynku amatorskim (2011).

 

Co wyróżnia ten produkt, to pełna rama trenażera. Nie tylko kręcimy pedałami, ale także kierownicą. Do trenażera dołączone jest niesamowite oprogramowanie:

 

  • Jazda wg zadanego profilu trasy. Jeżeli jest pod górę, to opór trenażera rośnie. Ale jeżeli jest z góry, to trenażer sam napędza koło. Bierze przy tym pod uwagę kadencję i jeżeli wykryje brak ruchów korbą, to po chwili się zatrzyma. Jesteśmy punktem (względnie ikoną) na mapie ściągniętej z Google Earth...

 

  • Możliwość wgrania własnej trasy z GPS-u w postaci tzw. traka. Zapamiętywanie czasów, bicie własnych rekordów z dnia poprzedniego i inne tego typu zabawy.

 

  • Trening z 'wielkimi' kolarzami. Można na przykład jechać za plecami dawnego lub obecnego mistrza starając się wykręcić jego czas.

 

  • Całe etapy znanych kolarskich wyścigów, w trybie tzw. wirtualnej rzeczywistości. Przypomina to dosyć mocno zaawansowaną grę 3D. Budynki, ulice, kibice, niektóre elementy krajobrazu się ruszają. Można dodać opady deszczu, lub np. mgłę. Są przeciwnicy, kolizje. Trzeba sporo kręcić kierownicą.

 

  • Jest wreszcie, moim zdaniem najbardziej niesamowity, tryb wyścigów z innymi ludźmi. Komputer jednej z osób przyjmuje rolę serwera i obsługuje komputery pozostałych uczestników zabawy. Synchronizacja czasu i trasy i... jedziemy w wirtualnej rzeczywistości wraz z innymi ludźmi! Kto wygra?

 

Filmy reklamowe jakie są, każdy wie. W praktyce oprogramowanie chodzi mało stabilnie pod XP, a i pod W7 zdarza się mu wykrzaczyć, chociaż już znacznie rzadziej. Spore wymagania co do sprzętu. Sama instalacja, wraz z dociągnięciem poprawek, trwała coś ze 45 minut. Całość robi wrażenie i to pozytywne. Brakuje jeszcze wiatru, chociaż w niewielkim stopniu jest on symulowany wzrastającym oporem na tylnym kole. Nie ma drgań, tak charakterystycznych dla jazdy rowerem, szczególnie górskim. No i brak przeciążeń. Znając jednak ludzką inwencję już wkrótce pojawią się w sklepach trenażery, a raczej już symulatory, w których rower będzie stał na platformie odchylanej od płaszczyzny szybkimi siłownikami, co będzie odpowiadało zakrętom, wybojom...

 

Póki co przed oczami jest monitor, a pod nami nasz rower. Wszystko podane w sposób estetyczny, miły dla oka. Przeszkadza trochę prądnica / silnik, bo robi sporo szumu, ale można się przyzwyczaić. Poza tym urządzenie dostarcza na prawdę sporych emocji, przynajmniej na początku. Krew krąży, wydzielają się hormony. Na pewno miłe urozmaicenie smutnego na ogół treningu 'w miejscu'.

 

Całość niestety nie jest tania, bo kosztuje około 3 tys. pln, czyli tyle, co pierwszy szosowy rower. Jest to więc propozycja raczej dla osób bardzo poważnie traktujących swoje hobby, względnie pracę.

 

W przerwie między jednym wyścigiem a drugim rozmawialiśmy o triatlonie. Jak się wyraził kolega doczekaliśmy czasów, w których cały triatlon można rozegrać bez wychodzenia z domu, rywalizując z oponentami poprzez internet. Hm... jazdę na rowerze właśnie obejrzałem, bieganie po bieżni przed monitorem, ze słuchawkami na uszach też potrafię sobie wyobrazić. Ale pływanie? Okazuje się, że i tu parę firm znalazło dla siebie niszę i oferują niewielkie baseny z wymuszonym obiegiem wody.

 

Wirtualny chór już był, czas więc na pierwszy wirtualny triatlon. Czy to już matriks? Jeśli tak, to w wydaniu zmuszającym od uczestnika sporego wysiłku. Bo rywalizacja tkwi w głowie, a mięśnie są tylko narzędziem. Dzisiaj może to i razi, ale jutro? Mnie raziła lekkoatletyka halowa. Dzisiaj to norma.

 

Dziękuję Szymonowi za inspirację do napisania artykułu oraz możliwość przetestowania trenażera.

embed video plugin powered by Union Development
Dodaj komentarz