800_IMG_2692_NadRzeczka_v1

Znowu dzięki uprzejmości AK zdarzyło mi się odwiedzić krainę wczesnej szczęśliwej młodości, czyli okolice Wielkich Budzisk w Borach Tucholskich. Okolice tego miejsca są niezwykle malownicze i pozornie mało atrakcyjne do jazdy rowerem. Tym razem należycie przygotowałem się do wyprawy zakładając możliwie najszersze opony i dopasowując ciśnienie 'w kołach' do ciężkich piachów. Opłaciło się. Było fantastycznie do tego stopnia, że żal mi było stawać, by zrobić więcej zdjęć.

 

Zapraszam do lektury!

 

Dzień pierwszy.

 

Jest to mój pierwszy wolny weekend od czasu rozpoczęcia cyklu zajęć pochłaniających co drugi weekend. Znowu nadszedł czas wolności, rozpoczęty mocnym rowerowym akcentem. AK zaprosiła przyjaciół i znajomych z RwM, co zaowocowało całkiem liczną gromadką dorosłych ludzi, którzy zalegli tak w domku, jak i na otaczających trawnikach, gdzie rozstawione zostały namioty.

 

Trafiła nam się tego dnia  pogoda. Bo chociaż lipiec, to słonko rzadko daje się poznać z gorącej strony. Po śniadaniu, około 9, ruszamy. Powstały grupy i grupki. Ja postanowiłem dołączyć do teoretycznie najmocniejszej. Ruszamy w sposób dający wiele do życzenia, bo po prostu i bez jasnego sygnału, przez co przez pierwsze kilometry musiałem trochę na ślepo gonić, zanim dostrzegłem sylwetki rowerzystów. Niemal od razu rozpoczynają się ciężkie piachy, czyli teren w sam raz dla roweru górskiego. Pomimo że nie było specjalnych przewyższeń i w skali makro teren był płaski, to przyszło mi tego dnia wykorzystać pełną rozpiętość przełożeń napędu. Bo albo piach taki, że nawet z góry musiałem pomagać grawitacji, albo błoto wsysało koła, albo równiutki asfalt zachęcał do wykręcenia ile w nogach. Bawiłem się świetnie.

 

Nieco po południu dał o sobie znać deficyt snu i zacząłem 'zamulać'. Zrobiło się też jak dla mnie nieco ciepło. Te dwa czynniki złożyły się na dłuższy postój w napotkanym lokalu gastronomicznym a następnie na organoleptyczne badanie twardości wody w jednym z okolicznych naturalnych zbiorników wodnych.

 

Po drodze przecięliśmy 18 południk. Dla podkreślenia tej swoistej atrakcji turystycznej przy drodze umieszczono stosowny obelisk, który na szczęście jeszcze nie został zdewastowany. Z ciekawości zweryfikowałem poprawność wskazań odbiornika GPS. Faktycznie osiemnasty jak nic. Wspomniałem na lekcje geografii, gdy z poświęceniem godnym lepszej sprawy wyliczałem różnice czasu wynikające z ruchu obrotowego ziemi i odległości różnych miejscowości liczonej w stopniach. Tym razem zadumałem się nad Sztokholmem i Kapsztadem, które leżą 'jak strzelił' dokładnie na taje samej prostej. Dziwny jest ten świat ;-)

 

Wykręciliśmy coś zaledwie 70 km. Witek poczuł się 'niedokręcony' i ruszył samotnie w kierunku Laskowic Pomorskich. Jak się okazało już sporo po zmroku swój cel zrealizował.

 

W drodze powrotnej do naszej bazy pomiarowej jedyna osoba, która miała plecak, została znacznie przeciążona szkłem brzęczącym, którego zawartość miała poprawić atmosferę przy wieczornym ognisku. Dziękuję, Marku!

 

Ognisko to już była czysta poezja. Długi kij o zaostrzonym końcu, a na nim skwiercząca padlina, fotel wędkarsko-turystyczny, złoty napój. Wkoło ludzie przyjaźni, co jak ja kręcili. Czego chcieć więcej?

 

images/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2692_NadRzeczka_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2695_EkipaWycinakow_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2696_Rzeczka_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2699_Pejzazyk_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2701_Poludnik_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2704_KobiecaNogaNaPoludniku_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2705_PoludnikWskaznik_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2708_Poludnik18_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2710_18poludnikGPS_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2712_DzienStrazaka_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2721_KomandoGirl_v1.JPG

 

 

Dzień drugi.

 

Około ósmej zaczęło się chmurzyć. Gdy wyjeżdżałem z miejsca nocnego odpoczynku dało się nawet słyszeć w oddali grzmoty. Wyjeżdżałem jako jeden z ostatnich, za kompana mając tylko SuperMario. Nie mam żadnego planu i chętnie oddaję mu inicjatywę. Tniemy coś 30-35 km/h asfaltami do Tlenia. Tu dopada nas deszcz. Chronimy się pod obszernymi parasolami przy sklepie. Ja raczę się lodami, SuperMario uzupełnia niedobór substancji smolistych w organizmie. Czas mi się nie dłuży, czuję się spełniony. Pada raz mocniej, raz słabiej, ale równo. Również rysunek chmur na niebie wskazuje, że to nie jest opad przelotny. Pojawiła się tylko jedna przerwa, coś 20 minutowa, którą wykorzystaliśmy na szybki przeskok nad pobliskie jezioro. Zbudowano nad nim przestronny ośrodek z czymś w rodzaju świetlicy, w której sprzedawano 'na wynos'. Znowu się rozpadało. Studiujemy mapy, przeglądamy telefony. Zrobiło się znacznie chłodniej. Dokumentuję świetlicę i jej wyposażenie. W zasadzie po zdjęciu kilku reklam wystrój wnętrza i zewnętrza przypominałby czasy sprzed nadejścia kapitalizmu.

 

Minęło południe. Przestało padać, ale wilgoć wciąż wisi w powietrzu i znowu może zacząć moczyć w każdej chwili. SuperMario opracowuje dość długą i krętą drogę do domu. Tniemy niespiesznie ciesząc się drogą, przestrzenią, widokami. W pewnym momencie na rozstaju dróg znowu zaczyna padać. Tym razem miejscowy sklep jest zamknięty, ale przynajmniej ma wiatę. Dłuższa przerwa. Nie ma w tym miejscu zasięgu, więc nie jesteśmy w stanie skomunikować się z pozostałymi grupami. Mam klucze do domku, więc nasz powrót może być istotny dla innych.

 

SuperMario postanowił poszukać małego jeziorka pośród lasu. Na mapie wygląda atrakcyjnie, otoczone ze wszystkich stron zielenią. GPS nie pokazuje nic w tym miejscu, ale to nas nie zraża. Przebijamy się przez błoto, by naocznie się przekonać, że jeziorko padło ofiarą melioracji. Już go zwyczajnie nie ma... Zawracamy i ciśniemy ile energii w nogach zostało do punktu startu.

 

Mimo licznych postojów i niezbyt chwalebnego dystansu czuję 'w nogach'. Korzystając z tego, że jesteśmy póki co jedynymi lokatorami, dokonuję ablucji w ciepłej wodzie, co znacznie poprawia mi humor. Zrobiła się coś 17, więc pakuję dobytek do samochodu. Zaczyna się czas powrotu, domek znowu się zapełnia. Słowa pożegnania i ruszam w kierunku autostrady...

 

Żal, zawsze żal, że nie mogłem zostać na dłużej, zanurzyć się bardziej w całej tej zieloności, poszukać śladów historii, przemierzyć lasów nie drogami, ale wg widzimisię. Innym razem, innym czasem...

 

Anno, mam nadzieję, że rozumiesz, ile dla mnie znaczy to miejsce, Twoja gościnność i niezasłużona życzliwość. Dziękuję.

 

images/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2729_Stolik_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2736_Zolto_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2738_Wnetrze_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2739_Wnetrze_v1.JPGimages/stories/20110709_Budziska/800_IMG_2746_Jezioro_v1.JPG

Dodaj komentarz