Po zimnym lecie wydaje się, że nadeszła ciepła i słoneczna jesień. Flash akurat miał wolny weekend, co należy do rzadkości. Postanawiamy wyruszyć do Kartuz. Wieszamy ogłoszenie na portalu RwM, ale nikt się nie zgłasza. Cóż, trudno. O umówionej godzinie ruszamy więc we dwóch. Jak za dawnych czasów, chciałoby się rzec. Flash na OK, ja na bujaku. W sam raz na wycieczkę niedzielną, bo wróciliśmy po zaledwie 8 godzinach. Wszystkiego razem wybiło nam równe 80 km, a o tym, co się wydarzyło po drodze, można przeczytać poniżej.800_IMG_3094_SzwajcariaKaszubksa

Zapraszam do lektury!

 

Miałem co prawda GPS, ale po zmianie oprogramowania jeszcze nie opanowałem wgrywania do niego starych traków. Wobec tego jadę na pamięć, wspomagając się też pamięcią Flasha. Z Gdańska wydostajemy się w tempie jak dla mnie sportowym, bo pomimo pokonania znacznej różnicy poziomów średnia wychodzi 16 km/h. Przecinamy obwodnicę w Owczarni i dalej opłotkami na południe.

 

Kartuzy, chociaż nie są odległe w prostej linii, od czasu zniszczenia przez najeźdźców linii kolejowej przechodzącej przez Kokoszki stały się dla trójmiejskich mieszczuchów miejscem dosyć odległym z uwagi na kiepskie połączenia komunikacyjne. Próbując tam dotrzeć wybieramy drogi polne lub utwardzone, co prawda biegnące niemal równolegle do uczęszczanych traktów komunikacyjnych, ale na tyle nieatrakcyjne ze względu na nawierzchnię, że w zasadzie nieuczęszczane przez samochody. Właśnie o to nam chodzi...

 

Bliskie Kaszuby, czyli tereny przylegające do granic administracyjnych Gdańska na zawsze już straciły swój unikalny, wiejski charakter. Okolica jest upstrzona nowopowstającą, najczęściej bylejak zaplanowaną zabudową. Gdzie nie spojrzeć zawsze w zasięgu wzroku trafia się jakieś architektoniczne okropieństwo. Kompromis budżetowy na wieki psujący krajobraz. Dojazd do centrum miasta fatalny, widok z okna podobnie zakłócony przez bardziej lub mniej odległą bylejakość i przeciętność gdańskich dorobkiewiczów. Kolejne fale domków z ogródkiem na garaż pochłaniają coraz to dalsze połacie ziemi. Ten zalew widać gołym okiem. Gdzieniegdzie pola zamiast storczykami czy chociaż kolorowym zielem zaczynają porastać słupkami z 'pomiarem' elektrycznym. Znak to, że ta spłacheć gruntu już jest podzielona na działeczki, uzbrojona i czeka na budowlańców. Pomimo niedzieli widać pary po trzydziestce spacerujące po takich poletkach lub krążące po wiejskich drogach wypatrując słupków z nazwami przyszłych ulic.

 

Gdzieniegdzie fale nowych domów pochłaniają istniejące sadyby tworząc dysonans pomiędzy świeżymi elewacjami i lśniącymi zboczami dachów krytych nową blachą, a poszarpanym przez czas tynkiem nieraz pochylonych ludzkich siedzib, które stały tu od zawsze, a teraz wyglądają jak próchniejący ząb.

 

Obaj mamy aparaty, więc czasami któryś z nas przystaje, by cyknąć coś, co uznał akurat za godne uwagi. Trzymamy między sobą dystans kilkunastu metrów, czasami większy, czasami mniejszy. Oczywiście Flash jakby nigdy nic pokonuje na ostrym każdy podjazd i grząski fragment drogi. Ja jestem cały szczęśliwy z moich oponek 2.1''. Wykorzystuję też w pełni moje przełożenia, pełną skalę. Nie pytajcie, jak on to robi.

 

Na drodze spotkaliśmy kaszubskiego księcia zamienionego w ropuchę. Wdzięcznie pozował na rozgrzanej drodze, by po dłuższej dopiero chwili powoli zejść w pobliskie jeżyny. Generalnie jak zwykle sercem targają mi sprzeczne emocje: chciałoby się przystanąć, utrwalić chwilę, zapach, dźwięk, a z drugiej gonić dalej, do następnego zakrętu, próbować się z samym sobą i rowerem. Szczęście... Do tego przede mną, a bywa że i za mną przyjaciel, czujący podobnie. Bez sensu co jakiś czas uśmiechamy się do siebie, do drzewa, płotu czy nawet błotnistej mazi rozstępującej się pod kołem.

 

Nie obyło się bez przykrych przygód. W pewnym momencie, w miejscu, gdzie akurat występował spory kontrast oświetlenia, bo droga akurat wychodziła spod gęstych drzew na osłoniętą przestrzeń, Flash gwałtownie się zatrzymał. Daję ostro po hamulcach i niemal instynktownie udaje mi się nie zahaczyć jego tylnego koła. Spadł mu łańcuch, co wróży problem. Zakłada łańcuch z powrotem, ale po jednym obrocie korby ten spada ponownie i to pomimo braku obciążenia. Hm... Bliższa obserwacja wskazuje na zgięcie koronki koła łańcuchowego przy korbie. Na szczęście to drobiazg. Chwila zabawy 'scyzorykiem', czyli podręcznym zestawem kluczy rowerowych i już jest pięknie. Ponowna próba i znowu łańcuch spada. Tym razem uważnie przyglądamy się tylnemu kółku łańcuchowemu. Bez zarzutu. Czyli przyczyna musi tkwić w łańcuchu. Rzeczywiście, wewnętrzna blaszka jednego z ogniw jest przerwana. Karamba. Żaden z nas nie ma kluczy płaskich bądź oczkowych, co by pozwoliło skrócić łańcuch i go naciągnąć. Nie mamy też pełnych ogniw łańcucha, a tylko spinki. Co tu robić... Wyjść jest klika: powrót z buta, holowanie... Wybieramy drobną przeróbkę. Wyjmujemy jedno z ogniw z mojego łańcucha i przekładamy je do napędu 'ostrego'. Wszystko niby pięknie, da się jechać. Problem wychodzi po kilku kilometrach. Łańcuch ma spory luz i nadal zachowuje tendencję do spadania. Tomek jedzie od tej chwili znacznie ostrożniej, niż dotychczas.

 

W samych Kartuzach jak zwykle zatrzymuję się tylko na rynku obiecując sobie kolejny raz, że następnym razem znajdę czas, by zapuścić się także w pobliskie uliczki. Z rynkiem nadal mam ten sam problem: ciężko wykadrować nawet samą katedrę bez krzty reklamy. Najwyraźniej miejscowym nie przeszkadza pstrość i bezład kolorowej szmaty, tablicy i flagi wszelakiej zakrywającej wszystko, co tworzy nieruchomość. Czuję, że ma to związek z disco polo, mini w kolorze różowym i kogucikiem na patyku. Ot, jeszcze jedna tablica z ubezpieczeniem i innym cywilizacyjnym badziewiem.

 

Delikatesy są otwarte, tuż przy rynku. Zimne lody na zielonym podeście sceny na wprost katedry. Ciepło jest, a to dopiero połowa podróży. Postanawiamy wracać szosami. Nie wiadomo, ile jeszcze wytrzyma napęd Tomka. Godzimy się na wyższe tempo, ale mniej okazji do rozmowy. Czuję już w nogach pierwsze 45 km. Jeszcze coś tu cykam przed dalszą podróżą, ale oczy aż bolą. Ruszamy. W drodze powrotnej stajemy tylko na chwilę, by łyknąć wody, coś przekąsić. Myśli przeskakują mi już na kolejne zadania. Postanawiam jeszcze zajechać do Gdańska. Właśnie się kończy Jarmark Dominikański, w tym roku znacznie 'bardziej', niż w latach ubiegłych. Wypatrzyłem przedmiot z zaklętą duszą. Ostatnia okazja, by go nabyć i jeszcze coś może utargować.

 

Na Partyzantów Tomek znika gdzieś za mną. Nie ma go i nie ma. Kręcę kółeczka, ale ile można. Zawracam. Idzie. Cholera, łańcuch zerwany. Wkręcił się w tylne koło. Niestety, połamane zęby tylnego łańcuchowego. Wsiada mimo to na siodełko i zjeżdża wykorzystując grawitację. Przydałby mu się hamulec, ale nie ma żadnego. Uśmiecha się do kadru ze swojej mimowolnej hulajnogi.

 

Dziękuję i do zobaczenia!

 

images/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3037_DolinaZgnilychMostow.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3038_FlashPolujacy.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3041_NiemalSwojsko.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3044_FlashNaDrodze.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3048_Epicentrum_v1.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3051_Ropucha.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3054_RopuchaPortret.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3065_ZerwaneOgniwo.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3069_Rozkuwacz.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3074_KaszubskieKlimaty.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3078_Krzaki.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3088_NaPrzelaj.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3094_SzwajcariaKaszubksa_v1.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3095_KatedraWkartuzach_v1.JPGimages/stories/20110821_Kartuzy/800_IMG_3104_Hulajnoga_v1.JPG

 

Poglądowy trak:

Dodaj komentarz