Podsumowanie trasy:
Przebyty dystans, wg licznika: 220 km
Koszt biletu PKP Przewozy Regionalne, Gdańsk-Oliwa - Tczew: 12 PLN
Koszt biletu PKP Przewozy Regionalne, Tczew - Gdańsk Wrzeszcz: 16 PLN
Czas przebycia trasy: 12 h (przybycie pociągu do Tczewa: 7:53, odjazd pociągu z Tczewa: 20:06)
Wypiłem około 2,5 l wody, niecała jedna czekolada, 6 bananów :-)

Do pobrania mapka przebytej trasy przygotowana w aplikacji 'Google Earth':

A tu nieco zdjęć: 2007-06-03, Szlakiem Mostów Wisły
Od bardzo dawna chciałem przejechać rowerem 'wielką pętlę', czyli zacząć w Tczewie, dojechać do Grudziądza i wrócić do Tczewa. Tak się składa, że ta trasa prowadzi przez dwa kolejowo-drogowe mosty na Wiśle. Mało jest mostów na Wiśle w obrębie województwa pomorskiego. Patrząc od strony ujścia w górę rzeki, są tylko trzy: most drogowy w Kiezmarku, most kolejowy i w ograniczonym stopniu drogowy (dla pojazdów poniżej 2,5 t i o ograniczonych rozmiarach) w Tczewie i most nieco poniżej Tczewa na trasie Człuchów - Malbork. Kolejny most to już województwo kujawsko-pomorskie, w Grudziądzu.

Drugi cel, który sobie postawiłem, to przejechanie nieco ponad 200 km w ciągu 12 godzin. Dystans godzien Harpagana. Chciałem sprawdzić, czy podołam takiemu wysiłkowi w wyznaczonym czasie. Intuicja podpowiadała mi, że oczywiście tak, ale postanowiłem to sprawdzić empirycznie. Nie był to pierwszy raz, gdy zmierzyłem się z dystansem 200 km. Kiedyś już byłem rowerem razem z Mariuszem M. w Piaskach. Tym razem postanowiłem pojechać sam.
Do opracowania pozostała trasa. Skorzystałem z mapy 'Z biegiem Wisły. Grudziądz - Gdańsk' w skali 1:75 000, Wydawnictwo Eko Kapio, Gdańsk 2004. Postanowiłem z Tczewa wyruszyć na południe lewym brzegiem Wisły, kierując się znakami czarnego szlaku rowerowego i  dojechać szlakiem aż do samego Grudziądza. Powrót z Grudziądza do Tczewa prawym brzegiem Wisły, w większości miał przebiegać znakowanym szlakiem rowerowym zielonym (R1) aż do Białej Góry, a dalej szlakiem czarnym. Podczas jednej ze swoich zimowych wypraw miałem okazję sprawdzić stan oznakowania czarnego szlaku. Wydał mi się więcej niż zadowalający. Już wtedy odkryłem drobne nieścisłości w stosunku do mapy. W rzeczywistości szlak prowadził aż do Tczewa, co było mi na rękę.

Dzień przed wyprawą poświęciłem na uważne przejrzenie roweru. Wymieniłem hak przerzutki. Poprzedni skrzywił się i przez to łańcuch wydawał nieprzyjemne dźwięki przechodząc przez kółeczka przerzutki. Znany efekt 'świerszcza w napędzie'. Odkryłem, że kupienie prostego haka to w 3M niemały problem. Sztuka ta udała mi się dopiero w czwartym z odwiedzonych sklepów rowerowych. Cóż, następnym razem będę mądrzejszy. Zamiast poszukiwać tej części, posłużę się imadłem i młotkiem, by ją wyprostować. Przy okazji postanowilem wymienić same kółeczka. Stare na pewno dopasowały się do źle pracującego łańcucha, nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie się wytarły. Idąc za radą i rozumem postanowiłem kupić kółeczka na łożyskach maszynowych. Znalazłem takie tylko w jednym sklepie, ale nie chcieli przyjąć płatności kartą. Ich strata. Swoją drogą świadczy to o prymitywiźmie lokalnego kapitalizmu i miernym podejściu do klienta. Mostek od kierownicy wyraźnie skrzypiał. Tak to już bywa z mostkami, w których można regulować kąt nachylenia kierownicy. Rozkręcam połaczenie obu elementów moska. Nie wygląda to dobrze. Z jednej strony zupełnie starły się zęby. Przekładam śrubę, skręcam ponownie. Powinno być dobrze. Przestało trzeszczeć.
Jest szósta rano. Jem śniadanie, przygotowuję maszynę. Około siódmej jestem już przy kasie na dworcu PKP. O dziwo nie ma kolejki do kasy. 07:14 ruszam w drogę. Skład typu EZT, czyli nie ma problemu ze zmieszczeniem roweru w przedziale dla podróżnych z większym bagażem. Chyba w Głównym dosiada się Paweł K. wraz z kolegą. Jadą podbijać żółty szlak kociewski, z Czarnej Wody do Tczewa. Nie zdradzam planu swojej wyprawy, nie chcąc zapeszyć. Rozstajemy się na dworcu w Tczewie.

Pogoda sprzyja. Jest pochmurno, wieje lekki wiatr. Taka pogoda utrzyma się do końca dnia. Prognozy pogody wspominały o przelotnym i ciągłym deszczu między 6 rano a 13. Na szczęście się nie sprawdziła. Spadło na mnie dostłownie kilka kropel deszczu i nie zmokłem.

Wsiadam na rower i zaczynam kręcić. Mapa w skali 1:75 000 nie pozwala się zorientować w mieście. Plan jest prosty: 'jechać wzdłuż Wisły'. Nie znam Tczewa na tyle, by bez problemu dotrzeć do Czyżykowa. O mały włos nie wyjechałem na 'jedynkę' (A1). Musiałem się trochę cofnąć. Po chwili wszystko staje się jasne, gdy dojeżdżam do Knybawy. Chwilę później dostrzegam na drzewach pierwsze symbole czarnego szlaku.

Prawie przez cały czas szlak prowadzi drogami asfaltowymi trzeciej kategorii, w sam raz na rower. Mapa umieszczona w mapniku na kierownicy to jednak bardzo wygodna rzecz. Wkrótce dostrzegam, że układ terenu, łącznie z zagajnikami i zbiornikami wodnymi, niemal idealnie się z nią zgadza.

Początkowo szlak prowadzi górną krawędzią wyżyny wznoszącej się na jakieś 15-30 m ponad lustro Wisły. Dzięki temu można obserwować bieg rzeki i przepiękne widoki na Żuławy Malborskie. W oddali już widzę dymy nad zakładami Kwidzyna. Szybko mijam kolejne miejscowości: Gorzędziej, Mała Słońca. Droga wyraźnie się obniża i dalej już prowadzi u podstawy wału wiślanego.Od Rybaków do Starego Międzyłęża prowadzi droga gruntowa. Podziwiam ptasią faunę. Co jakiś czas z pobocza zrywa się para szczygłów, by lecieć tuż przede mną przez kilkadziesiąt metrów. Mogę podziwiać ich jaskrawo żółte pióra. Przy drodze śpiewa kulczyk, nad głową kołuje myszołów.

Sam się dziwię, jak szybko przychodzi mi pokonywanie kolejnych odcinków mapy. Po pierwszej godzinie zrobiłem 23 km. W sam raz. Chcę oszczędzać siły. Dojeżdżam do skrzyżowania z drogą nr 229, niedaleko Małych Walichnowych. Tu robię pierwszy krótki odpoczynek. Wyciągam aparat i robię zdjęcie przydrożnemu pomnikowi, który upamiętnia walkę ludzi z żywiołem rzeki. Jadę dalej i mijam kolejne wsie. Wkrótce dojeżdżam do Gniewu. Jestem tu pierwszy raz w życiu. Niestety nie mam czasu na zwiedzanie, a szkoda. Jest klimatycznie. Szlak prowadzi dokładnie przez centrum starego miasta. Wkrótce za rynkiem prowadzi ostro w dół po kocich łbach. Z mapy wynika, że przynajmniej przez krótką chwilę będzie prowadził 'jedynką'. Na szczęście wychodzi na pola i omija tą ruchliwą drogę. Zdziwiło mnie, jak szybko opuściłem Gniew. Cóż, jest to nieduże miasto. Wkrótce znika asfalt i szlak prowadzi polną, zapiaszczoną drogą, by po chwili wejść w las. Szlak pnie się bardzo ostro pod górę. Nie spodziewałem się, że aż tak ostro: musiałem podprowadzić rower ostatnie kilkadziesiąt metrów. Uf, nie było łatwo. Po chwili wychodzi na drogę asfaltową w pobliżu Tyrnawy. I znowu jest z górki...

Kolejny przystanek robię w Opaleniu. Kupuję banany i wodę. Na skraju miejscowości widzę sporą grupę ludzi. Drogą przebiegają maratończycy, przeważnie w grupach dwuosobowych. Mogą tu pobrać butelki z wodą i banany.
Ruszam dalej. Droga zaczyna się wić pomiędzy lasami i wyraźnie zmienia kierunek, oddalając się od Wisły. Wreszcie, gdzieś za leśniczówką Dębiny, przechodzi w drogę gruntową. I tak do Półwsi. Patrząc na mapę długo się zastanawiałem, czy warto nadrabiać tyle kilometrów. Niestety na mapie nie dostrzegłem żadnego skrótu, postanowiłem więc trzymać się szlaku.  Droga jest mocno zapiaszczona. Na szczęście na odcinkach, gdzie piachu jest szczególnie dużo, prowadzi w dół. Dojeżdżam do Dużego Wiosła. Po chwili zorientowałem się, że zgubiłem szlak. Próbuję go odszukać, tracąc dobre kilka minut. Wreszcie dostrzegam jeden z symboli. Szlak odchodzi od głównej drogi i skręca ostro w prawo pod górę. Znowu podprowadzam rower. Dalej jedzie się już gładko. Opuszczam las i dojeżdżam do kolejnego asfaltu. Po chwili jestem w Bochlinie, gdzie moja droga krzyżuje się z 'jedynką'. Przede mną kolejna męska decyzja: pchać się 'jedynką' bezpośrednio do Nowego, czy skorzystać z alternatywy proponowanej przez szlak? Czuję się mocny, więc kontynuuję wyprawę tzymając się szlaku. Po chwili wjeżdżam do Nowego od strony drogi nr 377. Nowe robi na mnie bardzo przygnębiające wrażenie zapadłej dziury. Na ulicach prawie nie widzę ludzi. Przejeżdżam przez 'jedynkę', przez przypadek wpadam na rynek. Bardzo wąskie, brudne uliczki. Ludzie siedzący przed domami, paru osobników z twarzami mówiącymi o pragnieniu alkoholu. Zgubiłem szlak na dobre dziesięć minut. W końcu go dostrzegam. Prowadzi skrajem starego miasta, bardzo wąską uliczką stromo schodzącą w dół. Rozpędzam się do jakiejś strasznej prędkości. Wąsko, bardzo wąsko. Za mną zostało Nowe, przede mną płasko jak na stole, co potwierdza mapa. Kolejne wsie: Tryl, Mątawy, Zajączkowa. Widoki zasłaniają przydrożne drzewa. Co najmniej dwie aleje mają status pomników przyrody. Myślałem, że w oddali dojrzę Grudziądz, ale wał wiślany oraz aleje starych drzew skutecznie ograniczają widnokrąg. Pozostaje mi pedałować, wciąż dalej i dalej. Zmienił się charakter rolniczy upraw. Wszędzie mnóstwo szklarni, na polach warzywa. Kraina badylarzy.

W Trylu dopada mnie kolejna wątpliwość, czy trzymać się szlaku i objechać Park Krajobrazowy 'Dolina Martwej Wisły', czy jechać prosto do Grudziądza. Niewielki ruch samochodowy i świadomość, że przede mną dopiero półmetek, pomagają mi podjąć decyzję o trzymaniu się drogi. Myślałem, że zgubię szlak, tymczasem nie. Najwyraźniej w tym miejscu się rozdwaja. Jedna odnoga okrąża park, druga prowadzi do Grudziądza. Cóż, tym lepiej, bo gdzieś za Małym Lubieniem kończy mi się mapa.  Zastanawiam się, ile jeszcze mi pozostało do celu, gdy w oddali wreszcie dostrzegam pierwsze bloki na wysokim prawym brzegu rzeki. Ku mojemu zaskoczeniu szlak mija most na Wiśle i kieruje się dalej w górę rzeki. Zawracam, wjeżdżam na most. Jest niemal równo 12:30.

Róbię sobie dłuższą przerwę. Najpierw kilka fotek z mostu. Potem przejeżdżam pod zamek. Siadam na ławce i posilam się bananami. Jestem w Grudziądzu drugi raz w życiu. Wiem, że to spore miasto. Pamiętam tramwaje przejeżdżające przez starą część miasta. Niestety muszę się spieszyć i nie mogę się zagłębić w klimat miasta. Po chwili już krążę szukając symboli szlakowych. Tym razem nie idzie mi jednak tak dobrze, jak w Tczewie. Szlak niby prowadzi samą krawędzią wyżyny, w pobliżu rzeki. Podjeżdżam na wysoki brzeg dwa razy, tracąc sporo energii. Za każdym razem napotykam na bramę informującą o terenie wojskowym. Wreszcie udaje mi się wydostać poza miasto. Na drzewach odnajduję symbole szlaków czarnego rowerowego i czerwonego pieszego. Czerwone symbole są ledwie dostrzegalne, co zwykle oznacza, że nastąpiła zmiana przebiegu szlaku. Dojeżdżam do Nowej Wsi, a następnie do Świerkocina. Na głównym skrzyżowaniu popełniam spory błąd. Zamiast skręcić w lewo, jak wyraźnie wynikało z mapy, kieruję się prosto. Po jakiś pięciu kilometrach dostrzegam swój błąd przejeżdżając przez przejazd kolejowy w Owczarkach. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak pokornie się wrócić. Odcinek pomiędzy Świerkocinem a Mokrym prowadzi bardzo ruchliwą drogą nr 55. To najruchliwiszy odcinek na całej trasie mojego przejazdu. Wybieram zielony szlak mający dodatkowe oznaczenie R1. Jest znacznie rzadziej znakowany niż inne szlaki rowerowe. Symbole szlakowe to tabliczki z zielonym rowerem i oznaczeniem 'R1'. Są umieszczane najczęściej na znakach drogowych. Połykam kolejne kilometry szybko oddalając się  od Grudziądza. Wyjeżdżam w końcu z lasu gdzieś przed Wielkim Wełczem. Dalej droga staje się bardzo monotonna. Płasko, po lewej ręce wał wiślany, po prawej pola, w oddali ściana wyżyny i las. I tak kilometr za kilometrem.

Moją uwagę zwróciło oznaczenie nazw miejscowości. Zrezygnowano z koncepcji 'ziemi niczyjej' rozciągającej się pomiędzy wsiami. W miejscu, gdzie kończy się jedna miejscowość, natychmiast zaczyna się druga. Tablice nazw miejscowości są umieszczone na jednakowej wysokości z dwóch stron drogi. Coraz bliżej mam do Kwidzyna. Nie da się go nie zauważyć. Dymy z fabryk widać z odległości wielu kilometrów. Gdzieś w Garbówku robię kolejny przystanek. We wsi, w remizie, a jakże, trwa wesele. To chyba jedna z ostatnich okazji, by coś kupić w niedzielę. Kolejna porcja bananów oraz czekolada lądują w żołądku. Za Nowym Dworem mam poważny dylemat, czy trzymać się szlaku i wraz z nim zbliżyć się do Kwidzyna, czy  szukać drogi przez Obory do Korzeniewa. Wzmagam czujność, ale jakoś nie widzę żadnej drogi, która prowadziłaby bezpośrednio w kierunku Korzeniewa. No trudno, przyjdzie mi znowu nadrobić sporo kilometrów. Droga prowadzi prawie pod sam zamek. Wreszczie skrzyżowanie z ruchliwą drogą 232. Spory ruch ale i miła niespodzianka. Lewą stroną prowadzi na prawdę szeroka, ułożona z kostki ścieżka rowerowa, aż do samego Korzeniewa. Jest zupełnie nowa. Czuję, jak kostki się chyboczą pod kołami roweru. Jeszcze się dobrze nie uleżały. W Korzeniewie nad samą Wisłą, już z drugiej strony wału, od strony rzeki, jest plac parkingowy. Wyraźnie jest to miejsce spotkań lokalnych mieszkańców. Mijam pomnik upamiętniający stan wody podczas dwóch największych powodzi i ruszam dalej.

Droga znowu staje się monotonna. Lipianki, Pastwa, Janowo, Szalwina, Jarzębina. Łykam kolejne kilometry myśląc już o powrocie do domu. Wreszcie dojeżdżam do lasu nieopodal Białej Góry. W Białej Górze zatrzymuję się na śluzie na Nogacie. Czuję się, jakbym już dojechał do domu. Przecież byłem tu ostatniej zimy. Rozprostowuję dokuczające coraz bardziej plecy obserwując niedzielnych spacerowiczów. To miejsce latem wygląda jeszcze piękniej, niż zimą. Sprawdzam, o której mam najbliższe pociągi z Tczewa. Robi się późno, dochodzi 17:30. Gdy byłem w Grudziądzu przez głowę przebiegła mi śmiała myśl, by dojechać z biegiem Wisły aż do Kiezmarku. Nie tym razem.
Opuszczam szlak zielony R1 i 'przeisadam się' na szlak czarny. Wsiadam znowu na rower, by przemknąć przez Piekło i okrążyć szosą Mątawski Las. Kolejny raz obiecuję sobie, że jeszcze tu kiedyś wrócę uzbrojony w aparat i więcej czasu.  Mijam kolejne miejscowości,  wyraźnie przyspieszając. Cyganki, Mątowy, Bystrze, dalej Kończewice, Stara Wisła i wreszcie Lisewo Malborskie. Wjeżdżam na tczewski most. Postanawiam nie robić fotek. Zostało mi tylko około 20 min. do pociągu. Wpadam do Tczewa i... błądzę. Jestem bardzo zmęczony, źle skręciłem. Zamiast na dworzec, trafiam na rynek. Nieprzyjemna scena, była jakaś bójka. Po chodniku wala się szkło z butelek, faceci coś do siebie krzyczą. Między budynkami dostrzegam Wisłę, co pozwala mi się zorientować, gdzie jestem. Gnam głównymi ulicami miasta, tym razem już prosto na dworzec. Zostały mi cztery minuty do odjazdu pociągu. Następny dopiero za półtorej godziny, a przed kasami długie kolejki podróżnych. Niewiele się zastanawiając podbiegam do tablicy z rozkładem jazdy, odnajduję numer peronu, z którego odjeżdża mój pociąg. Już stoi. Skład EZT. W przedziale jeszcze jeden rowerzysta. Zostawiam mu rower pod opieką i idę szukać konduktora. Wypisanie biletu w pociągu powoduje wzrost kosztów całej imprezy aż o 4 pln! Po powrocie do mojego przedziału patrzę na licznik: 219.8 km, a przecież wysiądę we Wrzeszczu i stamtąd jeszcze dokręcę jadąc na Zaspę.

Wciąż myślę o pomniku 'Niziny Walichnowskiej' ku czci budowniczych umocnień wiślanych. Trudno mi sobie wyobrazić trud, jaki ponosili mieszkańcy tych ziem w walce z żywiołem powodzi. Załóżmy, że Wisła wylewała mniej więcej co 5 lat. Wały trzeba było utrzymywać w dobrym stanie technicznym, co bez maszyn musiało wymagać sporego zaangażowania od wszystkich mieszkańców okolicy, nie tylko od tych, którzy mieszkali w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki. Trzeba było umieć godzić ludzi trzech kultur: Niemców, Holendrów i Polaków. Dalej, prace musiały być prowadzone mniej więcej równocześnie i z takim samym zapałem na długości wielu dziesiątek kilometrów. Łatwo sobie przecież wyobrazić, że wystarczyło, by mieszkańcy jednej gminy, powiedzmy na odcinku 10 km, zaniedbali konserwacji wału, by rzeka go przełamała i rozlała się na pola również gmin sąsiednich. Cóż, zaciekawiła mnie historia zmagań z rzeką. Wyobrażam sobie, że godzenie ludzi wymagało niemało wysiłku. Demokracja w najczystszej postaci, wspólny interes pozwalający spać spokojnie kolejnej wiosny w trakcie spływu kry. Dzisiaj prace przy konserwacji wałów prowadzi bezosobowe państwo, a powodzie to już historia. Nie ma już zbiorowego wysiłku lokalnych społeczności, są tylko podatki.

Patrząc na Wisłę przez perspektywę mostów, widać słabość naszego państwa. NIe ma do dzisiaj mostu na wysokości Kwidzyna, nie ma mostu na wysokości Gniewu. Gniew i Nowe tym samym stały się zapadłymi miasteczkami. Niedługo wybudowana zostanie autostrada A1, okrążająca miasta. Tym samym stracą one jeszcze bardziej na znaczeniu pozostając 'z daleka od szosy'. Gniew będzie jeszcze ściągał turystów, może raz do roku. W Nowym proponuję więc postawić więzienie.

Na koniec kilka słów o mapie. Generalnie się sprawdziła. Chcąc przybliżyć czytającym trasę, którą przejechałem, przygotowałem oznaczenia w programie Google Earth. Śledząc zdjęcia lotnicze odnalazłem dwa istotne szczegóły nie oznaczone na mapie. Na północ od Grudziądza znajdują się ruiny fortecy. To owe 'tereny wojskowe' na które natknąłem się, próbując opuścić miasto. Szkoda, że ich nie oznaczono na mapie, może zaoszczędziło by mi to kilku kilometrów i dwóch ciężkich podjazdów. Drugi szczegół, to lotnisko wojskowe niedaleko Dusocinia. Pomimo że mapa została wydana w 1994 najwyraźniej usunięto z niej obiekty o znaczeniu strategicznym.

Cele osiągnąłem. Tym razem nie popstrykałem fotek, ale chodziło o coś innego. Zmierzyłem się z czasem i z przestrzenią. Udało się :-)
Dodaj komentarz