Niedziela 2007-06-17 zapowiadała się wspaniale. Przepiękna pogoda, lekki wiaterek. W sam raz na rower. Zobowiązania rodzinne spowodowały, że mogłem wybrać się 'na dwa koła' dopiero po 11. Tym razem udało mi się namówić do towarzystwa Ewę. Trasa miała wieźć drogami asfaltowymi czwartej kategorii, ewentualnie trochę polami. Planowaliśmy poprzebywać wśród natury jakieś 6-7 godzin. Nastawiliśmy się bardziej na robienie zdjęć, niż na jazdę rowerem. Ot, niedzielny wypad za miasto.
 
Wybór padł na Żuławy, a konkretnie południowy skraj Żuław Malborskich. Postanowiliśmy przejechać się czarnym szlakiem rowerowym z Wielkich Mątaw (Mątawów?) do Białej Góry. Powrót częściowo tą samą drogą, częściowo niebieskim szlakiem pieszym. Łącznie wyszło tego około 32 km.
 
Na miejsce startu, czyli do Wielkich Mątaw, dojechaliśmy samochodem Ewy. Rowery na dachu, przykręcone do specjalnych pałąków mocujących je z kolei do bagażnika. Za każdym razem, gdy rowery są już na dachu, opadają mnie inżynierskie obiekcje, czy tego typu dodatkowe obciążenie nie zrujnuje samochodu. Na szczęście okazuje się, że nie. Można mknąć nawet dopuszczalne 90 km/h.
 
Droga do Wielkich Mątaw wiedzie przez Tczew 'jedynką', dalej do skrzyżowania z drogą krajową 22 (Człuchów-Malbork, berlinka). Trzeba odbić na Malbork, przejechać most na Wiśle i skręcić w pierwszą asfaltową drogę prowadzącą na południe (w prawo). Stan dróg na Żuławach generalnie jest gorzej niż zły, ale ostatnimi laty coś zaczyna się zmieniać na lepsze. Pozytywnym przykładem jest wyremontowana droga prowadząca właśnie do samych Wielkich Mątaw od skrzyżowania z drogą nr 22. Wyremontowana nawierzchnia urywa się tuż za wsią by płynnie przejść w żuławską 'łatajdrogę'.
 
Zostawiamy samochód w cieniu niedaleko kościoła i w drogę. Zatrzymujemy się dosłownie co 500 m. A to błotniak stawowy, a to przepiękny widok na Wisłę, a to bocian, a to pole obsiane fiołkowym kwieciem... Słowem okazji do zrobienia fotki jest tyle, że trudno się po prostu powstrzymać. Więcej jest więc kadrowania, niż pedałowania. Jedziemy przez wyjątkowo malownicze tereny. Żuławy właściwe generalnie nie są specjalnie interesujące. Płasko, mało drzew, co parenaście kilometrów podobne do siebie wsie. Teren, przez który przyszło nam jechać, nie mieści się w tym szablonie. Co prawda jest płasko, ale za to pojawia się las. To pozostałości lasów łęgowych, niegdyś porastających podobno spore obszary Żuław. Dzisiaj pozostały skromne resztki, które zostały objęte ochroną. Rezerwat nosi nazwę 'Las Mątawski' i rozciąga się na jakieś 3-5 km wzdłuż Wisły. Jest to las liściasty, ze sporą domieszką topoli białej. Niezwykle gęsty, wręcz nieprzenikniony dla oczu. Z obu stron drogi ciągną się zielone ściany.
 
Po około 3 km wyjeżdżamy z lasu, zbliżamy się Wisły. Kiedyś w tym miejscu Wisła oddawała sporą część wody Nogatowi. Dopiero niedawno odkryłem, że Nogat to nie rzeka, lecz ujście Wisły. Dawną odnogę zakopano, zmieniając tym samym bieg rzeki. Obecnie Nogat łączy się z Wisłą jakieś 3 km dalej w górę rzeki, w miejscowości Biała Góra.
 
Kolejna wieś nosi nazwę Piekło. W tym miejscu droga asfaltowa biegnie prawie idealnie koroną wału, stąd możliwość podziwiania rozległej okolicy. W miejscu, gdzie droga nieznacznie zakręca i oboniża się, by znowu biec u podstawy wału, istnieje możliwość odbicia w boczną drogę prowadzącą do małego kościoła. Hm... być w Piekle i nie odwiedzić kościoła? Skręcamy!
 
Drzwi do kościoła stały co prawda otworem, ale wstęp do wnętrza świątyni był jednak zamknięty. Wejść można było tylko do sporego przedsionka. Szeroko otwarte drzwi umożliwiały wentylację wnętrza budynku. W przedsionku świątyni znaleźliśmy sporo ciekawych informacji o historii wsi. Prawdopodobnie nazwa Piekło została nadana osadzie ze względu na naturalny kamienny próg przegradzajacy w tym miejscu Wisłę. Stanowił istotną i trudną przeszkodę dla flisaków. Piekło było najdalej na południe wysuniętą wsią Wolnego Miasta Gdańska. Znaczną część mieszkańców (75%) stanowili Polacy. W 1939 hitlerowcy dopuścili się licznych okrucieństw. Kilku mieszkańców dostało się do obozu koncentracyjnego w Sztutowie, gdzie zginęli.
 
Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć ruszamy dalej. Mam wrażenie, że upał się wzmaga. Mijamy skrzyżowanie, na którym tablica zachęca do noclegu w piekielnej szkole. Po chwili docieramy do kolejnego łagodnego zakrętu i tablicy kończącej, bądź zaczynającej Piekło. Znowu się zatrzymujemy na kilka pamiątkowych zdjęć.
 
Ostatnią miejscowością, którą odwiedzamy, jest Biała Góra. W tym miejscu zbiegają się wody trzech dróg wodnych: Wisły, Nogatu oraz Liwy, zwanej też Renawą. Znajduje się tu zespół budowli wodnych umożliwiających śluzowanie barek pomiędzy Wisłą a Nogatem. Wszystko ładnie odnowione, dobrze utrzymane. Jest to miejsce docelowe wycieczek okolicznych mieszkańców. Spędzamy tu dłuższą chwilę łażąc po kolejnych instalacjach, czytając tabliczki informacyjne. Wreszcie wjeżdżamy do samej wsi by schrupać lody przy miejscowym sklepie. Pochylamy się nad mapą. Wydaje się, że wszędzie mamy stąd blisko. Zastanawiamy się nad wyprawą do Sztumu, czy nawet Kwidzyna. Niestety nie mamy aż tyle czasu, chociaż humory nam dopisują. W końcu postanawiamy wybrać się na chwilę nad samą Wisłę, a następnie decydujemy się na powrót tą samą drogą, z niewielką tylko zmianą - Las Mątawski postanawiamy ominąć tym razem od strony Wisły, kierując się niebieskim szlakiem pieszym.
 
Dojeżdżamy nad samą Wisłę. Królowa polskich rzek na wysokości Białem Góry ma zauważalny, silny nurt. Obserwujemy drugi brzeg. Aż trudno uwierzyć, że budowa mostu jest tak kosztownym przedsięwzięciem. Mam wrażenie, że bez trudu mógłbym się porozumieć z ludźmi wypoczywającymi na przeciwnym brzegu. Przecież to tylko jakieś 350 m płytkiej wody...
 
Ruszamy w drogę powrotną. Znowu zatrzymujemy się w Piekle, tym razem by zrobić kilka zdjęć przy opuszczonym sklepie, przed którym ktoś zostawił bronę. Całość sprawia bardzo przygnębiające wrażenie. Żałuję, że słońce pada prosto w obiektyw. Kombinując nieco nad kompozycją możnaby na pewno uzyskać niebanalny efekt.
 
Wjeżdżamy na niebieski szlak, który chyba prowadzi koroną wału. Trudno to stwierdzić, bo brak symboli szlakowych lub też nie udało mi się ich dostrzec. Przez pierwszy kilometr jedzie się nawet przyjemnie. Trawa na wałach jest co jakiś czas wykaszana. Kolejny odcinek to już jazda przez trawiaste morze. Na niebie zaczyna się spektakl letniej burzy. Już widać nasuwające się na siebie kolejne grupy ciemnych chmur. Słychać pierwsze grzmoty. Z nieba opuszczają się smugi deszczu. Jadąc wałem stanowimy najwyższe punkty w okolicy. Dodatkowo ramy naszych rowerów są z metalu. Ewa wyraźnie przyspiesza. Cóż, ma szerokie opony z ofensywnym bieżnikiem. Ja na swoich dwudziestkach ósemkach powoli sunę przez zielone łany. Jakoś mi się nie spieszy. Podziwiam gęstwę Mątawskiego Lasu. Gdyby nie zbliżające się burze chętnie bym zaległ gdzieś na zboczu wału w kobiecym towarzystwie.
 
Na plecy spadają nam pierwsze ciężkie krople deszczu. Jesteśmy kawałek za Kłosowem, w miejscu, gdzie droga asfaltowa się rozdziela: prawa odnoga prowadzi do Mątowych, prawa do Miłoradza. W tym miejscu, przy przystanku PKS, stoi mała blaszana wiata. W sam raz, by się schronić przed deszczem. Dosłownie sekundy po tym, jak się w niej schroniliśmy, lunęło na dobre. Podziwiamy zupełnie nowy krajobraz dynamicznie tworzony przez wiatr zrywający liście i gałęzie z okolicznych drzew, falujący zbożem. Po jakiś 30 minutach prawie przestaje padać. Ruszamy w kierunku miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód. Po deszczu asfalt intensywnie paruje. Jeszcze ostatnie spojrzenie na Żuławy Malborskie i dojeżdżamy do Wielkich Mątowych. Ładujemy rowery na bagażnik i ruszamy w kierunku Tczewa i dalej, Gdańska.
 
Na pewno jeszcze wrócę w te rejony. Chociażby z powodu wspaniałej przyrody. Poza tym muszę w końcu się przekonać jak lasy mątawskie wyglądają od wewnątrz, co kryją za zielonymi ścianami.
 
Zapraszam do obejrzenia galerii.
 
Dodaj komentarz