640_07_img_1385_tak
 
Nadchodzi jesień i zima, czyli te trudniejsze dla rowerzystów pory roku, w szczególności dla tych, którzy rower traktują jak środek transportu, czyli dojeżdżają na rowerach do pracy. Nie ma nic bardziej denerwującego, niż kapeć o poranku, chociaż kapeć po południu, w drodze na ciepły obiadek  też nie należy do przyjemnych. Moim zdaniem jeżeli decydujemy się na dojeżdżanie na rowerze do pto szczególnego znaczenia nabiera niezawodność naszego pojazdu. Po prostu musi jeździć. Jednym ze środków, które służą poprawie niezawodności ogumienia jest specjalna substancja wlewana do dętek rowerowych, która ogranicza wypływ powietrza nawet w przypadku niewielkiego przebicia.

 

Zapraszam do lektury!

 

Uwaga! Pierwotnie artykuł ukazał się na stronie 2010-10-05, ale po zebraniu w grudniu doświadczeń praktycznych został uzupełniony i opublikowany ponownie.

 

Bezpośrednią inspiracją do napisania tego artykułu były moje doświadczenia praktyczne z codziennych dojazdów do pracy na rowerze holenderskim. Holendry to wspaniałe, w zasadzie niezawodne maszyny. Niestety, jak w każdym rowerze, przydarzają się jednak 'gumy', czyli chwile, gdy z koła schodzi powietrze... Przebicie dętki można zlikwidować na dwa sposoby. Pierwszy, to wymiana dętki. Drugi, to jej załatanie.

 

Pierwszy sposób wymaga zdjęcia koła, co w przypadku roweru holenderskiego bywa kłopotliwe, szczególnie jeżeli chodzi o koło tylne. W wersji ekstremalnej trzeba zdjąć pokrywę do łańcucha, rozłączyć linkę od przerzutki planetarnej, odkręcić główne śruby mocujące, potem napinacze do łańcucha i wreszcie ściągnąć koło. Po jednej takiej akcji myślałem już tylko o tym, jak więcej tego nie robić.

 

Drugi sposób też wymaga sporo manipulacji. Puentując nie są to sprawy proste o 7.30 rano w dżdżysty listopadowy poranek, gdy spieszymy się na poranne zebranie. Perspektywa spóźnienia i konieczność odrabiania w ten sposób straconego czasu w ramach nadgodzin potrafi zniechęcić nawet najbardziej zagorzałego zwolennika roweru.

 

Owszem, to wszystko daje się zrobić, a przy odrobinie wprawy możliwe jest załatanie dętki rowerowej w ciągu około pięciu minut, ale nie o to chyba chodzi, by sobie coś udowadniać, lecz by uczynić życie znośniejszym. Zacząłem więc poszukiwać rozwiązań przynajmniej minimalizujących prawdopodobieństwo przygód z gumami. Miałem do wyboru co najmniej następujące możliwości:

  • specjalne opony ze wzmocnioną warstwą zdolną do wchłonięcia przynajmniej niektórych typów 'skaleczeń',
  • zastosowanie uszczelniacza do zwykłej dętki,
  • zakup dętki już fabrycznie wypełnionej uszczelniaczem.

 

Każde z przedstawionych rozwiązań ma pewne oczywiste wady. Przede wszystkim wyższa masa kół, a do tego dodatkowe koszty. Gdybym musiał kupić nowe opony, raczej zdecydowałbym się na ich wzmocnioną wersję. Ponieważ jednak moje ogumienie jest stosunkowo nowe i w dobrym stanie, więc zdecydowałem się na wersję z uszczelniaczem. Dodatkowa masa w moim przypadku nie ma żadnego znaczenia, bowiem rower holenderski i tak jest bardzo ciężki. Pozostały poważne obiekcje związane z wpływem uszczelniacza na środowisko naturalne. W końcu to 'chemia', w dodatku o nieznanym składzie.

 

Uwaga! Przed zakupem uszczelniacza warto sprawdzić, czy będziemy go mogli zastosować. Warunkiem koniecznym jest możliwość wyjęcia zaworu, a więc czasowego otwarcia otworu, którym uszczelniacz wpłynie do środka dętki. Szczegóły opisałem tutaj. Pisząc wprost, w sporej części dętek z zaworem typu presta nie da się go wyjąć. Jest na stałe zespolony z dętką.

 

W końcu się przełamałem i stwierdziłem, że po prostu spróbuję. Po przejrzeniu informacji dostępnych na ten temat w Internecie zdecydowałem się na zakup uszczelaniacza produkowanego w USA. Ze względu na koszty zakupiłem od razu porcję, która pozwala na napełnienie do 4 opon rowerowych, czyli 473 ml, co kosztowało mnie 28.50 pln (2010), bez kosztów przesyłki. Czyli niezbyt dużo, doprawdy. Niestety nie sprawdziłem, ile taka butelka waży.

 

Uszczelniacz wlałem do nowych, niełatanych dętek.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_01_img_1373_tak_popr.jpg

Uszczelniacz ma formę stosunkowo rzadkiej, zielonej cieczy. Umieszczony jest w elastycznej butelce z przezroczystego plastiku. Butelka jposiada nacięcia, w których umieszczony jest kawałek elastycznej rurki. Posłuży ona do wlania uszczelniacza do wnętrza dętki.

 

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_02_img_1375_tak_popr.jpg

Postanowiłem na butelce zaznaczyć cztery porcje aby w miarę możliwości wlać do dętek tyle samo substancji.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_03_img_1379_tak_popr.jpg

Czarny korek butelki, zabezpieczający otwór wylotowy, również został przemyślany. Skrzydełka ułatwiają odkręcenie.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_04_img_1376_tak_popr.jpg

Po odkręceniu odkrywam, że korek do butelki może posłużyć za kluczyk, którym można wykręcić wentyl samochodowy z kominka. Kolejny plus.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_05_img_1383_tak_popr.jpg" class="yasig" rel="lightbox[yasig4]" title="Fot. 05. Wylot uszczelniacza"><div style=images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_05_img_1383_tak_popr.jpg" title="Fot. 05. Wylot uszczelniacza" />

Pod czarnym korkiem jest widoczna na Fot. 05 biała nakrętka. Wylot płynu jest dopasowany średnicą do średnicy rurki.

 

Nie pamiętam, czy biała nasadka na butelkę posiadała jakąś dodatkową naklejkę chroniącą zawartość butelki przed przypadkowym wypłynięciem, ale chyba tak. Czyli należało odkręcić również tę białą nasadkę i zerwać to zabezpieczenie.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_06_img_1384_tak_popr.jpg

Kolejny krok to nasunięcie na wylot butelki elastycznej rurki.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_07_img_1385_tak.jpg

Drugi koniec rurki należy założyć na kominek dętki. Najpierw oczywiście odkręcamy kapturek zabezpieczający otwór zaworu (wentyla), odkręcamy ewentualne dodatkowe nakrętki, wykręcamy bądź wyjmujemy sam wentyl. Jak napisałem tutaj nie każdy typ dętki / zaworu umożliwia jego wyjęcie.

 

Na Fot. 07 widoczny wysoki kominek wentyla rowerowego. Rurka bez problemu dała się założyć i szczelnie do niego przylegała.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_08_img_1386_tak.jpg

I wreszcie krok ostatni, ale najważniejszy, czyli przelanie uszczelniacza z butelki do dętki. Poszło nadspodziewanie łatwo. Wystarczyło, że lekko ściskałem elastyczną butelkę z uszczelniaczem, a ten dosyć szybko wypełniał wnętrze dętki. Co jakiś czas przerywałem przelewanie i odwracałem butelkę do takiego położenia, bym mógł sprawdzić, czy w dętce znalazła się już wybrana objętość płynu.

 

Opisane czynności powtórzyłem z dętką drugiego koła. Uszczelniacz wlałem do kół w ostatnich dniach sierpnia 2010. Zwykle 'guma' przytrafia mi się mniej więcej raz na kwartał. Niby na ścieżkach rowerowych prawdopodobieństwo złapania gumy jest mniejsze, ale z drugiej strony często leży na nich szkło z pobitych butelek, a zdarzają się i inne atrakcje. Dodam, że dystans dzienny to 16 km.

 

Jestem już po pierwszych doświadczeniach praktycznych. W samym grudniu zdarzyło mi się dwukrotnie zatrzymywać i słuchać świstu schodzącego powietrza... Pierwszy wniosek praktyczny: uszczelniacz nie chroni przed spadkiem ciśnienia w kole, czyli zejściem powietrza. Trzeba więc mieć przy sobie pompkę. Drugi wniosek praktyczny. Trzeba koniecznie usunąć z opony ciało obce, które spowodowało przebicie. A to zadanie bywa kłopotliwe, jeżeli nie mamy przy sobie do poświecenia chociaż telefonu komórkowego. Mało tego, czasami bardzo trudno jest wyciągnąć owe ciało od strony zewnętrznej. W takim wypadku niestety trzeba wyciągnąć dętkę z opony i czujnie macając, tak by się nie skaleczyć, odnaleźć miejsce przebicia, a ciało usunąć... Na szczęście da się to zrobić bez odkręcania koła, ale co się przy tym pobrudzimy, to nasze. Nie mówiąc już o konieczności zdjęcia rękawiczek, gdy wilgotność 100 %.

 

images/stories/20101005_Uszczelniacz/640_img_1747_Dziurki.jpgimages/stories/20101005_Uszczelniacz/640_img_1748_Dziurki.jpg

Załóżmy, że udało nam się szybko i sprawnie zlokalizować rzeczone ciało, udało nam się też je usunąć. Mamy przy sobie pompkę. Co dalej? Dalej pompujemy. I tu cud pnemumatyczny. Powietrze, które początkowo wydostaje się przez przebicie ze świstem, przestaje uciekać. Otwór zasklepia się w oczach. To rzeczywiście działa. W miejscu przebicia pozostaje mała plamka w kolorze substancji uszczelniacza, co widać na poniżej załączonych obrazkach. Wystarczy spokojnie pompować, tak jaby to była zwykła dętka.

 

 

Podczas poszukiwań w Internecie natknąłem się na zestaw pytań, które należy sobie postawić przed zdecydowaniem się na zastosowanie uszczelniacza:

 

Czy do jednej dętki uszczelniacz stosuje się kilka razy, czy też aplikuje się go tylko raz  i gdy przestanie działać, to dętka jest do wyrzucenia?

Na razie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na opakowaniu uszczelniacza, którego użyłem, było napisane, że 'działa' przez co najmniej dwa lata. Nie pozostaje mi nic innego, jak uwierzyć w te słowa i zaktualizować za jakiś czas tekst artykułu. Niemniej po ostatnich przygodach z ostrym szkłem ukrytym w śniegu mogę powiedzieć, że ja dolałem uszczelniacza. Po prostu sporo go ubyło podczas nieumiejętnego obchodzenia się z przebitą dętką.

 

Jak stosowanie uszczelniaczy wpływa na jazdę, wyczuwa się coś? W końcu teoretycznie zwiekszają sie opory toczenia.

Ja w czasie jazdy nic nie wyczuwam. Żadnej różnicy. Jedyna różnica praktyczna, jaką dostrzegłem, to że znacznie rzadziej muszę dopompowywać dętki.

 

 


 

Wniosek końcowy: Uszczelniacz w niewielkim stopniu oszczędza czas potrzebny na usunięcie awarii. Nie likwiduje największego problemu, jakim jest konieczność zatrzymania się, odnalezienia miejsca przebicia i usunięcia ciała, które naruszyło ciągłość dętki. I znowu, gdy za oknem deszcz, ciemny listopadowy wieczór, to nie chce, ach nie chce się tego robić. Jak zawsze jest to trudne i frustrujące. Jedyny etap, na jakim przydaje się uszczelniacz, to samo 'klejenie'. Jest to pewna oszczędność czasu, ale nie o to mi w życiu chodzi. Wolałbym mieć przede wszystkim nieprzebijalne ogumienie, nawet za dodatkową opłatą. Wobec tego na przyszłość lepszym rozwiązaniem wydaje mi się zakup opon ze wzmocnioną, znacznie grubszą warstwą gumy, która styka się bezpośrednio z powierzchnią drogi.

 

Dodaj komentarz