Higiena podczas wypraw rowerowych to temat chyba nieco rzadziej poruszany, a przecież bywa, że decyduje o tym, czy zdecydujemy się na spędzanie czasu na siodełku kolejno przez wiele dni.

Zapraszam do lektury!

Nie będę odkrywczy: jeżdżenie na rowerze powoduje, że się pocimy. Sam pot nie pachnie, natomiast na pokrytej nim skórze oraz w odzieży szybko dochodzi do namnażania się niewiarygodnych ilości bakterii, które produkują zapach powszechnie uznawany za nieprzyjemny. Sam zapach to nie wszystko. Dochodzi jeszcze uczucie klejenia się całego ciała. Spocona powierzchnia skóry sprzyja też przyklejaniu się wszelakich zanieczyszczeń, od przydrożnego pyłu zaczynając. Zdarza się też, że po drodze musimy pogrzebać przy napędzie, coś zjemy. Słowem życie brudzi.

Zauważyłem, że ludzie mają różny poziom tolerancji na zapach oraz ogólny stan czystości swojego ciała. Są takie obszary aktywności, gdzie w zasadzie trzeba obywać się bez wody, jak np. spacery w górach wysokich, gdzie bywa, że przez tydzień trzeba przebywać w namiocie bądź śnieżnej jamie. Próbując wyobrazić sobie wrażenia organoleptyczne z takiego miejsca wolę zmienić temat. Wracając do pierwszej myśli: niektórzy wytrzymają bez mycia dwie doby, niektórzy nie wytrzymają nawet jednej. Nie ma tu dużego znaczenia, czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną.

 

Z troską o środowisko.

Niestety podróżowanie wiąże się z wywieraniem na środowisko pewnej dodatkowej presji. Dla wielu z nas cały smak podróżowania polega na przemieszczaniu się przez tereny rzadziej zaludnione, jeszcze nie do końca skażone obecnością cywilizacji. Nawet sama nasza obecność to zwiększone zużycie wody. Zastosowanie kosmetyków, nawet mydła, wiąże się z produkcją zanieczyszczeń. Warto o tym pamiętać i przynajmniej w miejscach oddalonych od sieci gospodarujących wodą ograniczyć wykorzystanie chemii do minimum. W dużych sklepach turystycznych są do nabycia środki czystości oraz detergenty na bazie naturalnych składników, które szczególnie szybko ulegają biodegradacji. Są to naturalne mydła czy środki piorące na bazie kwasu cytrynowego. Niestety są dość kosztowne. Ja jak do tej pory ograniczam się do dbania o to, by produkowane przeze mnie odpady trafiały do oczyszczalni ścieków.

 

Nie ma to jak prysznic.

Niewiele jest przyjemniejszych uczuć od wieczornego prysznica po całym dniu znoju, ciepłej wody spływającej po powierzchni skóry. Szybko znika zmęczenie, pojawia się świeżość. Niby zwykły prysznic, ale jednak mi słowo 'komfort' podczas wyprawy rowerowej kojarzy się właśnie z szumem ciepłej wody. Możliwość umycia ciała staje się ważna, jeżeli śpimy w śpiworze puchowym. Taki śpiwór szczególnie chętnie chłonie nasz zapach.

Nie zawsze możemy się umyć, bo czasami brakuje wody, czy jest na tyle zimno, że nie potrafimy się przekonać do wejścia w wody górskiego potoku, albo zwyczajnie jesteśmy tak zmęczeni, że zasypiamy tak, jak staliśmy. Minimum, to miska lub menażka z wodą. Wodę najczęściej nawet w warunkach bojowych możemy trochę podgrzać. Można wtedy zanurzyć ręcznik w wodzie i się nim wytrzeć. Taki sposób mycia przypomina być może niektórym bardziej rozmazywanie na skórze zanieczyszczeń niż ich skuteczne zmywanie, ale zapewniam, że taki sposób postępowania też odświeża, przynajmniej w pewnym stopniu.

Niedawno przyglądałem się ofercie sklepów ze sprzętem przeznaczonym dla podróżników. Wśród wielu różnych akcesoriów znalazł się także prysznic bardzo prostej konstrukcji: worek wykonany z czarnego tworzywa, przeznaczony do napełnienia wodą. Pod wpływem słońca po pewnym czasie woda, którą wypełniamy worek, powinna się nagrzać. Worek powieszony na drzewie służy za namiastkę prysznica. Wszystko fajnie, ale co, gdy chcemy umyć się w ciepłej wodzie, a akurat mamy pochmurny wieczór gdzieś w strefie klimatu umiarkowanego? Jak na razie żadne z tych rozwiązań mnie nie przekonało. Zamiast takiego prysznica staram się wieczorem zatrzymywać nad wodą.

Moje doświadczenia turystyczne są w zasadzie bardzo skromne. Do tej pory starałem się zatrzymać w miejscu, gdzie był dostęp do prysznica. Niestety coraz częściej czas pobytu pod prysznicem bywa limitowany np. do 5 minut za 5 pln w roku 2013 (sic!). Z jednej strony standardem stał się darmowy dostęp do sieci wifi nawet na końcu świata, a z drugiej rodacy najwyraźniej zapomnieli ile kosztuje kilowatogodzina (0,62 pln brutto za 1 kWh @ 2013) i metr sześcienny wody (10,59 pln brutto za 1000 l @ 2013). Takie praktyki jak naliczanie wysokich opłat za możliwość skorzystania z ciepłej wody uważam za karygodne i będę piętnować.

 

Pranie.

Z reguły zabieram ze sobą dość ograniczoną ilość ubrań. Przyjęło się, że ubranie, które zakładamy bezpośrednio na powierzchnię ciała, nazywa się bielizną. Są to w szczególności: spodenki kolarskie z zespoloną wkładką w okolicach krocza, która służy do zmniejszenia nacisku na delikatne fragmenty ciała oraz koszulka kolarska. Te dwa elementy garderoby są najczęściej wykonane z tkaniny na bazie tworzyw sztucznych, które stosunkowo łatwo i szybko schną. Wyjątkiem jest sama wkładka, która często ma strukturę zbliżoną do gąbki. W każdym razie odzież tego typu łatwo się pierze. Drugim wyzwaniem obok zadbania o czystość własnego ciała jest zadbanie podczas dłuższych wypraw o czystość odzieży. Ciekawym rozwiązaniem wydaje mi się być propozycja składanego naczynia na wodę, w którym m.in. możemy uprać ubranie. Osobiście nie zdarzyło mi się jeszcze z niego skorzystać, ale wygląda obiecująco. Drobne przepierki wykonuję najczęściej gdzieś nad zlewem. Jako środka piorącego wykorzystuję płyn do mycia naczyń, który zabieram w jednym z przedstawionych poniżej dozowników.

Jeżeli nie mam możliwości lub ochoty na pranie, to przynajmniej oddzielam rzeczy, które już raz miałem na sobie, od tych czystych. Warto pamiętać, że zwykły plastikowy worek nie zawsze jest dobrym pomysłem. Jeżeli odzież była wilgotna (np. mocno przepocona), to w takim worku potrafi wręcz zgnić. Warto więc zadbać przynajmniej o wysuszenie takiej odzieży. Puryści zapewne doradzą, by zupełnie osobno trzymać skarpetki...

 

Jak to wszystko zapakować.

Poniżej przedstawiam zestaw, który zabieram ze sobą do sakw właśnie dla higieny. Zabrakło tu papieru toaletowego, ale o takiej oczywistości, że rolkę warto mieć przy sobie, i to gdzieś, na wierzchu i to zawsze w wodoodpornym worku, chyba nie muszę wspominać.

Na poniższych fotografiach nie ma także płynów służących do odstraszania insektów. Zabieram je raczej z przyzwyczajenia niż z przekonania. W naszej strefie klimatycznej dokuczliwe są przede wszystkim komary. Z moich doświadczeń wynika, że po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia tych owadów nie ma takiego środka, który byłby w stanie je zatrzymać. To samo dotyczy gzów, które mało, że dokuczliwie gryzą, to jeszcze potrafią swego potencjalnego żywiciela gonić na dość długim odcinku.

Poniżej brak jeszcze jednego przyrządu, który zabieram ze sobą na dłuższe wyjazdy, tj. obcinacza do paznokci.

Nie golę się z zasady, której nauczył mnie mój dziadek: "co to za mężczyzna, który z samego rana, z własnego wyboru, sam sobie kładzie nóż na gardle". Podczas dłuższych wypraw po prostu jeszcze bardziej zarastam. Bez grzebienia też jestem w stanie się jakiś czas obyć, szczególnie że przed wyjazdem odwiedzam fryzjera celem stosownego skrócenia włosia.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1116_PudelkoKosmetyki_v1.JPG
Swoje 'skarby' wożę w plastikowym pudełku.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1119_ZawartoscPudelkaKosmetyki_v1.JPG
    

Wraz z nadejściem ery terroryzmu przymuszono ludzi podróżujących samolotami do ograniczenia zabieranych na pokład samolotu płynów do 100 ml. Zaowocowało to pojawieniem się w handlu niewielkich opakowań zastępczych jak i oryginalnych produktów dopasowanych do nowych przepisów. Konkretnie:

a. szczoteczka do zębów,
b. pasta do zębów,
c. mydło w płynie,
d. szampon,
e. płyn do mycia naczyń,
f. zmywak do naczyń w woreczku strunowym,
g. dezodorant.

Akurat na tych zdjęciach znalazł się 'zapach w płynie z kostką' w niewielkiej szklanej buteleczce, ale z reguły jest to właśnie niewielki dezodorant o 'przepisowej' objętości 100 ml.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1122_ZawartoscPudelkaKosmetyki_v1.JPG
    

Ze względu na swoje osobiste preferencje uznałem, że szampon, mydło i płyn do mycia naczyń po prostu przeleję do mniejszych opakowań. Takie opakowania, jak te na zdjęciach, można kupić w sieci sklepów Rossmann. By przypadkiem ciała nie umyć detergentem nakleiłem na dozowniki stosowne etykiety.

Cenię sobie, gdy szczoteczka do zębów ma dodatkową nasadkę chroniącą włosie przed zabrudzeniem.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1123_RecznikPodkladka_v1.JPG

Ręcznik. Nawet w tej dziedzinie w turystyce zanotowano niejaki postęp. Pojawiły się tzw. ręczniki szybkoschnące. Ja wyposażyłem się w model MSR Packtowl Original Large Blue (79 pln @ 2012). Ręcznik rzeczywiście szybko schnie, w sposób zauważalny szybciej od zwykłych (nieturystycznych) ręczników, które są wykonane przeważnie z bawełny. Bawełna ma to do siebie, że w ogóle bardzo długo schnie i chętnie chłonie wodę, więc wyprodukowanie czegokolwiek, co schnie szybciej, nie jest specjalnym osiągnięciem. Materiał, z którego wykonany jest ręcznik, jest bardzo cienkie i sprawia wrażenie delikatnego. Dobrze chłonie wodę.

Zakupiony przeze mnie ręcznik ma pewną wadę: w kontakcie ze skórą błyskawicznie ją chłodzą. Nie zgłębiłem do końca tego mechanizmu. Wciąż jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłem. Staram się więc wycierać jak najszybciej.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1126_RecznikUszko_v1.JPG
    
Bardzo fajnym pomysłem okazało się uszko do wieszania ręcznika, umieszczone tradycyjnie w jednym z jego narożników, które daje się otworzyć. Dzięki niemu można powiesić ręcznik np. na gałęzi drzewa czy też przytwierdzić go do rury podsiodłowej. Wiadomo wszak, że nic tak nie przyspiesza schnięcia, jak możliwość powiewania na wietrze. Za prosty pomysł z zatrzaskiem ode mnie ukłony.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1127_WorekNaRecznik_v1.JPG
    
Kolejny fajny pomysł to dołączenie do ręcznika niewielkiego worka siateczki. Dzięki niemu ręcznik się mniej pobrudzi, a siateczka umożliwi oddanie chociaż części wilgoci ręcznikowi nawet w postaci złożonej.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1131_PrzerobionyDozownik_v1.JPG
    
Na zakończenie przedstawiam przeróbkę dozownika płynów. Oryginalny dozownik posiada pewnego rodzaju zawleczkę. Służy ona do unieruchamiania względem siebie ruchomych części podajnika. Przydaje się szczególnie w czasie transportu zabezpieczając zawartość dozownika przed przypadkowym wydostaniem się. Niestety, ze względu na jej rozmiary, tę zatyczkę bardzo łatwo jest zgubić. Wystarczy sobie wyobrazić, że śliskimi od mydła palcami próbujemy ją założyć gdzieś pod prysznicem.

 

images/stories/20130713_Higiena/640_IMG_1132_PrzerobionyDozownik_v1.JPG
 
Przeróbka polega na połączeniu zawleczki z resztą dozownika. Wystarczyło wywiercić w obu elementach niewielką dziurkę i przewlec przez nią kabelek o niewielkim przekroju. Na obu końcach kabelka zrobiłem niewielkie supełki.

 

Potrzeby fizjologiczne.

Temat załatwiania potrzeb fizjologicznych skwituję krótko: zostawianie po sobie widocznych, tudzież dających się wyczuć za pomocą zmysłu węchu śladów naszej bytności jest po prostu nieeleganckie. Minimum to przykrycie odchodów trawą, liścmi czy gałęźmi. Często w takich chwilach powoduje nami pośpiech, bo różne latające stworzenia pojawiają się znikąd, by razić nas w czułe miejsca, ale mimo wszystko, jeszcze raz: przynajmniej ukryjmy to, co... zrobiliśmy.

 

Być kobietą, być kobietą.

Co tu kryć, kobietom nie jest łatwo, a podczas długodystansowych wypraw na rowerze jest im jeszcze trudniej. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że na ogół panie po prostu potrzebują dłuższego kontaktu z wodą. Osobiste potrzeby są w stanie zaspokoić bardziej różnorodne kosmetyki stosowane często w większych ilościach. Ja osobiście na przykład nigdy nie byłem w stanie przekonać się do kremów, które dla wielu kobiet decydują o poczuciu komfortu. Panie na ogół potrzebują też więcej czasu na zabiegi higieniczne, które są bardziej różnorodne. Warto to wziąć pod uwagę podczas planowania wypraw z udziałem kobiet. Przykładowo dla wielu mężczyzn utrzymanie chociaż we względnej czystości długich włosów to czysta abstrakcja, podobnie jak ogolone nogi.

W przypadku dłuższych wypraw z udziałem kobiet warto otwarcie porozmawiać o pewnego rodzaju wyzwaniu, jakim jest menstruacja. Często bardzo pomaga odpowiednio wczesne zaplanowanie wyprawy, co daje paniom przynajmniej teoretyczną szansę na przygotowanie się na dodatkowe niedogodności. Bywa też tak, że cała, jeżeli nie zdecydowana większość wyjazdu, odbędzie się poza czasem, zwyczajowo nazywanym okresem, o ile mamy szasnę odpowiednio przesunąć urlop. Są wreszcie na rynku środki farmakologiczne, które pozwalają paniom na sztuczne przesunięcie, czy też opóźnienie naturalnego cyklu.

 

Przyznam, że jestem ciekawy doświadczeń i refleksji czytelników w materii walki o higienę na rowerze. Proszę o komentarze.

Dodaj komentarz