Co jest celem turystyki? Cóż, najprościej rzecz ujmując turystyka mieści się gdzieś w środku trójkąta, w którego narożnikach umieściłbym takie pojęcia jak czas wolny, hobby i rozrywka. Wydaje mi się, że każdy posiadacz roweru wcześniej czy później każdy nabiera ochoty do odbycia dłuższej podróży. Warto sprawdzić, czy wokół nas nie ma więcej ludzi o podobnych zapatrywaniach. Dlaczego nie spróbować popedałować wspólnie?

Zapraszam do lektury!

Dawno, dawno temu wymyślono pojęcie turystyki kwalifikowanej. Nie wchodząc w szczegóły uprawianie takiej formy turystyki polega na tym, że dokonania, rozumiane jako np. pokonanie iluś kilometrów po wyznaczonej trasie podlega pewnej ocenie, czyli kwalifikacji. Także umiejętności można potwierdzać poprzez zdobywanie różnego rodzaju punktów, porównywać z innymi, doskonalić. Chyba najbardziej rozpowszechnioną metodą uprawiania turystyki kwalifikowanej była wspinaczka. Nabywało się stosowną książeczkę, która pełniła rolę pewnego rodzaju dzienniczka. Przejście szlaku oznaczało zdobycie ustalonej liczby punktów. Po przekroczeniu określonego progu punktów uzyskiwało się prawo do noszenia odpowiedniej odznaki. Im więcej punktów, tym wyższa nobilitacja w środowisku, co miało się przekładać na satysfakcję. Zasady punktacji określało dość abstrakcyjne ciało, jakim było towarzystwo turystyczne, np. PTTK. PTTK w czasach socjalizmu stosowanego (do 1989 roku) było dość dużą organizacją korzystającą z dotacji państwowych. Oprócz celów ukierunkowanych na popularyzację turystyki (cokolwiek to znaczy) towarzystwo pełniło też niestety role propagandowe. Składki, regulaminy, ale także kluby, prezesi, cele statutowe, propaganda... Także system szkoleń, rozbudowana teoria, a nawet własne wydawnictwo. I wreszcie baza turystyczna, zaczynając od schronisk, po niewielkie sale gdzieś w domach kultury.

Wraz z upadkiem systemu ogólnej szczęśliwości, czyli po roku 1989, rola turystyki kwalifikowanej spadła. Mam wrażenie, że sporo zależy też od rejonu naszego kraju, bo gdzieniegdzie struktury PTTK utrzymały się do dzisiaj. Turystyka kwalifikowana oznacza pewną organizację oraz sposób oceny. Polacy z natury mają alergię do wszelkich organizacji, może z wyjątkiem tzw. kościoła powszechnego. Tym samym po nastaniu wolności politycznej struktury PTTK uległy rozluźnieniu, by nie powiedzieć rozpadowi.

Po osiągnięciu wieku dojrzałego uznałem, że samodzielna jazda na rowerze niewątpliwie ma mnóstwo pozytywnych walorów subiektywnych, ale o ile przyjemniej byłoby dzielić pasję i przeżywane doświadczenia z innymi ludźmi o tych samych zapatrywaniach, ale na przykład odmiennej płci. Tak więc jednak fajnie byłoby jakoś się zorganizować, by wyruszyć we wspólnym gronie w ustalonym kierunku.

Poszukiwania doprowadziły mnie do rowerowych klubów studenckich, które właśnie kończyły działalność, bądź wymierały. Kadra osiągnęła już wiek zdecydowanie dojrzały, nijak nie przystający do wieku studentów i zamiast planować kolejne wyprawy myślała o zmianie pracy bądź właśnie założyła rodziny. Była jednak siedziba, stałe spotkania, hierarchia. Szybko się okazało, że nawet taka dość luźna mimo wszystko organizacja, nie sprawdzi się w dzisiejszych czasach. Niemniej jednak udało mi się zebrać pierwsze bezcenne doświadczenia i nawiązać po raz pierwszy kontakty z innymi ludźmi zarażonymi cyklozą.

Prowadzenie nawet najbardziej nieformalnej grupy ludzi, którzy od czasu do czasu wspólnie jeżdżą na rowerach, jest w polskich warunkach sporym wyzwaniem. Szybko do głosu dochodzą jednostkowe ambicje, pojawiają się pytania o cele działań, niezrozumiałe roszczenia. Jeśli jednak ktoś chciałby spróbować swoich sił, to poniżej przedstawiam zespół warunków, które muszą być spełnione, wszystkie jednocześnie.

1. Miejsce wymiany informacji o planowanych aktywnościach. Sprawą podstawową jest strona www, na której każdy (podkreślam, każdy) mógłby zamieścić ogłoszenie o planowanej przejażdżce. Strona powinna pełnić rolę swoistej tablicy ogłoszeniowej, tyle tylko, że działającej w rzeczywistości wirtualnej. Wskazane, by w jakiś sposób wymusić pewną strukturę informacji tworzących poszczególne ogłoszenia, np. formularz, który będzie posiadał miejsce na wpisanie godziny i miejsca startu, planowanej długości trasy itp.

2. Stałe miejsce spotkań. Wspólne wyprawy szybko budują między ludźmi emocjonalne więzi. Wspólnie wylany pot, pokonane kilometry i niedogodności zbliżają. Niestety w trakcie wspólnych wypraw rowerowych stosunkowo rzadko mamy możliwość swobodnie porozmawiać. Niezbędnym uzupełnieniem podstawowej aktywności powinny być swobodne rozmowy przy stole np. przy ciepłym posiłku. Wspomnienia, omawianie planów i wymiana doświadczeń wzmacnia nadaje szerszego sensu, pogłębia przeżywanie rzeczywistości.

3. Możliwość swobodnej wymiany doświadczeń. Dzisiaj w sposób naturalny miejscem, w którym dzielimy się z innymi wykonanymi podczas wypraw zdjęciami, trasami i przemyśleniami stał się Internet. Może to być np. forum. Ważne, by każdy mógł się wypowiedzieć, by nie było równych i równiejszych.

Niestety zapewnienie większej grupie ludzi wszystkich wyżej wymienionych czynników w świecie tzw. gospodarki rynkowej może okazać się kosztowne. Okazuje się, że ktoś musi zapłacić za stronę www, za forum, że fizycznie brakuje miejsc, w które można przyjechać na rowerze, a potem usiąść i godzinami opowiadać o jeżdżeniu na rowerze, bo właścicielowi takiego lokalu się to nie kalkuluje. Osobnym wyzwaniem jest znalezienie w Internecie miejsca, które będzie odwiedzane przez naszych przyszłych potencjalnych rowerowych znajomych. Może chcemy na początek trafić do ludzi w naszym wieku? Albo do ludzi o podobnym statusie społecznym? Może warto przemyśleć, czy kilku ogłoszeń nie powiesić jednak w postaci papierowej np. na korytarzu firmy, w której pracujemy?

Chociaż z drugiej strony, czy to na prawdę takie trudne?... Stronę www wraz z forum może dzisiaj przygotować w zasadzie każdy. Wystarczy nieco czasu i podstawowa znajomość obsługi komputera. Oczywiście polecam CMS Joomla!, który został zaprojektowany z myślą o wspieraniu małych ludzkich społeczności, jest darmowy i co najważniejsze otwarty. Wśród rozszerzeń do naszej przyszłej strony znajdziemy m.in. darmowe forum, galerie zdjęć, formularze. Oczywiście sama strona www nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze domena internetowa oraz miejsce na serwerze, gdzie będziemy trzymać pliki tworzące treść i zawartość strony. To wszystko kosztuje, ale jest spora szansa, że po jakimś czasie wpływy z reklam pozwolą na pokrycie kosztów. Zamiast na spotkania klubowe wynajmować salę może na początek wystarczy jakaś knajpa, gdzie od czasu do czasu będzie można postawić rzutnik i w gronie znajomych obejrzeć nieco wspomnień z wyprawy? Z moich doświadczeń wynika, że jest stosunkowo niewiele lokali, które z jednej strony byłyby w stanie pomieścić np. 30 osób, które mogłyby przy tym bez strachu zostawić swoje jednoślady.

Czego by nie napisać o niezbędnych zasobach i tak najważniejsi są ludzie, którzy dosłownie rozkręcą powstającą grupę. Potrzebni są liderzy, którzy będą potrafili zaproponować ciekawą trasę, poprowadzą grupę ludzi i nie zrobią tego tylko raz, ale jakimś czasie zaproponują kolejną wycieczkę. Nie ma się co oszukiwać, samotnie może uda nam się zorganizować dwie wycieczki w miesiącu, oczywiście w weekendy. Idealnie, gdyby udało się pozyskać na tyle liczne grono osób zaangażowanych, by grupa przetrwała lata, a po nas pasję kontynuowali młodsi.

Moje dotychczasowe doświadczenia w materii turystyki zorganizowanej to udział w aż trzech nieformalnych grupach organizujących przede wszystkim dłuższe wypady jednodniowe (80 - 120 km) po okolicach Trójmiasta, a nawet Pomorzu. Żadnej z tych grup nie udało się do tej pory spełnić wszystkich trzech wymienionych warunków. Albo brakuje miejsca, w którym uczestnicy wycieczek mogliby spotkać się w tygodniu i omówić plany na przyszłość lub podzielić się doświadczeniami z przeszłości, albo brakuje forum, na którym uczestnicy mogliby swobodnie podyskutować, albo brakuje miejsca, gdzie uczestnicy mogliby swobodnie powrzucać zdjęcia, albo dostęp do umieszczania ogłoszeń mają tylko nieliczni, dobrze zaprzyjaźnieni z miejscowym księciuniem... W każdej z tych grup zaczynały się absurdalne pretensje, że ktoś zorganizował wycieczkę, a ktoś inny nie, a ktoś chciał pojechać bardziej z przodu, a ktoś z jadących bardziej z tyłu uznał, że to mu psuje plan, że to samowolka. Tworzyły się frakcje i chore klimaty, które zaczynają zwyczajnie zakłócać innym czas odpoczynku i relaksu. Ci, którzy częściej organizowali wycieczki, zaczynali oczekiwać jakiejś formy nobilitacji, bo w końcu przygotowanie trasy, zaplanowanie powrotu i punktów postoju, to nieraz spora praca.

Na takich otwartych wycieczkach potrafią się pojawić bardzo przypadkowi ludzie. Niektórzy najwyraźniej chcą się sprawdzić. Na przykład pierwszy raz w życiu biorą udział w wycieczce zaplanowanej na 120 km zupełnie bez przygotowania fizycznego. Niektórzy wyjeżdżają z domu na zupełnie nieprzygotowanych rowerach, na których do tej pory pokonywali zwykle drogę do babci mieszkającej w sąsiedniej dzielnicy i z powrotem. Są też tacy, którzy dość desperacko poszukują po prostu jakiejś grupy ludzi, z którą mogliby przeżyć coś mniej banalnego niż kolejna niedziela w hipermarkecie, a rower kupili dopiero tydzień temu. Wiem, trudno w to może uwierzyć, ale to są przykłady z życia wzięte. Na szczęście zdecydowana większość tych, których spotykałem, przyjeżdżała na takie wycieczki, bo już wiedziała, że to ich zwyczajnie kręci.

Wrócę jeszcze na chwilę do turystyki kwalifikowanej. Jak już wspomniałem, towarzystwo PTTK było dotowane m.in. przez państwo oraz przez tzw. przedsiębiorstwa, też przecież państwowe. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1989 powstała nisza, którą bardzo trudno jest wypełnić. Załóżmy bowiem, że pojawia się Jan Kowalski, który ma zacięcie i fajne pomysły związane z rowerem. Potrzebuje jednak nieco pieniędzy, by rozkręcić wokół siebie grupę podobnie jak on kręcących ludzi. Bardzo trudno mu będzie znaleźć takie wsparcie. We współczesnej Polsce nikt nie chce rozdawać pieniędzy. Gdyby był podmiotem prawnym, to co innego. By nim zostać, musiałby co najmniej założyć i zarejestrować stowarzyszenie lub fundację. A to oznacza wydatek pieniędzy i może przede wszystkim czasu. Chyba nie o to chodzi, by uprawianie turystyki formalizować tylko po to, by dwa razy w miesiącu przejechać się po publicznych drogach.

Po pewnym czasie działania w zasadzie każdej trójmiejskiej grupy rowerowej pojawiała się myśl, by zrobić coś jeszcze. Wokół jest przecież sporo pozytywnych przykładów współdziałania, zaczynając od harcerzy, kończąc na dużych corocznych akcjach charytatywnych organizowanych np. przez Owsiaka czy też fundację Wiosna. Niestety, jak do tej pory wszelkie inicjatywy próbujące spożytkować ludzką energię w inny sposób, niż przez kręcenie korbami w mniej więcej tym samym kierunku, nie przyniosły efektów. Bez znaczenia, jak bardzo szczytny jest cel. Czy to kurs ratowniczy, czy to oddawanie krwi... Niestety. I chyba tak długo, jak ludziom udaje się z trudem znaleźć dla siebie chwilę gdzieś tam w niedzielę raz w miesiącu, by poruszać się na świeżym powietrzu, nic takiego się nie wydarzy. Polacy mają we krwi niechęć do zrzeszania się, głosowania, wybierania. Może to jeszcze nie ten czas, nie to pokolenie? Może należałoby uznać, że osiągnięciem jest, że potrafimy gdzieś wspólnie razem pojechać na rowerach i na tym poprzestać?

Osobnym tematem zasługującym na omówienie są wg mnie dłuższe wyprawy rowerowe. W czasach minionego ustroju politycznego poprzez udział w państwowym towarzystwie kolarskim pojawiała się możliwość taniego wyjazdu za granicę, co już samo w sobie było sporą zachętą. Dziś trudno jest w ogóle znaleźć ludzi, którzy chcieliby wspólnie pojechać na dłuższą wyprawę niż powiedzmy dwudniowa. Nisza po zorganizowanej turystyce kwalifikowanej z wolna jest wypełniana przez firmy specjalizujące się w komercyjnej odmianie turystyki rowerowej. Idea mniej więcej polega na tym, że w zamian za wpłaconą przez nas kwotę pieniędzy uzyskujemy zapewnienie przejechania ciekawej trasy w określonym czasie. Czasami nawet nie musimy przewozić swoich bagaży na rowerze, bo są one przewożone samochodem. Dystans dzienny jest dobrany pragmatycznie, by nie powiedzieć zachowawczo. W ciągu dnia jedziemy w bardziej lub mniej rozproszonej grupie. Ważny jest mniej więcej ten sam moment startu i zatrzymania, tak, by rano zdążyć zapakować bagaż do samochodu, a wieczorem by zdążyć go odebrać i przygotować się do przetrwania nocy. Z grupą jedzie przewodnik, czyli osoba, która zna trasę i może nawet powie kilka słów o mijanych miejscach. W razie problemów technicznych lub zdrowotnych można liczyć na wsparcie tak przewodnika, jak i człowieka prowadzącego wóz techniczny. I to w zasadzie wszystko. Oczywiście takich firm jest sporo, spore jest też zróżnicowanie form takich usług turystycznych: samochód jest, albo go nie ma, czasami nie trzeba mieć własnych sakw, czy namiotów, bo one też wchodzą w zakres usługi i są wypożyczane na czas wyjazdu. Czasami noclegi są w namiotach, a czasami w ciepłych łóżkach, trasy dzienne są krótsze lub dłuższe. Z mojego punktu widzenia tak zorganizowana turystyka nie ma już w zasadzie nic wspólnego ze spontanicznością, ale z drugiej strony bardzo dobrze odpowiada na potrzeby ludzi zatrudnionych w dużych firmach na stały etat: wyprawa trwa 2 lub 3 tygodnie, czyli tyle, ile trwa urlop, jest poprowadzona przez w jakimś sensie najciekawsze, czy też najpiękniejsze zakątki danej krainy bądź danego kraju. Uczestnicząc w takiej wyprawie mamy w zasadzie pewność, że uda nam się zobaczyć to wszystko, o czym chcielibyśmy po powrocie opowiedzieć naszym przyjaciołom. Możemy zrobić kolejne zdjęcia tych samych zabytków czy osobliwości przyrody, które cieszyły nasze oko podczas oglądania ulubionego kanału w telewizorze. I tak przydarzą nam się niezapomniane przygody, bo życie jest przecież nieprzewidywalne, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa nie wydarzy się nic, co mogłoby nie pozwolić nam na powrót do domu przed końcem urlopu, co mogłoby nas, jako pracowników, postawić w niekorzystnym świetle przed pracodawcą i zaburzyć nasz ustalony sposób życia. W trakcie takiego wyjazdu spotkamy ludzi podobnie nastawionych do podróżowania na rowerze, którzy, jak my, próbują chociaż przez te dwa czy trzy tygodnie poczuć namiastkę niezależności od wielkiej matki cywilizacji i napędzić się w wybranym wcześniej kierunku. Może nie mieli dość czasu, może ochoty, by samodzielnie coś zaplanować, a może po prostu ich stać, by wydać kilka tysięcy złotych na największą przygodę, na jaką do tej pory sobie pozwolili.

Na zakończenie chciałbym pokazać, jak niewiele się zmieniło w obszarze turystyki kwalifikowanej. Poniżej przytaczam kursywą dość obszerny fragment z książki poświęconej rowerowej turystyce kwalifikowanej, która została wydana jeszcze za czasów poprzedniego ustroju. Przytoczone słowa moim zdaniem obroniły się przed upływem czasu i po dwudziestu latach brzmią równie aktualnie. Ja w każdym razie podpisuję się pod nimi obydwoma rękami.

Źródło: "Turystyka kolarska", praca zbiorowa pod redakcją Marka Dąbrowskiego, Wydawnictwo PTTK "Kraj", wydanie drugie, Warszawa 1983.

PRACA WYCHOWAWCZA, STOSUNKI MIĘDZYLUDZKIE I ATMOSFERA PRACY W KLUBIE

Turystyka kolarska stanowi jedną z form zorganizowania czasu wolnego od pracy i nauki. W związku z tym profil działalności turystycznej nie jest obojętny z punktu widzenia kształtowania kultury wypoczynku.

Zadania wychowawcze klubu polegają, między innymi, na:

- Kształtowaniu racjonalnego wzorca wypoczynku po pracy i nauce.
- Wyrabianiu właściwych nawyków i obyczajów, tworzeniu atmosfery poszanowania dla zasad kultury turystycznej.
- Budzeniu szeroko pojętych zainteresowań krajoznawczych i szacunku dla efektów ludzkiej pracy.
- Wytwarzaniu i popieraniu potrzeby bezinteresownego, społecznego działania, zaangażowania w sprawy organizacji.
- Wyrabianiu umiejętności współżycia w kolektywie, tworzeniu atmosfery koleżeńskiego współdziałania, solidarności.

Przy końcu tej listy wymieniono problem kształtowania właściwej atmosfery w klubie, poprawnego układania stosunków międzyludzkich. Jest to nie tylko jeden z celów pracy wychowawczej, ale wręcz niezbędny warunek jej powodzenia i w ogóle skuteczności funkcjonowania klubu. Niezawodny środek kształtowania właściwych postaw u młodych stażem turystów to przede wszystkim odpowiednia "presja moralna" otoczenia. Jeśli ten mechanizm źle działa, nie pomoże najprecyzyjniej choćby sformułowana Karta Turysty lub drobiazgowy system kontroli na imprezach turystycznych.

Kształtowanie właściwej atmosfery w klubie zależy przede wszystkim od jego władz oraz od grupy starszych stażem działaczy, ich autorytetu, osobistego przykładu i aktywności turystycznej.

(...)

Postulat równości i demokracji powinien być stosowany bardzo szeroko. Na imprezach i w codziennym życiu klubu nie mogą występować żasne podziały ani dyskryminacja z tytułu sprawowanej funkcji organizacyjnej, stażu klubowego, wieku poszczególnych osób, a tym bardziej z tytułu pozycji zawodowej, wykształcenia, pochodzenia społecznego. Bardzo źle świadczy o stosunkach panujących w ogniwie społecznej organizacji turystycznej, jeśli jego członkowie tytułują się stopniami naukowymi, stanowiskami zawodowymi. Tam, gdzie mamy do czynienia z ludźmi z różnych środowisk społeczno-zawodowych jest to wręcz niedemokratyczne i niekulturalne. To samo dotyczy lekceważącego traktowania młodszych wiekiem kolegów. Najwłaściwszą formą (jeśli nie przeszkadzają zbyt duże różnice wieku lub inne okoliczności) są stosunki na stopie koleżeńskiej.

O atmosferze klubowej decyduje też model uprawianej turystyki. Należy dbać o to, aby imprezy miały różnorodny i wszechstronny profil tak, aby osoby o różnych zainteresowaniach mogły znaleźć coś interesującego dla siebie. Negatywnym zjawiskiem w wielu klubach jest zbytnie "usportowienie" turystyki rowerowej. Wytwarza to niezdrowy klimat ciągłej rywalizacji w tej dziedzinie, a także podział na "mocniejszych" i "słabszych". Dyskryminuje to na ogół i zniechęca osoby o przeciętnych możliwościach fizycznych, chcące znaleźć w turystyce rowerowej relaks po zajęciach zawodowych czy szkolnych, urozmaicić i wzbogacić wrażenia krajoznawcze. Nie oznacza to oczywiście konieczności bezwzględnego tępienia wszystkich elementów rywalizacji i wszystkiego, "co przypomina sport", chodzi jedynie o umiejętne ukierunkowanie tego typu zainteresowań i utrzymanie rozsądnych proporcji elementów poznawczych, rekreacyjnych i sportowych.

Wreszcie kwestia stylu kierowania klubem przez zarząd i prezesa. Można przyjąć tu dwojaką filozofię:

- Kierownictwo klubu traktuje większość członków jako bierną, niedoświadczoną masę, skłonną raczej do postawy konsumpcyjnej (dowody na to można znaleźć zawsze). Trzeba nimi drobiazgowo "zarządzać", wydawać polecenia, ostro kontrolować ich realizację. Większość decyzji podejmuje zarząd lub nawet prezes, bo uważają się za czynnik najbardziej kompetentny, a w dodatku ponoszący odpowiedzialność za całość.
- Kierownictwo klubu "wierzy" w dobre chęci i zaangażowanie większości członków, swoją rolę upatruje w inspirowaniu, pomocy, koordynowaniu ich działalności. Kierowanie i kontrola mają charakter dyskretny, interwencja i korygowanie czyjejś inicjatywy ograniczone są do sytuacji naprawdę niezbędnej.

Oczywiście wymienione "wzorce" kierowania klubem przedstawione są w sposób trochę przejaskrawiony - w praktyce spotyka się na ogół różne sytuacje pośrednie. Preferować należy postawę drugą, mimo że jest ona pewno o wiele trudniejsza - wymaga doświadczenia w pracy z ludźmi, cierpliwości, taktu, wyrozumiałości. Efekty są jednak na ogół jednoznaczne - mamy tu do czynienia ze zjawiskiem "samopotwierdzających się założeń". W praktyce wzorzec pierwszy wywołuje autentyczną bierność i zniechęcenie do samodzielnego działania, wzorzec drugi - aktywizację kolektywu.

Pisząc o jedności, zwartości i solidarności klubu nie mieliśmy oczywiście na myśli przeciwdziałania polemikom o charakterze merytorycznym. Stanowią one motor rozwoju programowego. Chodzi tylko o to, aby nie przekształciły się w rozgrywki osobiste, powstawanie różnego rodzaju stronnictw, frakcji i ugrupowań wewnątrz klubu.

Dodaj komentarz