Ci, którzy czytają lub czytali horoskopy, pewnie nie raz się spotkali z wieszczeniem, że oto czeka nas niezaplanowana i przypadkowa podróż. Czasami znajdziemy bardziej radykalne i precyzyjne określenie, że cel podróży nie jest znany, podobnie jak jej początek. Już dawno nie czytałem żadnego horoskopu, a jednak zdarzyła mi się przypadkowa podróż w nieznane. Pewnego zimowego dnia Ewa z tajemniczą miną  poprosiła mnie, bym zarezerwował sobie ponad tydzień wolnego w maju. Dodałem do wskazanego terminu jeden dzień z przodu, jeden z tyłu. Nie wiedziałem, gdzie jadę. Powiedziano mi, że to będzie kilka godzin lotu od domu i że będzie tam ciepło. Do ręki dostałem bilet lotniczy do Monachium. Dopiero tam na miejscu miałem się dowiedzieć, gdzie jest cel wycieczki.
640 Fot163 IMG 3324 PlazaPatong 1
Zapraszam do lektury najpiękniejszej wyprawy mojego krótkiego życia, na którą zabrała mnie Ewa, fundując niesamowitą niespodziankę. Do pobrania są tracki z GPS, które później można obejrzeć np. w programie GoogleEarth. Sprawozdanie jest bogato ilustrowane fotografiami.
 
 
Spis treści:
Ci, którzy czytają lub czytali horoskopy, pewnie nie raz się spotkali z wieszczeniem, że oto czeka nas niezaplanowana i przypadkowa podróż. Czasami znajdziemy bardziej radykalne i precyzyjne określenie, że cel podróży nie jest znany, podobnie jak jej początek. Już dawno nie czytałem żadnego horoskopu, a jednak zdarzyła mi się przypadkowa podróż w nieznane. Pewnego zimowego dnia Ewa z tajemniczą miną  poprosiła mnie, bym zarezerwował sobie ponad tydzień wolnego w maju. Dodałem do wskazanego terminu jeden dzień z przodu, jeden z tyłu. Nie wiedziałem, gdzie jadę. Powiedziano mi, że to będzie kilka godzin lotu od domu i że będzie tam ciepło. Do ręki dostałem bilet lotniczy do Monachium. Dopiero tam na miejscu miałem się dowiedzieć, gdzie jest cel wycieczki.
640 Fot163 IMG 3324 PlazaPatong 1
Zapraszam do lektury najpiękniejszej wyprawy mojego krótkiego życia, na którą zabrała mnie Ewa, fundując niesamowitą niespodziankę. Do pobrania są tracki z GPS, które później można obejrzeć np. w programie GoogleEarth. Sprawozdanie jest bogato ilustrowane fotografiami.
 
 
Spis treści:

Strona 2

Dzień przed wyjazdem. Wziąłem dodatkowy dzień urlopu. Dzięki temu jestem w stanie na spokojnie się spakować i załatwić kilka ostatnich ważnych spraw. Jedną z nich jest zakup układów elektronicznych w pobliskim sklepie. Potrzebuję na ten cel większej ilości gotówki. Cofam się spod sklepu w poszukiwaniu bankomatu, z którego będę mógł wyciągnąć pieniądze bez prowizji.

Na dobry początek pierwszy z odwiedzonych bankomatów jest 'chwilowo nieczynny'. Jadę do następnego, w końcu podróż rowerem to sama przyjemność. Płacę, wracam do domu. Mija kolejne 45 minut mojego życia. Po drodze do domu ponownie mijam ten sam bankomat, który odwiedziłem na początku poszukiwań gotówki. Jest już czynny.

Pakowanie i walka o każdy centymetr sześcienny torby podróżnej. Za radą kogoś obeznanego w podróżach lotniczych spora część podróżników zakupiła jednakowe torby o rozmiarze zbliżonym do maksymalnego wymiaru bagażu podręcznego. Studia regulaminów podróży kilku popularnych przewoźników obnażają smutną prawdę, że co przewoźnik, to inny dopuszczalny wymiar bagażu i jego masa.

Pakowanie bagażu podręcznego stało się dodatkowym wyzwaniem od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Trzeba teraz zwracać uwagę na to, czy przypadkiem nie przewozi się wszelakich związków chemicznych, wliczając w to pokarmy dla dzieci, lekarstwa, kosmetyki. Jeśli, to należy je przepakować do specjalnych foliowych torebek. Dzięki temu zarządzeniu zredukowałem repertuar kosmetyków do jednej buteleczki.

Dopinam torbę. Nie jest łatwo zmieścić wszystkie swoje doczesne dobra w czerwonej prostopadłościennej objętości ogarnianej czarnym suwakiem. Oby wytrzymał. Torba ma pasek na ramię oraz uchwyt z materiału, dzięki któremu można ją nosić. Przyjeżdża Ewa, kontroluje 'z głowy' co by tu jeszcze powinno się znaleźć w torbie. Wygląda, że niespodziewanie dla samego siebie spakowałem w zasadzie wszystko. Na głowę słomkowy kapelusz i w drogę.

Jeszcze tylko zakup 10 dniowego ubezpieczenia turystycznego, czytaj wizyta w jednym z centrów handlowych.

Strona 3


2008-04-26, sobota, podróż
Budzik zaczyna dzwonić o 4.30. Godzinę później, o 5.30, zajeżdżamy samochodem pod firmę Ewy. Tu czeka na nas jej szef. Przepakowujemy bagaż do jego samochodu. Czekamy na Basię, która dojeżdża na pierwsze miejsce zbiórki swoim samochodem. Na lotnisko jedziemy samochodem z napędem hybrydowym. Trudno wyczuć różnice w stosunku do jazdy samochodem z tradycyjnym napędem. Lampek jakby więcej.

Do Warszawy wylatujemy o czasie. Sam lot trwa coś 45 minut. Podejrzewam, że jest to tyle samo, jeżeli nie więcej, co podróż na lotnisko i załatwienie wszystkich formalności typu 'check-in' czy odprawa. Teraz następuje krytyczny punkt całej podróży. Musimy się spieszyć. Do odlotu kolejnego samolotu, lecącego do Monachium, zostało mniej niż 20 minut. Właśnie z tego powodu wzięliśmy tylko bagaż podręczny. Błyskawicznie się odprawiamy i chwilę później latająca rura już kołuje na pasie startowym z nami na pokładzie.

W Monachium mamy do kolejnego startu samolotu ponad dwie godziny. Czekamy na 'grupę krakowską'. Firma, w której pracuje Ewa, ma trzy oddziały w kraju. Nie udało się dobrać lotów w taki sposób, by wszyscy wylecieli wspólnie już z Warszawy. W efekcie spotkanie wszystkich podróżników nastąpiło dopiero w Monachium.

Wciąż nie wiemy, dokąd lecimy. Panuje ogólne podekscytowanie neutralizowane niemieckim piwem w jednym z lotniskowych barów. Obstawiane są dwa punkty docelowe. Na podstawie szczątkowych danych, takich jak planowana godziny wylotu, czyli około 14.00, czy znajomości punktu, z którego ma się odbyć zasadniczy lot, co bardziej przewidujący obstawili albo Dominikanę, albo Tajlandię. Cóż, zobaczymy.

Póki co wędruję sobie po budynku terminalu portu lotniczego. Robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest bardzo przestronny, albo przynajmniej tak mi się wydaje. Przeszklony dach wpuszcza do wnętrza mnóstwo światła, które odbija się od jasnej posadzki i białych ścian. Zatrzymuję się na dłużej przed tablicą z dużymi wyświetlaczami diodowymi. Dach terminalu został wyposażony w ramach dużej inwestycji proekologicznej w tysiące ogniw fotowoltaicznych. Jest słoneczny dzień, w zasadzie bezchmurny. Na wyświetlaczach przesuwają się cyfry oscylujące wokół wartości 300 kW. Moc szczytowa to 400 kW. Imponujące. Ciekawe, czy zdarza się tak dobre nasłonecznienie, że instalacja osiąga moc szczytową.

Dochodzi 14.00. Zbieramy się wszyscy przed wielką tablicą odlotów. Na tablicy w tej chwili wyświetlane są informacje coś o 40 lotach. Są wśród nich loty do Dominikany, ale są też w inne, obco brzmiące miejsca. Gdzie na przykład jest Phuket?

Szef pozwala zgadywać, co jest celem podróży. Pada Dominikana. Szef wyciąga z tajemniczej wiązanej teczki cały pakiet voucherów i podaje Asi. Asia odczytuje cel podróży: Dominikana. W grupie wybucha dziki entuzjazm. Szef szybko odbiera od Asi plik kartek, który przed chwilą jej wręczył i ostentacyjnie przedziera na pół. Słychać jęk zawodu. Z tej samej tajemniczej teczki wyjmuje kolejny plik kartek i podaje je Asi. Asia zbita z tropu poprzednim manewrem szefa odczytuje kolejny cel podróży: Tajlandia, Phuket. Szef nie zabiera jej kartek, czyli już wiemy, gdzie lecimy. Hura! Do garści dostajemy vouchery w języku niemieckim w postaci kolorowych papierowych książeczek z wyrywanymi kartkami. Jedna kartka to jeden etap podróży.

Co ja wiem o Tajlandii? Azja południowo-wschodnia, chyba spory kawałek Półwyspu Malajskiego. Coś jeszcze? Niestety nie. Nie przypominam sobie jakiś krwawych epizodów z okresu drugiej wojny światowej. Przy okazji omawiania wojny w Wietnamie też nie przypominam sobie wzmianek o tym kraju. Laos, Kambodża, Indie... To gdzieś tam. Smoki i dżungla? Liczne choroby tropikalne z żółtaczką na czele? Chyba nie. Bangkok też mi się z niczym nie kojarzy. Gdybym wiedział, gdzie jadę, uzbroiłbym się w przewodniki. Teraz pozostaje mi radosne oczekiwanie na nieznane niespodziewane.

Lot ma trwać aż 10 godzin. Odprawa, dzisiaj już trzecia. Zasiadamy w wielkiej, metalowej latającej rurze. W każdym rzędzie jest po osiem siedzeń. Dwa po prawej, dwa po lewej stronie, a po środku cztery. Pomiędzy nimi korytarzyki. Ciasnota charakterystyczna dla masowych podróży lotniczych. Nie mogę wygodnie rozprostować nóg. Z sufitu, mniej więcej co pięć rzędów, wystają ekrany coś chyba piętnastocalowe. Powietrze pachnie sztucznością. Od czasu, gdy w NG Polska przeczytałem artykuł o śladowych ilościach różnych toksyn, które swobodnie i bez naszej wiedzy krążą po naszym ustroju, mniej lubię podróże samolotem. Wnętrza samolotów są pełne różnych produktów zaawansowanej chemii. Podstawowe wymaganie, to niepalność zastosowanych materiałów. A niepalność oznacza 'różne świństwa'.

Startujemy około 14.35. No i co tu można robić podczas tak długiej podróży? W uszach charakterystyczny szum. Ciasno ogólnie. Nie bardzo jest gdzie pochodzić, co najwyżej wyprawa do malutkiej ubikacji sprytnie wysysającej wydaliny. Mam kłopoty ze spaniem w niewygodnej pozycji. Tak więc całe dziesięć godzin tego typu atrakcji jawi mi się jako koszmar.

Samolot leci z zachodu na wschód, a więc popychają go przeważające wiatry zachodnie. W drodze powrotnej będzie odwrotnie, co przyczyni się do wydłużenia podróży. Na wysokości przelotu (11 km) panuje piękna, bezchmurna pogoda i 'lekki' chłodek na poziomie -50 st. C. Do przebycia mamy coś 9950 km. Mimo trudnej do uświadomienia sobie prędkości oscylującej wokół 950 km/h, matka Ziemia kręci się jeszcze szybciej. Zapada zmrok.

Siedzimy na szczęście koło siebie, w środkowej grupie foteli. Pod siedzeniem znajduję 'zestaw podróżny' sygnowany przez biuro turystyczne czarterujące przelot. Składają się na niego: dmuchana plastikowa poduszka, świetnie ślizgająca się po oparciu krzesła. Do tego kocyk i coś tam jeszcze. Upycham go tam, skąd go wyjąłem, uznając prezent za oryginalny, acz chybiony. Na ekranach rozmieszczonych co około 5 rzędów wyświetlane są dane dotyczące podróży. Co jakiś czas leci też film, z gatunku bezpłciowych, nadających się do oglądania tak przez dzieci, jak i przez dorosłych. W rączkach oddzielających od siebie fotele są zestawy otworów. Można do nich wsadzić wtyczkę słuchawek. Małe guziki umożliwiają przełączanie między 5 kanałami z muzyką oraz ścieżką dźwiękową aktualnie pokazywanego filmu. Można też włączyć lub wyłączyć dodatkowe oświetlenie. Refleksja końcowa na temat podróżowania w klasie ekonomicznej, to brak gniazdek 220 V w okolicach foteli. O używaniu notebooków należy więc raczej zapomnieć, chyba że ktoś podróżuje z podręcznym zestawem dodatkowych akumulatorów gwarantujących minimum 8 h pracy.

Nie mam słuchawek, zresztą proponowany materiał filmowy nie przypada mi jakoś do gustu. Kolejny raz zwycięża książka. Okazuje się, że w samolocie czyta się zupełnie wygodnie. Ale ile można. Po kilku godzinach robię sobie niewymuszoną przerwę. Męczy mnie głód. Oprócz absurdalnie drogiej kanapki, którą kupiłem sobie rano w Monachium, przez cały dzień nic nie jadłem. W programie lotu były niby dwa posiłki, ale okazały się dwoma bułkami z dodatkami. Trochę mało dla rosnącego w pasie byka, takiego jak ja.

Za oknami samolotu robi się jasno. Zbliżamy się do celu. Samolotem zaczyna wyraźnie bujać. Pojawia się komunikat o potrzebie zapięcia pasów.

Jeszcze dwie godziny. Jeszcze godzina. Dolatujemy. Obniża się pułap lotu. Przez okna samolotu widać szare wysepki. Setki małych skalistych wysepek. Lądujemy. Jest 1.05 czasu europejskiego, czyli środek nocy. A tu proszę, niespodzianka. Według czasu lokalnego jest 6.05. Przesuwam wskazówki zegarka o 5 h. Jest niedziela, a ja właśnie wylądowałem w Tajlandii.

Strona 4


2008-04-27, niedziela, hotel i okolice
Odprawa paszportowa w Tajlandii to czysta formalność, ale... trzeba mieć wizę. Przed wylotem każdy z uczestników wycieczki dostał skondensowaną porcję informacji mówiących 'co gdzie kiedy'. Stało tam, że należy zabrać dwie fotki paszportowe. Wiza kosztuje 1000 tajskich batów, czyli około 70 PLN. Szybko się okazuje, że nawet wśród urzędników urzędu imigracyjnego, którzy bezpośrednio na lotnisku wyrabiają wizy, znajomość angielskiego jest bardzo ograniczona. Nie wszyscy wzięli zdjęcia, co wyprowadziło szefa z równowagi. Wczesna pora no i niedziela to czynniki utrudniające zrobienia zdjęcia w granicach lotniska. Wobec tego grupa zostaje podzielona na dwie części. Ci, którzy zakupili wizy, mogą jechać do hotelu. Pozostali dojadą na własną rękę. Przed opuszczeniem budynku terminala kupujemy nieco lokalnej waluty. Ja kupuję na dobry początek za 100 Euro. Wychodzi tego nieco ponad 5000 batów. Stąd praktyczny przelicznik: 50 batów to jeden Euro, czytaj 4 PLN.

Wyjście poza budynek lotniska to szok dla organizmu. Do ciała błyskawicznie przylega ciepła i lepka atmosfera tropiku. By samego siebie przekonać, że nie śnię, wyciągam z bagażu odbiornik GPS. Długo ustala aktualne położenie. Jestem siedem stopni geograficznych na północ od równika! Niestety wgrana ogólna mapa świata jest na tyle mało szczegółowa, że pokazuje naszą pozycję gdzieś pośród oceanu, na zachód od półwyspu malajskiego.

Podróż samochodem między portem lotniczym a hotelem trwa około godzinę. Wsiadamy do małych busów, na szczęście klimatyzowanych. Obowiązuje ruch lewostronny. Bus sprawnie się przeciska między dziesiątkami skuterów. W roli środka transportu skutery zdominowały lokalne drogi. Wydaje się, że na drogach obowiązuje ogólnie pojęty niewielki szacunek dla zasad ruchu drogowego. W ich miejsce pojawił się pragmatyzm nakazujący ograniczanie prędkości i unikanie bliższych kontaktów z obiektami o większej energii.

Skutery wożą ludzi, małych i dużych, kobiety i mężczyzn. Służą też do przewozu wszelkich dóbr. Mężczyźni przeważają, ale widziałem też kobiety prowadzące w szpilkach. Teoretycznie do jazdy na skuterze wymagany jest kask. W praktyce za jego brak mandatami karani są tylko obcokrajowcy. W pewnym momencie mijamy skuter, na którym w roli pasażera jedzie facet w jaskrawo pomarańczowym t-shircie. Na plecach widnieje wyraźny napis 'safety first' (ang. 'najważniejsze jest bezpieczeństwo') i duży czarny krzyż równoramienny. Pomiędzy plecami kierowcy a swoim brzuchem trzyma wielki zwój drutu kolczastego. Wziąłem ze sobą tzw. międzynarodowe prawo jazdy, które kiedyś sobie wyrobiłem na potrzeby ogólne. Coś mi jednak podpowiada, że z niego nie skorzystam.

Mijamy w pewnym momencie duży autobus załadowany jednakowo ubranymi ludźmi. To muzułmańskie kobiety. Siedzą na skromnych ławeczkach. Wygląda to trochę jak podróż więźniarką. Wkrótce mijamy meczet.

Ciekawe, czy niedziela to w Tajlandii dzień wolny? Czy jest to dzień poświęcony religii? Sądząc po panującym ruchu, pomimo wczesnej przecież pory, raczej jest to kolejny dzień pracujący.

Dojeżdżamy do hotelu. Hotel jak z bajki. KATATHANI, Phuket Beach Resort, Shores of Serenity, czyli w dowolnym tłumaczeniu, brzegi ukojenia.

Zbudowany na samym brzegu Oceanu Indyjskiego. Położony u podnóża stromych wzgórz zamykających zatokę Kata. Rewelacyjne pierwsze wrażenie. Luksus połączony ze spokojem. Szybko dostajemy klucz do pokoju. Boj hotelowy dźwiga nasze bagaże pod same drzwi. Pokój jest na wysokości pierwszego piętra.  Okna wszystkich pokojów hotelu wychodzą bezpośrednio na ocean.

Pokój urządzony ze smakiem, rozmieszczenie sprzętów sprawia wrażenie zaplanowanego. Jest przy tym obszerny i cudownie chłodny. Klimatyzacja schładza i wysusza powietrze. Otwieram szklane drzwi balkonowe. Uderza mnie znana już lepka atmosfera tropików. Pod oknami kołyszą się liście palm, do uszu dobiegają dźwięki fal oceanu rozbijających się o brzeg. Śpiewają egzotyczne ptaki. Przede mną widok na zielone, starannie utrzymane trawniki. Na prawo i na lewo rozciągają się kolejne budynki kompleksu hotelowego. Jest cicho, a ja jestem zmęczony po bardzo długiej podróży. Siadam na jednym z leżaków, wyciągam nogi na niskim drewnianym stoliku i zapadam w drzemkę. Ewie pokój również przypadł do gustu. Wyciąga aparat i trzaska nieco fotek, zanim zarzucimy wnętrza naszymi rzeczami.

Łóżko jest po prostu ogromne. Mogłyby na nim spokojnie spać trzy osoby, a zaryzykuję, że nawet cztery. Bardzo szerokie, długie w sam raz. Pokryte białą pościelą, z której wykorzystywałem tylko poduszki. Naprzeciwko łóżka telewizor z kablówką. Po prawej stronie od łóżka wspomniana już ściana ze szkła z wbudowanymi drzwiami prowadzącymi na balkon. Na balkonie oprócz wspomnianych już leżaków i małego stolika są jeszcze wieszaki do suszenia ręczników. Na lewo od łóżka ścianka działowa, oddzielająca główne pomieszczenie od łazienki z ubikacją. W środku tej ścianki duże okno, zamykane na ażurowe drewniane okiennice. Po ich otwarciu widać, co dzieje się w łazience, ze szczególnym uwzględnieniem wglądu w znajdujący się dokładnie na linii oczu prysznic. Obudowa prysznica jest wykonana z idealnie przezroczystego tworzywa. Wyposażenie ubikacji dopełnia wanna i duża umywalka.

images/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot01_IMG_1822_HotelPokoj_1.JPG
Do głównego pomieszczenia prowadzi korytarzyk. Znalazło się w nim miejsce na szafy na ubrania oraz sejf. Wewnątrz pokoju porozrzucane są małe ulotki hotelowe informujące gości co i jak. Wśród nich informacja, że hotel nie bierze odpowiedzialności za kradzieże biżuterii i drogocennych przedmiotów. Za to w każdym pokoju znajduje się mały sejf. Sejf można otwierać na dwa sposoby. Albo stosując ulubioną kombinację podajże 8 cyfr, albo ucząc sejf kombinacji swojej karty płatniczej. Ten drugi sposób wydał mi się praktyczniejszy. Jednak sporo czasu zajęło mi opanowanie sposobu, w jaki należy przeprowadzić kartę przez czytnik, by mechanizm zaskoczył. Liczyło się tempo przesuwu karty i siła docisku.
images/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot02_IMG_1827_HotelPokoj_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot03_IMG_1829_HotelPokoj_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot04_IMG_1835_HotelPokoj_1.JPG
Ogólne dobre wrażenie potęgują miłe szczegóły. Na ręcznikach leżą świeże kwiaty storczyków. Na stoliku leżą zapakowane próżniowo świeże owoce. W łazience jest suszarka. Do gniazdek pasują europejskie, kontynentalne wtyczki. Mógłbym tak wymieniać dłużej.

Na jednej z karteczek znajduję informację, że pomimo sprzyjających warunków opalanie się nawet tylko topless nie jest akceptowane. W grę wchodzi nawet mandat i obrażenie uczuć mieszkańców tego pięknego kraju.
images/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot05_IMG_1836_WidokZokna_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot06_IMG_1841_BasenHotelowy_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot07_IMG_1861_Hotel_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot08_IMG_1872_Hotel_1.JPG

Po dokonaniu ablucji i złapaniu tzw. drugiego oddechu ruszamy na rekonesans okolicy (do pobrania track z GPS). Wychodzimy na główną ulicę. Po paruset metrach napotykamy słupek upamiętniający poziom fali tsunami, która w 2003 spustoszyła okolice. Wokół słupka widoczne są charakterystyczne błękitne znaki szlaków ewakuacyjnych. Po kilku dniach pobytu dowiadujemy się, że na całej wyspie Phuket, bądź co bądź dużej, zginęło coś 230 osób. To była katastrofa. Liczba ofiar została spowodowana przede wszystkim przez niewiedzę. Nikt się nie spodziewał wystąpienia tego zjawiska, więc nikt przed nim nie ostrzegał. Hotel, w którym mieszkamy, poważnie ucierpiał. Większość budynków znajdujących się bezpośrednio przy plaży, a więc także nasz, została poważnie uszkodzona.

Hotel jest bardzo rozległy. Po wyjściu na plażę widzimy, że zajmuje całą zatokę. Zatoka na obu końcach zamknięta jest litymi skałami wznoszącymi się na dobre parę metrów w górę. Piaskowa plaża sprawia wrażenie, jakby ludzie specjalnie przywieźli tu piasek ciężarówkami. Odwracając się plecami do oceanu widzimy wysokie wzgórza porośnięte dżunglą. W tej sytuacji ucieczka przed tsunami wydaje się prostym przedsięwzięciem polegającym na przebiegnięciu jakiś 300-500 m.

Zaczynamy brodzić w falach oceanu. Kolejne miłe zaskoczenie dla mieszkańców brzegów Bałtyku. Woda jest ciepła. Nie letnia, tylko ciepła. Brodzimy przy brzegu rozkoszując się sytuacją. Postanawiamy zainstalować się na plaży. Piasek jest tak gorący, że parzy w stopy. Dlatego na plaży ustawione są leżaki chronione przed słońcem przez ogromne parasole. Ruszamy w ocean. Wielkie fale leniwie przewalają się w kierunku brzegu. Ogromna energia fal sprawia niesamowitą radochę. Bez trudu przewracają i ciągną mnie dobrych parę metrów. Po kąpieli zalegamy na leżakach. Coś mi mówi, że słońce już za mocno przypiekło moją białą skórę. W końcu to pierwsza okazja w tym roku, by zdjąć koszulkę. Czuję, że plecy mi czerwienieją. I rzeczywiście. Słońce bardzo mnie poparzyło. Ramiona, plecy, nawet przedramiona. Będzie piekło.
images/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot09_IMG_1884_HotelPLaza_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot10_IMG_1895_HotelPlaza_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot11_IMG_8769_ZatokaKata_PlazaKataNoi_MasztTsunami.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot12_IMG_1859_SlupekTsunami_1.JPGimages/stories/20080427_Tajlandia_Niedziela/640_Fot13_IMG_8783_ptak02.JPG

Nie załapaliśmy się rano na śniadanie hotelowe, przez co cały dzień w okolicach brzucha utrzymywał mi się ssący dyskomfort. Za to obiadokolacja zrekompensowała te niedostatki. Poezja. Restauracja to duży parterowy budynek bez stałych ścian. Powiewy od oceanu swobodnie wchodzą do wnętrza pełnego gdzieś tak około 70 dwuosobowych stolików. W centrum restauracji jest coś w rodzaju wielkiego szwedzkiego stołu. Do wyboru mamy coś ze 30 dań nie licząc przystawek. Urzeka nas ogromny wybór lokalnych owoców. Nie wszystkie potrafię nazwać, pozostaje więc zapamiętanie angielskich nazw: 'dragon fruit' (pitaja), 'star fruit' (oskomian pospolity), 'cantaloupe' (melon katalup)... Ale naj, naj jest mango, które właśnie ma okres zbioru. Rozpływająca się słodycz i słodkość.

Pod koniec pierwszego dnia mam wrażenie, że trafiłem do raju. Przy boku ukochana osoba, okrywająca swoje krągłości bardziej skąpo, niż zwykle. Dane mi będzie tu zasypiać przy dźwięku fal oceanu, budzić się przy śpiewie egzotycznych ptaków, jeść zdrowo i smacznie. Do tego bliskość ciepłego morza, ogólna błogość i spokój. Czego ciało i dusza zapragną.

Strona 5


2008-04-28, poniedziałek, Phuket
Oj spało się, spało. Dopiero około 9.00 wyciągnęliśmy się wspólnymi siłami z pościeli. Po śniadaniu, które było równie poetycznym przeżyciem, co wczorajsza kolacja, spotykamy się z przewodniczką biura podróży TUI, w którym została wykupiona nasza wycieczka.

Na śniadanie podano zarówno dania lokalne, jak i europejskie. Czyli jeżeli ktoś z przyczyn osobistych nie chciał kosztować lokalnych wiktuałów, mógł pozostać w kulinarnym kręgu cywilizacji zachodniej. Taka propozycja ze strony hotelu jakoś mocno mi się kojarzy z wyjściem na przeciw oczekiwaniom bogatych Niemców. Ja napycham się nieco na zapas, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać w ciągu dnia. Po zjedzeniu części treściwej nakładam sobie całą miskę jogurtu oraz talerz owoców. Do tego jeszcze jeden z czterech rodzajów mrożonych soków. Jedna pycha.

Przewodnikiem, który opowiada, co i jak, okazuje się Polka. Tak więc jesteśmy na plaży Kata Noi, w pobliżu miasteczka Kata. Niedaleko są dwa duże miasta. Pierwsze to Patong, nastawione przede wszystkim na dorosłego turystę lubiącego się bawić na tysiąc różnych sposobów. Drugie, to stolica wyspy oraz prowincji, Phuket City.

Podstawowa wersja taksówki to minibus bez okien nazywany tuk-tukiem, w cenie 150 batów za kurs. Hotel ma własne taksówki i oferuje wycieczki np. do Patong codziennie od 20.30 do 22 za jedyne 150 batów za osobę w dwie strony. Podobnie oferuje też wycieczki do Phuket, wyruszające spod hotelu około 13.00.

W Patong warto odwiedzić centrum handlowe Djang Ceylon i dać się wymasować za około 300 do 400 batów za godzinę. Podobno niezapomniane wrażenia.

Ponadto do wyboru są tzw. wycieczki:

1. Phuket explorer:
- zwiedzanie centrum miasta,
- zwiedzanie świątyni,
- rezerwat przyrody,
- farma nerkowców,
- 15 min. wycieczka na słoniach,
- przejazd bawolim zaprzęgiem,
Cena: 2 100 batów

2. Kaolak:
- cały dzień na słoniach,
- 1,5 h przejażdżka nad wodospad,
- rafting,
- obiad,
- 1,5 h powrót.
Cena: 2 900 batów

3. Wycieczka na wyspę Panga i kilka innych okolicznych wysp:
- transport stateczkiem,
- obiad na stateczku
Cena: 6 000 batów

4. Wyspa Phi-Phi
- transport szybką motorówką,
- 1,5 godziny w jedną stronę,
- do odwiedzenia jest 5 wysp,
- start przed 8.00, powrót około 17.00
Cena: 3 250 batów

Prócz tego rezydentka wyrzuciła z siebie mnóstwo innych, trudnych do zapamiętania informacji o okolicznych atrakcjach:
- Fantasy Show - przedstawienie z udziałem 40 słoni, które tańczą,
- rewia z udziałem transwestytów,
- skała Jamesa Bonda, którą można obejrzeć za jedyne 1 500 batów po długim rejsie stateczkiem; w tym wioska na palach;

Wyglądało to na dosyć chaotyczne przedstawienie atrakcji. Konsekwencją niespodzianki pod tytułem 'jedziemy do ciepłego kraju, ale nie wiadomo gdzie' jest niemożność przygotowania się do wycieczki. Po wizycie w Tunezji przekonaliśmy się, że przewodnik może bardzo istotnie poprawić jakość całej podróży. Ha, tym razem będziemy więc iść 'na żywioł'. Bez mapy, bez opisów, za to we dwoje. Mamy przed sobą tydzień, czyli siedem dni atrakcji. A potem powrót, dnia ósmego i dziewiątego.

Zaczyna padać, a w zasadzie lać. Co do tego, czy mamy teraz porę deszczową, czy inną, są poważne wątpliwości. Niby jest to pora gorąca, ale wilgotna. W każdym razie pada. Siadam na balkonie i patrzę na lejącą się z nieba wodę. Szum oceanu i szum deszczu rozbijającego się o liście palm i dach budynku.

Postanawiamy przyłączyć się do naszej grupy i wybrać na pierwszą wycieczkę do miasta Phuket obejrzeć postkolonialną starówkę (do pobrania track GPS). Wprawdzie formalnie teren Tajlandii nigdy nie stał się niczyją kolonią, ale Europejczycy się tu osiedlali, a więc i budowali. Wszyscy chętni zobaczenia tych atrakcji stłoczyli się w jednym minibusie. Kierowca nie rozumie ni w ząb po angielsku. W rezultacie zamiast do centrum miasta dojeżdżamy do centrum handlowego. Mamy ze sobą mapkę, którą otrzymaliśmy w hotelu. Pomaga ona naprawić błędy nawigacyjne i dotrzeć do zaplanowanego celu. Równie nagle, jak zaczęło lać, przestaje. I od razu wychodzi palące słońce.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot14_IMG_8802_sygnalizator_lewy.JPG
Ta część miasta, do której trafiliśmy, nie zachwyca. Co prawda jest czysto, ale bardzo szaro. Jednopiętrowa, niska zabudowa. Tłok, dom przy domu, ulica za ulicą. Ogromne targowiska, w tym jatki. Jest to wspaniała okazja, by popstrykać nieco zdjęć 'zwykłym ludziom w zwykłych sytuacjach'. Tak więc idę i cykam w zasadzie co popadnie. Nie ma specjalnie czasu na zatrzymywanie się, więc cykam na półautomacie, fota za fotą, krok w krok.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot15_IMG_8803_Kanal_JestCzysto.JPG
Zadziwia plątanina przewodów na słupach. Wręcz sieć. Wygląda to trochę jak w krajach arabskich. Przewód na przewodzie, a słupy sprawiają wrażenie, jakby z trudem dawały radę dźwigać tę gęstwę. Dopiero po kilku dniach dowiadujemy się, że te same słupy noszą zarówno przewody zasilania (230 V) jak i telekomunikacyjne. Telekomunikacyjne lecą dołem i to one są 'zabałaganione'. Do górnej części słupa przymocowane są przewody elektryczne. Rzeczywiście, w górnych rejonach panuje większy ład. Odkrywam, że ten prosty pomysł, by prowadzić przewody różnych instalacji po tych samych słupach nie znalazł zastosowania w Europie. Właściwie dlaczego tak jest? Przecież to czysta oszczędność.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot16_IMG_8804_KrajobrazMiasta_SygnalizatorPoziomy.JPG

W mieście panuje duży ruch, tak samochodowy, jak motorowerowy. Uwagę przykuwają tak zwykłe urządzenia jak sygnalizatory świateł na skrzyżowaniach. Po lewej (ruch lewostronny!) stronie ulicy stały sygnalizatory umieszczone pionowo, tzn. światła różnych kolorów umieszczone były jedne nad drugimi. Nad jezdnią sygnalizatory umieszczone były poziomo, tzn. światła różnych kolorów umieszczone zostały obok siebie. Ciekawe, czy takie poziome umieszczenie świateł jest w jakiś sposób lepsze? Oprócz samych sygnalizatorów, w klasycznej postaci światła czerwonego, żółtego i zielonego, występuje gdzieniegdzie także bardzo duży wyświetlacz diodowy informujący uczestnika ruchu o czasie (w sekundach), jaki pozostał do chwili zmiany świateł. I tak, jeżeli wyświetlacz pali się na czerwono, odliczanie czasu dotyczy zmiany z czerwonych na zielone. Swoją drogą cykle świateł wydały mi się dosyć długie, na niektórych skrzyżowaniach osiągając ponad 100 sekund.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot17_IMG_8809_Kamienica_Postkolonialna.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot18_IMG_8823_MalyZaklad.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot19_IMG_8824_Rowerowy.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot20_IMG_8828_ulica02.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot21_IMG_8831_AsianBatik.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot22_IMG_8833_sklepik.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot23_IMG_8835_PhuketArtGallery.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot24_IMG_8836_PerspektywaDachy.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot25_IMG_8838_Dom_1889.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot26_IMG_8842_ChrzescijanskaKaplica.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot27_IMG_8843_Drukarnia_Upal.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot28_IMG_8851_ulica2.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot29_IMG_8857_Muzeum2.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot30_IMG_8858_Kolonialnie.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot31_IMG_8860_Owocowo2.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot32_IMG_8864_SkrzynkaPocztowa.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot33_IMG_8865_LicznikEnergiiEl.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot34_IMG_8868_TabliczkiNIeWiem.JPG

Po około godzinie łażenia części grupy marzy się mała restauracja serwująca zimne napoje. Lokale 'dla miejscowych' na pierwszy rzut oka znacząco odbiegają od standardu uznawanego za przyzwoity w naszej części świata. Z braku lepszej koncepcji Wala zatrzymuje tuk-tuka i każe nas wieść pod największy w okolicy posąg buddy. Nie mieścimy się wszyscy do jednego tuk-tuka. Dla kierowcy pierwszego pojazdu to żaden problem. Dzwoni po kolegę, któremu wyjaśnia sytuację w swoim ojczystym języku. Wiedząc już co niego o znajomości angielskiego u przeciętnego kierowcy tuk-tuka jesteśmy nieco zaniepokojeni, szczególnie że po przybyciu na miejsce okazuje się, że na miejscu nie ma tych, którzy wsiedli do pierwszego pojazdu. No to zwiedzamy.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot35_IMG_8881_SmokiSchodowe.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot36_IMG_8884_swiatynia01.JPG

Coś mi się wydaje, że nie jest to miejsce, do którego mieliśmy dotrzeć. Pamiętam, że na którymś ze wzgórz stoi ogromny posąg buddy. Wydaje mi się, że to tam chcieliśmy się znaleźć. No nic. By zobaczyć ten posąg buddy, do którego zostaliśmy teraz przywiezieni, trzeba się wspiąć po stromych schodach. Jest bardzo parno. Pot leje mi się po skórze pomimo bezruchu powietrza. Gdy już wlazłem na ostatni stopień czuję, że koszulka przylgnęła mi do mokrych pleców. Cykam foty, rozglądam się i dalej pocę. Dociera ta część grupy, która wybrała podróż pierwszym tuk-tukiem. Uśmialiśmy się z braku zrozumienia ze strony kierowców dla naszej łamanej angielszczyzny.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot37_IMG_8889_swiatynia_detal01.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot38_IMG_8890_swiatynia_detal02.JPG

Chcemy, żeby nas zawieźli do centrum Phuket. Udaje nam się znaleźć wszystko, co europejczykom potrzebne do szczęścia w upalny dzień, czyli kantor, bankomat i restaurację serwującą zimne piwo. Właśnie w tej kolejności. Z tarasu restauracji obserwujemy przybycie skutera z boczną doczepką wypełnioną dziwnie wyglądającymi owocami. Wielkości owoców kokosowych pokryte są dużymi, grubymi kolcami. Pojawienie się obwoźnego handlarza wywołało spore poruszenie wśród miejscowych, co moim zdaniem wskazywało, że przywiezione owoce stanowią rarytas. Ich angielska nazwa (ale także polska) to 'durian '. Po rozkrojeniu bardzo grubej skorupy, która stanowi zdecydowaną większość masy, widać niekształtne miękkie wnętrze. To ono jest jadalne. Podobno bardzo intensywnie pachnie zgnilizną. Nie dane mi było tego sprawdzić. Wala nie dał się poczęstować owocem, a za jego przykładem poszli pozostali.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot39_IMG_8900_ZlotyBudda.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot40_IMG_8909_WnetrzeKaplicy.JPG

Po godzinie wyruszamy tymi samymi tuk-tukami obejrzeć kolejną świątynię. Jest ogromna. Składa się z wielu budynków. Tłok i upał powodują, że cykam zapamiętale.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot41_IMG_8915_DuzaSwiatynia01.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot42_IMG_8918_PodstawaSwiatyni.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot43_IMG_8934_DuzaSwiatynia_detal02.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot44_IMG_8936_DuzaSwiatynia_Detal03.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot45_IMG_8939_DuzaSwiatynia03.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot46_IMG_8941_DuzaSwiatynia_Detal05.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot47_IMG_8942_NazwaSwiatyni.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot48_IMG_8943_WnetrzeKaplicy.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot49_IMG_8951_WnetrzeKaplicy.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot50_IMG_8955_PiecPokuty.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot51_IMG_8967_DuzaSwiatynia_Perspektywa2.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot52_IMG_8979_MotorowerTowarowy.JPG

Wracamy do hotelu. Mamy chwilę na odświeżenie się przed kolacją, którą zaczynamy o 19. Na 20.30 wykupiliśmy sobie autobus do drugiego z pobliskich miast, czyli do Patong (do pobrania track z GPS). Rezydentka przedstawiła nam Patong jako miasto rozpusty i uciech cielesnych. Podobno liczne są tam lokale ze striptizem, burdele i ogólnie kwitnie życie nocne. Autobus planowo wraca do hotelu już o 23. Dwie godziny to zdecydowanie za krótko, by ogarnąć ogół zjawisk i chociaż pobieżnie zasmakować atmosfery tego miejsca. Zostajemy wysadzeni na początku pasażu prowadzącego równolegle do plaży.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot53_IMG_9051_OwoceMorza.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot54_IMG_9053_WejscieDoRestauracji.JPG

Tłok i nadal jest bardzo gorąco. Całe życie skupia się wzdłuż plaży. Na przemian są to małe sklepiki, sklepy, duże restauracje i salony masażu. Mniej więcej po dwóch kilometrach napotykamy wspomniane kluby i bary nocne. Na stołach lub kontuarach barów tańczą zgrabne dziewczyny. Rzeczywiście, jak na moje oko, są ładne. Po deptaku przechadzają się parami, czasami trzymając się pod ręce, zachęcając do odwiedzin konkretnego lokalu. Rezydentka wspominała, że w Tajlandii jest dużo transwestytów i transseksualistów. Ostatnimi czasy rozmiar tego zjawiska staje się problemem społecznym. Płeć zmieniają przede wszystkim mężczyźni. Przebierają się w damskie ubrania, a cenowa dostępność zabiegów chirurgii plastycznej powoduje, że coraz bardziej upodabniają się do kobiet. Są przy tym bardzo ładne, o zgrabnych nogach. Odróżnienie na podstawie samego wyglądu fizycznego jest czasami bardzo trudne. W zasadzie pozostają tylko dwa kryteria, a i tak oba niepewne. Pierwsze, to wzrost. Widząc wysoką Tajkę możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że jest to transwestyta. Drugie kryterium to barwa głosu. Trudniej ją zmienić, niż kształty ciała. Męskich transwestytów nazywa się z angielska 'ladyboyami'. Ci, których spotkaliśmy, zachowywali się wobec nas bardzo przyjaźnie, uśmiechali i machali dłońmi. Z perfekcyjnym makijażem, starannie ułożonymi włosami.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot55_IMG_9065_Drinki.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot56_IMG_9066_Owoce.JPG

Ulice żarzyły się neonami, do tego dochodząca z wielu miejsc głośna muzyka, światła uliczne, stada turystów. Uliczni sprzedawcy oferowali 'z ręki' badziew wszelaki. Od kolczyków i wisiorków zaczynając, bo skrzące się diodowym światłem wymyślne samochodziki zdalnie sterowane.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot57_IMG_9078_Durian.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot58_IMG_9079_Owoce02.JPG

Przed wejściami do restauracji stoją 'naganiacze' zapraszający do spróbowania miejscowych przysmaków. Często przy samym wejściu stoją wanny, w których pływają ogromne skorupiaki, mające szansę stać się daniem dnia. Oprócz tego w wypełnionych lodem wannach leżą obok siebie ryby, ośmiornice, krewetki. Nie potrafię jeszcze nazwać tych wszystkich owoców morza, ale z czasem moja wiedza na ich temat zmieni się 'in plus'. Zastanawia mnie tylko ile kosztuje zamrażanie tego wszystkiego i przechowywanie w warunkach umożliwiających spożycie w klimacie tropikalnym, w podobno ubogim kraju azjatyckim.
images/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot59_IMG_9082_OwoceMorza02.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot60_IMG_9089_KlubTiger.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot61_IMG_9092_BarRury.JPGimages/stories/20080428_Tajlandia_Poniedzialek/640_Fot62_IMG_9095_UlicaNoca.JPG
Przed odjazdem autobusu Wala postanawia kupić jeden z tajskich wynalazków, który mnie urzekł swoją prostotą i oryginalnością. Jest to nic innego jak balon na ciepłe powietrze. Wieczory na wybrzeżu Tajlandii często są zupełnie bezwietrzne. Bryza pojawia się tylko na parę chwil po zachodzie słońca, po czym upał, już bez udziału słońca, trwa całą noc. Taki balon przypomina duży worek, o średnicy jakieś 50-80 cm. Wykonany z cienkiego białego papieru. Wlot worka jest usztywniony okręgiem z drutu. Prze okręg przechodzą dwie prostopadłe do siebie środkowe. Na ich przecięciu przymocowany jest krążek z paliwa stałego. Po podpaleniu jarzy się stałym żółtym światłem, powietrze w balonie ogrzewa się i wzlatuje do góry. Dzięki brakowi wiatru i szybko zapadającemu zmrokowi można na plażach obserwować przedziwny spektakl unoszących się powoli w górę lampionów. Efekt jest większy, jeżeli jednocześnie wypuszczonych zostaje kilka balonów. Wznoszą się powoli i palą dosyć długo. Jak dla mnie wrażenie dla oka jest bardzo miłe. Postanowiłem po powrocie do domu, kiedyś tam, spróbować samodzielnie zbudować taki balon i puścić którego ciepłego wieczoru nad brzegiem zimnego Bałtyku. Jeden taki balon kosztował 200 batów.
 
W hotelu jesteśmy około 24.

Strona 6

2008-04-29, wtorek, słodkie lenistwo na plaży
Na 10.00, a więc wkrótce po śniadaniu, szef Ewy zarządził szkolenie swoich pracowitych pszczółek. Jako gość nie muszę w nim uczestniczyć. Tak więc zostałem sam co najmniej do 16.00. Ranek był pochmurny, ale wkrótce po rozpoczęciu się szkolenia wyszło słońce. Gdzieś tak do 12.00 rozkoszuję się dźwiękami fal rozbijających się o brzeg bez opuszczania pokoju. Dojrzewam do wyprawy poszukiwawczej mającej na celu zakup olejku do opalania, który skutecznie zabezpieczyłby moją skórą przed dalszymi poparzeniami słonecznymi. Już drugi dzień skóra nieznośnie pali i piecze, sprawiając ból przy każdym dotknięciu. Kupuję olejek w jednym ze sklepów hotelowych. Przypuszczalnie znacząco przepłacam, ale potrzebuję tej mazi tu i teraz. Zresztą, z tego co sprawdziłem, Ewa też nie wzięła ze sobą olejku z blokerem równym 50. Od razu się smaruję, gdzie dosięgam. Poczułem ulgę. Na tyle dużą, by zalec na plażowym leżaku.

Na przemian czytam i mierzę się z oceanem. Od wczoraj wyraźnie przybrał na sile. Wywieszono czerwoną flagę, która również w tych szerokościach geograficznych oznacza zakaz kąpieli. Ratownicy mają liberalne podejście do potencjalnej ofiary zabaw z dużą wodą. Nie wyganiają z wody natarczywymi gwizdami czy machaniem ręką ograniczając się do dyskretnej obserwacji. Wchodzę do wody. Jest nadal ciepła, pomimo gwałtowności uderzeń fal. Na głowie mam swoje okulary przeciwsłoneczne z wkładką korekcyjną pozwalającą mi widzieć ostro otoczenie. Na głowie gumka zabezpieczająca okulary przed przypadkowym odłączeniem się od mej bańki. A mimo to, po kolejnym uderzeniu fali widzę przez zaledwie kilka sekund, jak okulary unoszą się jakieś dwa metry ode mnie, by zniknąć już na zawsze pod uderzeniem kolejnej fali. Przeszedłem się wzdłuż brzegu raz, potem drugi, licząc że kolejna fala wyrzuci je litościwie na brzeg lub chociaż w pobliże strefy 'pierwszego załamania'. Niestety.

Wracam do pokoju lżejszy o parę okularów. Pojawia się Ewa z pytaniem, czemu nie pojawiłem się na szkoleniu. Ha, jak szybko udzielił mi się jej nastrój.
 
Późnym wieczorem włączam telewizor. Z ciekawości przelatuję po kanałach. Mogłem zobaczyć kanały nadawane przez wszystkie państwa regionu. Jest kanał australijski, nadający przede wszystkim rozgrywki w rugby. Jest japoński, nadający do pewnej godziny po japońsku, a potem już po angielsku. Niektórzy z prezenterów mają przy tym 'azjatycki' akcent. Jest kanał chiński, jest hinduski, jest informacyjny CNN. Oczywiście jest też kilka kanałów tajlandzkich. Na jednym z nich zawieszam oko na telenoweli. Jak widzę ten gatunek telewizyjnej zapchaj dziury dotarł już wszędzie. Aktorzy grają bardzo ekspresyjnie, robiąc dziwne miny. Język tajski odbiega od chińskiego, czy japońskiego. Mało jest głosek dźwięcznych, przynajmniej takie odnosimy wrażenie. Nie stosują alfabetu obrazkowego, jak inne stare narody Azji. Swój język zapisują fonetycznie, chociaż nie używają alfabetu łacińskiego. Alfabet tajski opiera się na okręgu, czy też, jak mi się wydało, na spirali. Po wczorajszym pobycie w drink barze cały mój tajski ogranicza się do 'dziękuję', wymawianego jakoś tak 'kop-kun-kaa'. Inna jest forma względem kobiet, a inna względem mężczyzn. Druga forma to zdaje się coś jak 'kop-kun-kan' z akcentem na ostatniej sylabie.

Strona 7

2008-04-30, środa, Phi-Phi Island
Wstajemy o 6.30, bo na godzinę 8.30 zaplanowaliśmy wyjazd na wycieczkę 'Phi-Phi Island' (do pobrania track z GPS). Najpierw busem z hotelu na wschodni brzeg wyspy Phuket, a dalej na południowy wschód, tnąc fale oceanu bardzo szybką łodzią motorową. Przed startem motorówki mamy chwilę czasu by zakupić w pobliskim sklepie niezbędne gadżety takie jak płetwy czy maski do nurkowania. Udaje mi się znaleźć przeciwsłoneczną nakładkę na okulary za jedyne 250 batów.

Płynięcie taką łodzią jest atrakcją samą w sobie. Tnie fale z prędkością jakiś 52-56 km/h. Siedzieliśmy blisko sternika, więc mogłem od czasu do czasu rzucić okiem na prędkościomierz. Porównywałem jego wskazania z odczytanymi z odbiornika GPS. Niesamowite. Momentami łódź wybijała się ponad fale, by po ułamku sekundy osiąść ponownie na wodzie z głuchym odgłosem.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot63_IMG_9105_Morze02.JPG

Przed wejściem na pokład łodzi nasz przewodnik, mówiący ledwie zrozumiale po angielsku, wyjaśnił że dostaniemy tyle napojów chłodzących, ile dusza zapragnie. I to przez cały czas trwania podróży. Do wyboru były wszystkie popularne amerykańskie gazowane oraz woda. Na pokładzie łodzi coś ze 30 osób, a do tego upał. Zastanawiałem się, czy dotrzyma słowa i do końca rejsu rzeczywiście nie zabraknie zimnych napoi. Prawda. Na środku łodzi stał wielki plastikowy pojemnik zasypany lodem i wypełniony napojami. Starczyło dla wszystkich.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot64_IMG_9119_Morze.JPG

Cała załoga łodzi to zaledwie czterech młodych chłopaków. Podczas jednego z przystanków dostrzegłem, że wszystkie załogi licznych łodzi to młodzi faceci, może najwyżej dwudziestokilkuletni. Zastanawiam się głośno, czy to rzeczywiście możliwe, by w tak młodym wieku zakupić tak dużą i szybką łódź. Może pracują w jakiejś spółdzielni, a może pracują tu na podstawie jakiejś umowy społecznej? Raczej nigdy już się tego nie dowiem.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot65_IMG_9124_Zaglowka.JPG

Przed oczami otwierały się nam co chwila nowe fantastyczne widoki mniejszych lub większych wysepek, małych zatoczek. Jasne światło słoneczne tylko potęgowało wrażenie ogromnej rozpiętości barw. Może w tysiącu błękitów ścigało się o barwy z niebem zasnutym wysokimi, postrzępionymi chmurami. Zieleń wysp wydawała się momentami bardzo ciemna, by przy innym kącie padania światła stać się jaskrawą.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot66_IMG_9127_Wyspa.JPG

Robienie zdjęć z pokładu skaczącej na falach łodzi okazało się niemałym wyzwaniem. Na szczęście słoneczny dzień umożliwił wybranie bardzo krótkiego czasu i trzaskanie w miarę ostrych fotografii.

Jako pierwszą odwiedzamy wyspę Phi-Phi, a konkretnie zatokę, w której nakręcono jakiś znany film z pierwszoplanowym udziałem Leonardo di Caprio. Plaża i zatoka niesamowicie położone. Efekt psuje tłum turystów. W to samo miejsce przywożeni są wszyscy uczestnicy wycieczek na wyspę Phi-Phi. Przy samej plaży kolejnym przybywającym łodziom znaleźć wolne miejsce. Na szczęście jesteśmy tu tylko przez 30 minut. To w sam raz, by zrobić pamiątkowe zdjęcie, podeprzeć jedną ze skał i ucieszyć oko.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot67_IMG_9138_BlekitnaZatoka.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot68_IMG_9139_Urwisko.JPG

Następna atrakcja polega na przepłynięciu między dwoma blisko położonymi wyspami, co każdemu ma umożliwić zrobienie niezapomnianej foty.

Zatrzymujemy się przy małej plaży zwanej 'plażą małp'. Małpy żyją tu w stanie półdzikim. Przed zejściem z łodzi na brzeg każdy uczestnik wycieczki dostawał do łapki nieco pokrojonych bananów, które mógł rozdać oczekującym na poczęstunek małpom. Małpy jak małpy. Jedne większe, drugie mniejsze. Zero respektu dla kolegi człowieka. Widoczne lenistwo i czerpanie pełnymi garściami, a raczej łapami z dobrobytu jaki zafundowały im istoty ponoć rozumne.
 
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot69_IMG_2283_Malpa_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot70_IMG_2253_Kwiatek_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot71_IMG_9144_Atrakcja.JPG

Chwilę dalej przystajemy w pobliżu brzegu, by przez chwilę ponurkować 'z maską i rurką' (ang. snurkelling). Jeżeli ktoś nie miał własnego sprzętu, dostawał go od załogi łodzi. Wprawdzie nie pierwszej nowości, ale sprawny.

Fantastyczna sprawa. Dno było na tyle blisko powierzchni wody, że miejscami udawało mi się go dosięgnąć stopami. Pode mną inny świat. Gdzieniegdzie jeżowiec, gdzieniegdzie ryba. Ciepła woda i poczucie kompletnej izolacji. Przejrzysta i ciepła woda. Czego chcieć więcej.

Po nurkowaniu łodzie z ogromną prędkością płyną do największej osady na wyspie. Tu jemy wliczony w cenę wycieczki tradycyjny tajski obiad. Wspaniałe jedzenie. Bardzo smakowała mi ostra zupa z owocami morza. Czego nie wsadziłem do paszczy, okazywało się rarytasem.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot72_IMG_9174_MiniPlaza.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot73_IMG_9175_MiniZatoka.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot74_IMG_9220_Widoczek.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot75_IMG_9229_Widoczek.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot76_IMG_9243_SpeedBoat.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot77_IMG_2314_PhiPhiIsland_1.JPG

Po obiedzie ruszamy na krótki spacer przez niekończące się stoiska z badziewnymi pamiątkami. W akcie desperacji kupuję pamiątkowe magnesy w kształcie ryb, które można przyczepić np. do lodówki. Ewa znalazła sobie coś na szyję.

Następnie płyniemy na małą skalistą wysepkę, gdzie następuje dłuższy popas. Wykupujemy sobie cały rząd leżaków tuż przy plaży. Brodzimy po wodzie, trochę pływamy z 'maską i rurką'. Znowu niesamowite widoki i doznania. Ewa wybiera 'nurczenie' w pobliżu plaży. Ja postanawiam się zaczaić z aparatem na kraby przemykające między szczelinami skalnymi.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot78_IMG_2395_LezakiNaBrzegu_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot79_IMG_2366_Skaly_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot80_IMG_9247_Nurkowanie.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot81_IMG_2376_Nurkowanie_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot82_IMG_2387_Ryby_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot83_IMG_9256_Brzeg.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot84_IMG_9257_Krab.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot85_IMG_9266_Krab.JPG

Wracamy podobną trasą, znowu obserwując niesamowite obrazy malowane ręką natury. Czuję się na tyle zmęczony, że pomimo hałasu trzech ogromnych silników łodzi motorowej zapadam mimowolnie w stan między odrętwieniem a drzemką. W hotelu jesteśmy już około 17.30. Postanawiamy przed kolacją przejść się brzegiem morza, po cichu licząc na malowniczy zachód słońca. Tym razem słońce skryło się za horyzont w mało spektakularny sposób, za to już nie szumiał, lecz grzmiał. Z pięknej szerokiej plaży został pas wąski na zaledwie jakieś pięć metrów. Zamiast łagodnego zejścia do wody pojawił się  pionowy piaszczysty stopień, o który z dużą siłą rozbijają się kolejne fale.

Błyskawicznie robi się ciemno. Moim skromnym zdaniem opowieści o szybko zapadającym zmierzchu na pustyniach są mocno przesadzone. Byłem, widziałem, więc mogę porównać. Znacznie szybciej zmrok zapada w pobliżu równika. Dzień trwa w zasadzie tyle samo, co noc. Jasno robi się około 7.00, a ciemno około 20.00.

Ewa wybiera spotkanie z Marylą, więc zostaję sam na plaży. Postanawiam zapolować z aparatem w dłoni na tutejsze kraby. Mniejsze z nich kryją się w samodzielnie wykopywanych małych jamkach. Większe po prostu przemieszczają się z miejsca na miejsce. Kraby reagują na najmniejszy ruch błyskawicznie uciekając. W zasadzie nie ma więc szans, by przypadkowo na nie nadepnąć. Odkrywam, że nie reagują na światło lampy błyskowej. Siadam w bezruchu i czekam. Po chwili pojawiają się, jeden po drugim i podpełzają w moim kierunku. Ustawiam moc błysku i cierpliwie strzelam do kolejnych krabich spacerowiczów. W pewnym momencie wyjątkowo duża fala, jak nic dziewiąta, wdziera się na plażę i moczy mi spodenki. Śmieję się sam z siebie i chcąc nie chcąc kończę sesję zdjęciową.
images/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot86_IMG_9278_Brzeg.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot87_IMG_9282_ZachodSlonca.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot88_IMG_9299_KrabNocny.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot89_IMG_9312_KrabNocny.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot90_IMG_9325_KrabNocny.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot91_IMG_2406_ZachodSlonca_1.JPGimages/stories/20080430_Tajlandia_Sroda/640_Fot92_IMG_9345_PoDrinkach.JPG

Po kolacji wyruszamy na krótki spacer w poszukiwaniu bankomatu. Coś mi się tli pod czaszką, że w pobliżu hotelu widzieliśmy bankomat już pierwszego dnia po przybyciu. Teraz nie bardzo możemy go odnaleźć. Oprócz wyświetlania reklamówek miejscowy bankomat jeszcze wygrywa radosne melodyjki. W każdym razie wypłacił mi 5 tys. batów, a tego po nim oczekiwałem. Chociaż język, jakim się ze mną porozumiewał, nie do końca był angielski.

Wobec dopływu gotówki wyruszamy zbadać organoleptycznie ofertę jednego z hotelowych drink barów. Nie lubię drinków, ale z okazji zmiany klimatu na tropikalny postanowiłem poeksperymentować. Odpuściłem po trzecim drinku z kolei. Wprawdzie humor miałem wspaniały, ale walory smakowe kolorowych mieszanin, jakie z prawidłowym uśmiechem donosiła nam kelnerka, oceniam bardzo nisko.

Mało kto wie, że pierwowzór popularnego napoju energetyzującego Red Bull pochodzi właśnie z Tajlandii. Pracownicy fizyczni na plantacjach mieli zwyczaj picia mocno zagęszczonego kofeiną napoju. Ktoś to kiedyś podpatrzył i sprzedał pomysł.

A tymczasem w kraju, jakieś 10 godzin lotu stąd, oferta złożona przez pewną firmę w dużym, historycznie ważnym przetargu, okazała się jedyną złożoną, co powinno cieszyć jej pracownika. Dobranoc.
 

Strona 8

2008-05-01, czwartek, sea kayak
Dzień mija nam na kolejnej całodniowej wyprawie, tym razem pod hasłem 'sea kayak' (do pobrania track z GPS).

Budzę się już sporo przed świtem. Odkrywam u siebie jakiś dziwny problem laryngologiczny. Moja lewa zatoka jest zupełnie zablokowana. Co jakiś czas sobie znanymi kanałami mój organizm uwalnia gęstą wydzielinę, co wiąże się z dotkliwym kłójącym bólem mniej więcej jednej trzeciej części twarzy. Ból o różnej intensywności nie opuszcza mnie do końca dnia. Być może kolega ocean wczoraj podczas radosnych igraszek niepostrzeżenie wtargnął mi w układy i przez noc słona woda wraz z bogatą wkładką bakteryjną zrobiły swoje.

Jedziemy do jakiegoś oddalonego miejsca na północnym wschodzie wyspy Phuket. Sama podróż samochodem jest dosyć męcząca i trwa coś z godzinę. Na miejscu uderza w nas niesamowity upał, pomimo chmur zasłaniających słońce. Wysiadamy nieopodal długiego na co najmniej kilometr i szerokiego na dwa samochody betonowego molo. Czekamy na przybycie drugiego busa z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Znikają chmury, robi się jeszcze goręcej. Maszerujemy na sam koniec molo. Droga przez mękę. Ze mnie się leje. Widzę, że z innych również. W końcu siadamy na ławkach na pokładzie dużego stateczku wycieczkowego. Siadamy z tyłu i łapczywie pochłaniamy donoszone przez załogę napoje chłodzące. Ławki powoli się zapełniają kolejnymi ludźmi przybywającymi w pobliże stateczku, na sam koniec molo, klimatyzowanymi busami. Z nieznanych przyczyn tylko naszej grupie zaserwowano spacer po rozpalonym betonie.
images/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot93_IMG_2445_Stateczek_1.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot94_IMG_2461_Jacht_1.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot95_IMG_2465_Bandera_1.JPG

Wreszcie wypływamy. Stateczek leniwie płynie swoim tempem. Widoki znowu są baśniowe. Wpływamy w archipelag dziesiątek, a może i setek małych wapiennych wysepek pionowo wystrzeliwujących z dna morza. Pierwszy przystanek ma miejsce w pobliżu jednej z takich wysepek. Stateczek się zatrzymuje, a z jego wnętrza załoga wyrzuca plastikowe, płytkie ale szerokie kajaki. Kto chce dostaje foliową torebkę na aparat fotograficzny. Do jednego kajaka wsiada dwóch turystów plus kierowca :-) Kierowca wiosłuje w kierunku pieczary w ścianie wysepki. To początek tunelu prowadzącego przez morską jaskinię do pustego w środku wnętrza wyspy. Znowu doświadczenie odkrywania nieznanego świata. W zalanym morską wodą sercu wysepki rosną drzewa namorzynowe. Ściany są niezwykle strome i wysokie. Chwila na pamiątkowe foty, kółko wewnątrz tej niezwykłej laguny i powrót na pokład stateczku.
images/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot96_IMG_2466_Widoczek_1.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot97_IMG_9357_Brzeg.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot98_IMG_9363_Wysepka.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot100_IMG_9372_Brzeg_v1.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot101_IMG_9379_SeaCanoeing.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot102_IMG_9435_PodSkalami.JPG

Drugi przystanek został zaplanowany w pobliżu kolejnej wysepki z pustym wnętrzem. Tym razem możemy jednak nie zabierać ze sobą 'kierowcy', z czego chętnie korzystamy. Zamiast wyprawy do wnętrza wyspy wybieramy wolność i płyniemy przed siebie. Opływamy inną z pobliskich wysepek ciesząc się chwilą samotności. Cykamy nieco 'pocztówkowych' fot i wracamy na pokład naszego stateczku. Z pionowych ścian wysepek zwisają  wapienne bokobrody. Po kolorze skał widać, jak wysoko sięgają pływy. Bajkowy krajobraz uzupełnia wolno płynąca łódź miejscowych rybaków. Chciałoby się, by czas zatrzymał się w takiej chwili.
images/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot103_IMG_9438_Wyjscie.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot104_IMG_9448_NaBrzegu.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot105_IMG_9455_Brzeg.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot106_IMG_9458_Widoczek.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot107_IMG_9475_ZwisyWapienne.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot108_IMG_9481_Widoczek.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot109_IMG_9486_Rybacy.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot110_IMG_9488_Widoczek.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot111_IMG_9490_Widoczek.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot112_IMG_9497_Widoczek.JPGimages/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot113_IMG_9500_Widoczek.JPG

Trzeci przystanek to wyspa Jamesa Bonda. Nie spodziewałem się, że zobaczę to miejsce. Dla znawców geografii Polski wystająca z wody skała przypomina maczugę z bodajże Ojcowskiego Parku Narodowego. Ale nic, jak atrakcja, to atrakcja. Podobnie jak liczne stada dowiezionych na brzeg turystów grzecznie cykamy a to z prawej, a to z lewej, czekając na swoje piętnaście sekund, kiedy to między nami a skałą w kadrze jest tylko pięć osób i tylko po bokach kadru.
images/stories/20080501_Tajlandia_czwartek/640_Fot114_IMG_2510_JamesBondIsland_1.JPG

Klapki paskudnie poobcierały mi stopy, więc nie chce mi się łazić w poszukiwaniu 'najlepszego ujęcia'. Posłusznie zapakowuję się na łódź, która podpływa do naszego stateczku. Łodzie takie jak ta stanowią folklor jedyny w swoim rodzaju. Długie na około 25 metrów, mają bardzo małe zanurzenie, Napędzane są dużym samochodowym silnikiem. Wał wyprowadzony z silnika jest bardzo długi, ma dobre pięć, może sześć metrów, zakończony nieproporcjonalnie dużym śmigłem. Całość z daleka przypomina wielki mikser. Technika pływania też przypomina nieco miksowanie. Kapitan łódki rozkręca śrubę aż do osiągnięcia dużych obrotów, po czym na chwilę przytyka skraj śruby do powierzchni wody. Do przebycia mieliśmy dystans zaledwie kilkudziesięciu metrów. Podejrzewam, że podróż kajakiem zajęłaby mniej czasu, niż zapakowywanie się i wysiadanie z tych łódek.

Ostatni przystanek to po prostu byczenie się na plaży. Stateczek rzuca kotwicę w pobliżu ostatniej wyspy. Widać stąd już Phuket.  Wsiadamy do kajaku i po chwili jesteśmy u celu. Niektórzy płyną wpław. Brodzę po ciepłej wodzie, by po chwili zasiąść na brzegu. Przeszkadza monotonny pisk turbiny wiatraka ustawionego tuż przy plaży. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy sprzeciwiają się budowie wiatraków w pobliżu domów. Do czegoś takiego nie mógłbym się przyzwyczaić.

Zbliża się chwila powrotu. Kolejne kajaki odpływają w kierunku stateczku. My wsiadamy do naszego jako jedni z ostatnich. Nie udaje nam się jednak zrobić tego tak, jak zaplanowałem. Morskie kajaki są bardzo płytkie. Tym razem mamy 'pod falę' i woda z łatwością wlewa się nam do środka. Robi się niebezpiecznie, bo kajak zaczyna się mocno kołysać, a my, zachodni turyści, mamy ze sobą sporo elektroniki, na którą zbieramy latami nie koniecznie po to, by zanurzyć ją w falach oceanu. Jako jeden z załogantów rzucam rozpaczliwy pomysł, by czym prędzej powrócić na brzeg. Załogantka przystaje na ten pomysł, zresztą mamy tylko jedno wiosło i jest ono w moich rękach. Uf, aparaty jeszcze nie zostały specjalnie zachlapane. No ale jakoś wrócić przecież musimy. Załogantka Ewa z naturalną dla siebie w takich sytuacjach łatwością oddala się od kajaka poszukiwać chyba inspiracji. Drę się pod ciepły wiatr, by przerzuciła plecaki z elektroniką na łódź napędzaną gigantycznym mikserem, która za chwilę podpłynie z ostatnimi już wycieczkowiczami do naszego stateczku, a my spróbujemy jeszcze raz dosiąść kajaku. Na co dzień zdarza mi się być zruganym, że używam podniesionego głosu. Teraz wręcz ryczę nic się nie powstrzymując. W odpowiedzi dolatuje do mnie coraz bardziej złe 'co?'. Wreszcie za razem którymś załogantka rozumie, sprzęt elektroniczny zostaje przerzucony w plecakach na dużą łódź, a my zaczynamy walczyć z morskim kajakiem już z nieco mniejszym stresem.

Pojawia się przyjacielsko nastawiony młody Taj, który uświadamia mi, że przy wysokiej fali, czy nam się to podoba, czy nie, musimy zacząć operację wsiadania do kajaka stojąc już po uda w wodzie. Wreszcie płyniemy. Fale podrzucają przód kajaka, co się nawet załogantce podoba, chociaż widzę, że jej oczy połykają chciwie kolejne metry dzielące nas od burty stateczku.

Suszymy się co nieco. Ja biorę pod uwagę najgorszy scenariusz, gdy odkrywam, że moja torba na aparat trochę jednak przemokła. O przemoczonym portfelu nawet nie warto pisać. Tymczasem na pokładzie zaczyna się ostatni punkt programu. Po poczęstowaniu pasażerów świeżymi kokosami, które wystąpiły w roli napoju orzeźwiającego, prowadząca wycieczkę młoda męska załoga zaczęła program artystyczny. Najpierw pokładowe radio wręcz wyło przy dosyć żywych dyskotekowych rytmach, co bardzo mnie raziło wobec spokoju i bezmiaru otaczającej przyrody. W pewnym momencie jeden z chłopaków wydobył skądś mikrofon i obwieścił początek występów. Polegały one na tańcach synchronicznych do puszczanej muzyki, z przytupem, a nawet obertasem. I nie, że tak tylko na chwilę, do jednego utworu. Chłopaki mieli przećwiczone zarówno występy zbiorowe, jak i solowe wygibasy. Najwyraźniej liczyli, że publiczność się przyłączy. Szybki rzut oka, by ocenić skład kulturowy tudzież profil wiekowy społeczeństwa aktualnie zebranego na pokładzie powiedział mi, że co najwyżej Polacy przybyli zorganizowaną grupą są skłonni do bardziej zdecydowanych kroków. W tan ruszyła Basia, a z nią Wala. Po chwili Basia odpuszcza, ale nie Wala! Ten jakby odnalazł się w klimacie wspólnych podskoków z Tajskimi chłopakami. A Ci przygotowali gwóźdź programu w postaci parodii łatwej tajskiej dziewczyny. Jeden z nich przebrał się w damskie ciuchy, napchał klatę do rozmiaru 'duże D', twarz natarł białym czymś i zaczął skakać wśród publiki. Nadstawiał kusząco biodra, kręcił tylną częścią, masował swój biust ogromny. Nadmiernie się wczuwając w powstały klimat Wala chwyta za banana i... wystarczy, bo zrobiło się niesmacznie.

I znowu ta sama obserwacja dotycząca załogi stateczku. Wprawdzie kapitan jest człowiekiem dojrzałym, ale poza nim cała załoga to młode chłopaki. Średnia wieku jest jeszcze niższa niż wczoraj, na pokładzie łodzi motorowej. Czy to przypadek? Schodząc z pokładu ściskam kolejne dłonie załogantów. Są bardzo nieśmiali, a ręce do uścisku podają jak kawał flaka czy martwej ryby. Dobrze się spisali opiekując się tak wytrawnymi morskimi kajakarzami.

Dopływamy do tego samego molo, po którym spacer dzisiejszego ranka był taką męczarnią. Jest już chłodniej. Zasuwam na bosaka. Chwilę potem wsiadamy do busa.

Po kolacji wyruszamy do znajomego drink baru. Dzisiaj dowieźli kokosy, dzięki czemu mogę spróbować oryginalnie podanego drinka. Jest bardzo smakowity, co pozytywnie kończy kolejny niezapomniany dzień.

Strona 9

2008-05-02, piątek, plaża, Patong
Dzień bez wycieczki. W efekcie na śniadaniu pojawiamy się dopiero o 9.30. Potem ja postanawiam pozalegać ogólnie, a Ewa z dziewczynami. Po jakiejś dłuższej chwili zostawiam je same i idę ponownie zmierzyć się z gniewem oceanu. Ocean pokazuje kolejny dzień, że nie zamierza odpuścić plaży i cierpliwie, fala za falą, zabiera kolejne centymetry. Czerwona flaga mnie nie zraża. Włażę nieco głębiej, niż do pasa. Jedna z fal nie tylko mnie wywraca, do czego się przyzwyczaiłem, ale rzuca mą doczesnością o dno. Z niejakim zaciekawieniem pomieszanym ze zdziwieniem odkrywam, że robię pod wodą fikołka, by następnie przytrzeć barkiem o dno. Gdy wstałem oddaję honor sile żywiołu i wychodzę na brzeg. W uszach chlupocze mi świeża porcja słonej wody. Wracam do pokoju i oddaję się ulubionej porcji relaksu, czyli drzemce na balkonie.

Nie sądziłem, że prądy morskie mogą być tak silne. Bądź co bądź jestem facetem normalnej postury z powoli widoczną nadwagą. Mimo że stałem na szeroko rozstawionych nogach, już woda sięgająca mi zaledwie do kolan była w stanie zmusić mnie do przestępowania z nogi na nogę. Woda niesamowicie silnie 'ciągnęła' od brzegu cofając się po rozbiciu fali. Im głębiej, tym więcej atrakcji z dziedziny hydrodynamiki, łącznie ze wspomnianym fikołkiem. Ale nie zna życia, kto się nie próbował z takimi falami.

Ewa w tym czasie omawia przynajmniej w ogólnym zarysie bieżące problemy z koleżankami.
 
Umawiamy się, że około 16 wybierzemy się tylko we dwoje do miasta Patong na zakupy (do pobrania track z GPS). Mamy w głowach, że gdzieś w pobliżu deptaku jest spore targowisko indyjskie. Za kurs tuk-tukiem w jedną stronę płacimy 400 batów.

Zakup niebanalnej pamiątki w jakikolwiek sposób kojarzącej się z Tajlandią stanowi spore wyzwanie. W końcu decydujemy się na ręcznie rzeźbione kolorowe mydła sprzedawane w malowanych drewnianych pudełkach.

Dla siebie wypatrzyłem białe zwiewne koszule z długim rękawem. Zbliżone krojem do koszul noszonych na filmach przez Kozaków względnie biedną polską szlachtę z okresu świetności Rzplitej. Jedna taka koszula wychodzi po 450 batów. U nas takich nie widziałem.

Oczywiście wszelkiego produktu tekstylnego na straganach jest w bród. Geograficzna bliskość Chin robi swoje. Tony T-shirtów w kolorowe słonie, wszelakie inne wdzianka, czy to kobiece, czy męskie. Figurki, lampki, torebki. Buty, sandały, parasolki, chusty, łańcuszki... Mamy, co chcieliśmy.

Zmęczeni odkrywaniem kolejnych długich alejek targowiska wchodzimy do centrum Patong. Już 19, a więc zaczyna się robić ciemno. Wpuszczamy się do wielkiego baru serwującego w zasadzie wyłącznie lody. Lokal należy do jakiejś sieci, przypuszczalnie amerykańskiej, barów lodowych. W każdym razie to, co dostałem, bardzo mi smakowało. Włóczymy się jeszcze trochę po pobliskim domu handlowym. Klimatyzacja, jakby mniej turystów i nachalność sprzedawców znikoma, ale towary w sklepach specjalnie nie odbiegają od tego, co można nabyć na ulicy. Też 'dużo niczego', za to jakby w ładniejszych papierkach. W podziemiach domu handlowego jest ogromna cepelia w wielu odsłonach. Co odsłona, to inny stragan. A pomiędzy nimi małe salony masażu.

Wracamy również tuk-tukiem, indywidualnie, znowu za 400 batów. Na dzisiaj wystarczy atrakcji. Idziemy na kolację, która rekompensuje mi wszystkie dzisiejsze niewygody. Wliczając do nich ból głowy, który mnie zaatakował w drodze powrotnej do hotelu. Może to przez silny wiatr, który zerwał się wieczorem.

Strona 10

2008-05-03, sobota, wyspy wokół Phuket
Dzień miał upłynąć na wycieczce pod tytułem 'Phuket Explorer' (do pobrania track z GPS). Tak jak podejrzewałem, pod tym hasłem krył się klimatyzowany minibus obwożący turystów po wybranych miejscach wyspy.

Pierwszym odwiedzonym miejscem był punkt widokowy na zatokę Kata Noi. Widoczek pierwsza klasa. Okazało się, że nasz dzisiejszy przewodnik nie tylko mówi po angielsku, ale jeszcze rozumie pytania i potrafi sformułować odpowiedź.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot115_IMG_9519_PlazaKataNoi_ZatokaKata.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot116_IMG_9552_BezludnaWyspa.JPG

Najniższa dniówka w Tajlandii to 299 batów. Ceny posiadłości na wyspie Phuket to 5-7 mln batów. Ceny jednego metra kwadratowego mieszkań na wyspie również są kosmiczne. Wśród nowobogackich mieszkańców Bangkoku powstała moda na posiadanie mieszkania na Phuket. Przy tym nie jest znowu takie ważne, by mieszkanie były w pobliżu brzegu. Nie musi mieć nawet okien wychodzących na brzeg. Ważne, że na Phuket.

Następny przystanek to miejsce pobytu słoni indyjskich. Dzisiaj na całej wyspie nie ma już słoni żyjących w stanie dzikim lub chociaż półwolnym. Te, które widzimy przed sobą, zostały przywiezione na wyspę specjalnie z myślą o turystach. Atrakcja polega na piętnastominutowej przejażdżce na wielkim ssaku. Ten, na którym jechaliśmy, okazał się 36 letnią samicą. Niestety nie zapamiętałem, czy to dużo, czy to mało. Po powrocie do domu sprawdzam w Wikipedii, że to jednak dużo. Nasz przewodnik coś tam tłumaczył, że wiek słonia indyjskiego można rozpoznać po wielkości białej plamy, jaka z wiekiem pojawia mu się mniej więcej między oczami. Przez cały czas zapewnia nas też o bardzo humanitarnym traktowaniu, jakiego dzisiaj doświadczają te zwierzęta. Coś mi się majaczy, że któraś z organizacji walczących o przyrodę miała poważne zastrzeżenia co do godziwego traktowania tych zwierząt właśnie wobec Tajlandii. Zresztą wystarczyło spojrzeć na metalowe narzędzie, kształtem zbliżone nieco do małej siekierki, którym posługiwali się poganiacze, by nabrać wątpliwości.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot117_img_2713_SlonieSpacer_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot118_img_2731_Slonie_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot119_IMG_9581_SlonIprzewoznik.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot120_img_2740_UsmiechSlonia_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot121_img_2743_PortretSlonia_1.jpg

Słoń w Tajlandii od wieków jest zwierzęciem domowym o specjalnym statusie. Znosi wolę człowieka, ale tylko jednego. Gdy kiedyś rodził się mały słoń, spośród małych chłopców wybierano jednego, który miał w przyszłości stać się przewodnikiem i panem zwierzęcia. Chłopiec i słoń rośli razem. Słoń słuchał się tylko tego jednego człowieka. Jeżeli z jakiś przyczyn człowiek umierał, słoń wracał na wolność. Nie można już było nad nim zapanować. Jeżeli umierał słoń, wioska przygotowywała mu rodzaj pogrzebu. Z jednej strony dla wioski była to spora strata materialna, z drugiej słoń jest uznawany za jedno z wcieleń boga, a wobec śmierci boskiego wcielenia należny był szacunek.

Piętnastominutowa przejażdżka w zupełności mi wystarczy. Na grzbiet zwierzęcia włazimy najpierw wchodząc na specjalnie przygotowaną drewnianą wieżę, kształtem i rozmiarem zbliżoną do naszych myśliwskich ambon. Z podestu włazi się bezpośrednio na grzbiet zwierzaka. Do jego pleców jest przytroczona pasami ławka. Z kolei do ławki przywiązane są pasy samochodowe. Przewodnik siedzi na głowie słonia i wydaje mu rozkazy. Zwierzak ciągnie się noga za nogą, przy tym mocno buja. Kilka fotek 'z grzbietu'. Na zakończenie możliwość osobistego poczęstowania słonicy bananem i poklepania po grubej skórze. Zryczałtowany napiwek dla przewodnika słonia to 100 batów.

Chwilę później zwiedzamy miejscową cepelię połączoną z lapidarium. Cepelia to gigantyczny supermarket, po którym można poruszać się z wózkiem sklepowym dobrze znanym z 'naszych' sklepów samoobsługowych. A to cynowy kubeczek, a to pałeczki do jedzenia ryżu, a to porcelanowy słoń. Wszystko dobrej jakości, ale za to nie ma miejsca na targi. Coś tam sobie wybraliśmy.

Lapidarium oferuje na sprzedaż kamienie każdej barwy, ze wszystkich stron świata. Ze względów bezpieczeństwa wnętrza, gdzie eksponowane są kamienie, nie wolno fotografować. Mnóstwo szkiełek, pereł w różnych barwach i wielkościach. Ceny podobno są przystępne. Ewa zachowuje spokój, w czym pomaga jej klimatyzacja i powstrzymuje się od zakupów. Gdzieś w kąciku upchnięto kilku jubilerów. Można podejrzeć ich działania. Każdy ma swój kawałek szkiełka, w który wpatruje się przez szkła korekcyjne. Co chwilę zbliża kamyczek do tarczy szlifierskiej, po czym go cofa i cykl zaczyna się od początku. Akomodacja oka na efekcie, ocena sytuacji i kolejny manewr. Uśmiech do turysty, chwilowe oślepienie fleszem. I tak do dnia końca.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot122_img_2893_ObrobkaKamieni_1.jpg

Następny przystanek dzisiejszej wycieczki to punkt przerobu orzeszków nerkowych. Orzeszki są pyszne i przyznaję bez bicia, że do tej pory pochłaniałem je bezwiednie. Ot, przeżuwałem je jako jeden ze składników 'mieszanki studenckiej'. Okazuje się, że miejscowy farmer musi zadać sobie wiele trudu, by pozyskać od matki natury to, co tak bez patosu połykałem. Procesowi temu poświęcono niemałą ekspozycję. Na ścianach umieszczono fotografie pokazujące kolejne etapy obróbki. Drzewo orzechowe rodzi owoce sporych rozmiarów. Ponieważ trafiliśmy akurat na moment wegetacji nieco po czasie zbiorów, więc na drzewach szeleściły wyłącznie liście. Ale na potrzeby turystów powieszono dwie atrapy owoców w naturalnej wielkości. Oto z owocu, tak na oko dwukrotnie większego od największych gruszek, po wielu godzinach podzielonej na etapy pracy uzyskuje się dwa małe orzeszki.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot123_IMG_9636_OrzeszkiNerkowca.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot124_IMG_9638_OrzeszekNerkowaca.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot125_img_2900_HandelOrzeszkami_1.jpg

Jeden z etapów wymaga cierpliwego rozłupywania łupin za pomocą specjalnej maszyny rozmiarami zbliżonej do maszyny do szycia. Podczas rozłupywania z łupin wydobywa się sok, który jest niebezpieczny dla skóry. Stąd konieczna jest praca w rękawiczkach, a czasem nawet w masce. Na potrzeby zwiedzających w jednym z pomieszczeń siedziała kobieta, która niejako na potrzeby opowieści łuskała orzeszki.

Tajowie dorobili się tak zwanego przemysłu turystycznego. Wszędzie, gdzie tylko jest coś ciekawego do pokazania potencjalnemu turyście, na pewno jest też sklep z pamiątkami, a obok punkt serwujący chłodne napoje. I o to chodzi w tym całym przemyśle. Takie samo podejście do zagadnienia zwanego uczenie turystyką widywałem tak na zachodzie jak i na południu Europy, Afryki czy Azji. Odnoszę wrażenie, że tylko u nas w kraju myśl ta zaczyna dopiero się rodzić w głowach co gorsza tylko nielicznych braci. Tak więc obok zakładu przerabiającego owoce drzewa nerkowca na orzeszki stoi duży sklep, by nie powiedzieć supermarket, w którym wszystkie oferowane produkty to właśnie orzeszki w tysiącu smakach. Obok torebek z orzeszkami stoją miseczki z próbkami oferowanych produktów. Na dobry początek, przy wejściu, każdy może spróbować orzeźwiającego soku z niczego innego, jak właśnie z... orzeszków nerkowca.

Po drodze zwiedzamy dwie świątynie. Pierwsza z nich to świątynia buddyjska. Dokładnie ta sama, którą odwiedziliśmy podczas jednego z pierwszych dni pobytu na wyspie. Tym razem włazimy gdzie się da i cykamy, co się da. Ja skupiam się na detalach oraz widoczkach. Wszystko bardzo piękne, kolorowe z przewagą złotego. Świątynia została postawiona dla upamiętnienia dokonań pewnego bardzo świątobliwego mnicha, który uratował miejscową tajską ludność przed napływowymi chińczykami. Ta część Tajlandii wiele lat temu bardzo powoli się rozwijała. By to zmienić król pozwolił na osiedlenie się Chińczykom. Ci szybko urośli w siłę i zaczęli tworzyć zbrojne bandy. Dzięki modlitwom mnicha miejscowa ludność uzyskała boskie wstawiennictwo i protekcję. Zapanował spokój. Z wdzięczności do dzisiaj świątynia jest utrzymywana z datków miejscowej ludności, co podobno nie jest oczywiste, bo na sporą część świątyni w kraju łoży król.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot126_img_2790_rower_1.jpg

images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot127_img_2805_Pies_1.jpg

images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot128_img_2809_PrzySwiatyni_1.jpg

Jedno z pytań zadanych przewodnikowi dotyczyło religijności przeciętnych ludzi. Zasadniczo buddyści są zobligowani do modlitw i odwiedzania świątyni. W praktyce odwiedzają je tylko trzy razy w życiu. Po narodzinach, przy okazji zawarcia związku małżeńskiego i po śmierci. Przytoczył te słowa jako anegdotę, ale zaznaczył, że coraz częściej tak właśnie jest. Kultywowany jest jeszcze zwyczaj sprowadzania mnicha na miejsce, na którym ma powstać nowy dom. Bez błogosławieństwa mnicha i bez jego rozmowy z miejscowymi duchami, na dom mogłyby spaść nieszczęścia.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot129_IMG_9606_Swiatynia.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot130_img_2831_SwiatyniaDetal_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot131_img_2833_SwiatyniaDetal_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot132_img_2835_SwiatyniaDach_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot133_img_2839_SwiatyniaDach_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot134_img_2864_SwiatyniaWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot135_IMG_9625_Fresk.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot136_IMG_9627_Fresk.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot137_img_2842_Kokosy_1.jpg

Mnichem buddyjskim może zostać każdy mężczyzna, ale chyba tylko raz w ciągu życia. Przestać być mnichem można w dowolnym momencie. Jest zwyczaj, że w każdej rodzinie jest co najmniej jeden mnich. Ciekawe swoją drogą, jak duże mają rodziny.

Dla kontrastu odwiedziliśmy świątynię taoistyczną. Na wyspie Phuket żyje liczna mniejszość chińska. Jednym z efektów jej napływu było pobudowanie świątyni taoistycznych. We wnętrzu uwagę zwróciły liczne lampiony i wizerunki smoków i tygrysów. Nie słuchałem przewodnika oddając się polowaniu na detale wystroju wnętrza świątyni. Nieco z boku od głównego 'ołtarza' stał zupełnie współczesny drewniany stolik, a na nim włączony telewizor. Jego działanie najwyraźniej nie stało w sprzeczności z duchem religii.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot138_img_2918_SwiatyniaTaoWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot139_img_2946_SwiatyniaTao_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot140_img_2951_SwiatyniaTao_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot141_IMG_9654_TaoWnetrze.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot142_IMG_9662_TaoWnetrze_Fresk.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot143_IMG_9663_TaoWnetrze_Fresk.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot144_IMG_9664_Tao_Slub.JPG

Zatrzymujemy się przed lokalnym muzeum. W zasadzie jest to nadal wykorzystywana w celach mieszkalnych ogromna posiadłość. Dawniej była to posiadłość ziemska, ale przez lata została wchłonięta przez miasto Phuket. Wnętrza na parterze zostały udostępnione do zwiedzania. Wszystkie sprzęty mają co najmniej 100 lat. Posiadłość należy do chińskiej rodziny, która na przestrzeni lat się zasymilowała. Kiedyś byli to najbogatsi ludzie na wyspie. Część sprzętów sprowadzili aż z Anglii. Rzeczywiście wszystko co widzę sprawia wrażenie bardzo starego. Zwraca uwagę znaczna przestrzeń pomieszczeń. Nie mam wrażenia graciarni. Przewodnik zwraca uwagę na wentylator pokojowy na parę. Przed nastaniem ery elektryczności w dolnej części wentylatora rozpalano węgiel. Po zagotowaniu wody wydostająca się para wodna napędzała śmigło. Oglądamy kuchnię, jadalnię, nawet sypialnię, w której stoi bardzo stara druciana kołyska. Nie zamykano okien, przez co owad wszelki i inne drobne zwierzę towarzyszyło człowiekowi. Dopiero w łóżku szczelnie otulano się moskitierą. Daje do myślenia, a przed oczami staje klimatyzowany, wolny od owadów pokój nad brzegiem oceanu.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot145_img_2960_MuzeumWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot146_img_2967_MuzeumWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot147_img_2977_Muzeum_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot148_img_2983_MuzeumWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot149_img_2985_MuzeumWnetrze_1.jpgimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot150_IMG_9669_MuzeumWnetrze.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot151_IMG_9671_MuzeumWnetrze.JPG

Odwiedzamy stare tajskie gospodarstwo rolne. Na dobry początek przejażdżka wiejskim wozem zaprzęgniętym w woła. Wół jak się patrzy. Rozmiar i rozpiętość rogów wzbudza szacunek. Przysadziste bydlę bez inteligencji w oczach. Strach pomyśleć, do czego może być zdolne, gdy się rozochoci. Egzemplarz przedstawiony na potrzeby pamiątkowych fotografii jest w stanie głębokiej melancholii. Daje się doprowadzić do wozu niewielkiej słabej kobiecie. Na jego grzbiecie zasiada kształcący się w szkołach średnich młodzieniec. Przerośnięta rogacizna ciągnie nas paręset metrów. W ten sposób docieramy na duże podwórze tradycyjnego gospodarstwa rolnego.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot152_IMG_9687_Bawol.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot153_IMG_9695_Bawol.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot154_img_3099_Bawol_1.jpg

Tu przy nodze jakiegoś człowieka siedzi małpa z powrozem na szyi. Jesteśmy świadkami pokazu zbierania owoców kokosowych przez specjalnie przyuczonego ssaka. Małpa nie rozróżnia kolorów, więc dojrzałość kokosów ocenia na podstawie dźwięków po opukaniu. Z całego przedstawienia zapamiętałem, że małpy są jednymi z nielicznych zwierząt udomowionych, które w żaden sposób nie przywiązują się do swoich właścicieli. W razie uwolnienia bezpowrotnie znikają.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot155_IMG_3186_MalpaNaPalmie_1.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot156_IMG_3204_Malpa_1.JPG

Poznajemy kolejne etapy przetwarzania ryżu, od trawy po mąkę. Zboże, jak zboże. Najpierw młocka za pomocą cepów, potem mielenie żarnami. Dłuższa pogadanka dotyczy jakości i odmian ziarna. Najzdrowsze są łupiny, które w procesie przemysłowej obróbki są dzisiaj traktowane jak odpad. Co ciekawe Tajlandia jest największym producentem ryżu na świecie. Chiny, które dzisiaj rozwijają się w zawrotnym tempie, kupują tajlandzki ryż. Zeszły rok w Chinach przyniósł szereg klęsk żywiołowych, takich jak lokalne podtopienia i powodzie oraz gwałtowne i długotrwałe oziębienia. W rezultacie zbiory zbóż były niższe niż przeciętnie. Na rynku zbóż od mniej więcej roku utrzymuje się dobra koniunktura, wobec czego ceny żywności się podwoiły. Obecnie Tajlandia bardzo dobrze zarabia na produktach rolnych.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot157_IMG_3255_Kurczak_1.JPG

Podobno obecnie w Tajlandii następuje renesans rolnictwa. Chiny zachowują się jak jeden ogromny odkurzacz ściągający wszelkie surowce z całego regionu. W tym produkty żywnościowe, także te tak podstawowe, jak ryż. Jeszcze parę lat temu widoczny był odwrót od rolnictwa. Ludzie szukali swojego miejsca w miastach. Dzisiaj tereny porzucone przez rolników ponownie są zasiedlane, a ziemia poddawana uprawom. Podobno dobrym przykładem na poparcie tej tezy jest powrót do upraw kauczuku. Kauczuk naturalnie nie występuje w tej części świata. Został przywieziony przez europejczyków z ameryki południowej. Przypomina nieco palmę. Po nacięciu kory drzewo wypuszcza tzw. mleczko kauczukowe. Korę można wielokrotnie nacinać, bo się regeneruje. Nacinać należy z wyczuciem i pod właściwym kątem. Cięcie musi być określonej głębokości i długości. Najwięcej mleczka wypływa, jeżeli drzewo zostanie nacięte w środku nocy, coś między 1.30 a 2.30. Pracownicy na plantacjach pracują przy świetle prostych karbidówek. Grozi im pokąsanie przez pewien gatunek węża, który skacze z koron drzew na źródło światła.

Mleczko kauczukowe ścieka do małych drewnianych naczyń, z których jest zlewane do większych zbiorników. Krzepnie w naczyniach przypominających foremki do makowca. Następnie taki kauczukowy makowiec jest rozwałkowywany w prasach o nastawnym skoku. Każdy płat gumy przechodzi wielokrotnie prasowanie. Niestety nie zapamiętałem w którym momencie kauczuk zostaje oczyszczony kwasem siarkowym. Zdaje się, że to kwas jest odpowiedzialny za zmianę nazwy surowca z 'mleczka' na 'kauczuk'. W każdym razie po rozprasowaniu powstaje śnieżnobiały płat przypominający wielkością ręcznik. Takie ręczniki sprzedaje się na targu jako produkt do produkcji gumy. Podobno zapotrzebowanie na świecie na gumę naturalną rośnie, bo nic jej nie zastąpi. Na zdrowie.

Tradycyjny dom to ściany z trzciny, czy też roślin o liściach zbliżonych do trzciny. Ściany i wejście znajdują się gdzieś tak dwa metry nad ziemią. Dom stoi na drewnianych palach. Pod jednym z narożników domu stała duża ława, a na niej dużo słoików. W każdym z nich pływał jeden samiec bojownika. Zdaniem przewodnika dzisiaj walki bojowników są już zakazane, ale na potrzeby atrakcji turystycznej do jednego słoika zostały wpuszczone dwie ryby. Jakoś nie miały ochoty się skubać.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot158_IMG_3271_Bojowniki_1.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot159_IMG_3299_Kauczuk_1.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot160_IMG_9764_Lampka.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot161_IMG_3281_ProdukcjaKauczuku_1.JPGimages/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot162_IMG_3287_ProdukcjaKauczuku_1.JPG

Ostatnią atrakcją dnia jest przejażdżka wzdłuż plaży, m.in. w pobliżu miasta Patong. Ponieważ każdy z nas przerobił już ten widok grupowo lub indywidualnie, prosimy o bezpośredni kurs do hotelu.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot163_IMG_3324_PlazaPatong_1.JPG

Para Amerykanów postanowiła wziąć ślub na terenie naszego hotelu. Wraz z nimi udział w uroczystości bierze udział około 60 gości. Trzeba mieć gest, by wyprawić ślub i wesele w tej bajkowej scenerii. Bądź co bądź to jednak luksusowy hotel. Dla gości i młodej pary zajęta została na cały wieczór jedna z trzech hotelowych restauracji.
images/stories/20080503_Tajlandia_Sobota/640_Fot164_IMG_3355_Slub_1.JPG

Po powrocie Ewa wyraźnie sygnalizuje głód i wyciąga mnie na obiad już około 18.15. Restauracja jeszcze nie została nawet otwarta, a my już zasiadamy przy stoliku i próbujemy różnych specjałów. Czuję się przez to nieco nieswojo, jakbym wpadł komuś do mieszkania w czas przygotowań przed przyjęciem i zamiast pomóc usiadł w kącie i czekał, kiedy coś dostanę.

Po kolacji rysuje się plan odwiedzin najbliższej wioski, czyli Kata (do pobrania track z GPS). Maryla pragnie bowiem sprzedać nadmiar batów, czytaj zamienić je na euro. Po zapadnięciu zmroku może to być cokolwiek trudne, no ale warto spróbować. Za 250 batów ładujemy się sporą grupą siedmiu osób do jednego tuk-tuka. Kata nie rozczarowuje. Jest tu spokojnie i błogo. W porównaniu z atmosferą panującą w Patongu może nawet anemicznie. Sprzedawcy są mniej nachalni, sklepy mniejsze. Parno jak cholera. W jednym ze sklepów dostrzegam elektroniczny termometr. Pomimo godziny 21 pokazuje 32 stopnie.

Wobec tak pięknych okoliczności przyrody po powrocie do hotelu udajemy się do już dobrze nam znanego drink baru. Wkrótce pojawiają się kolejni znajomi, którzy dzisiaj pojechali na całodniową przejażdżkę na słoniach. Gremialnie udajemy się do drugiego drink baru usytuowanego jeszcze bliżej plaży, gdzie sączymy piwo tudzież inne napoje gdzieś tak do północy.

Strona 11

2008-05-04, niedziela, wokół hotelu
Ostatni dzień pobytu. Dzień byczenia się i odpoczynku.

Tego dnia Ewa ma w planie aż dwukrotne odwiedzenie salonu masażu. Jakoś od małego nie mogę się przekonać do masowania, a obecność lepkich substancji na skórze przyprawia mnie o bardzo nieprzyjemne uczucia. Tymczasem niektóre kobiety najwyraźniej gustują w tego typu rozrywkach. Ma też w planach odwiedziny na najwyższym wzniesieniu na wyspie. Powstaje tam gigantyczny, wysoki na 45 m, posąg buddy. Jest on wznoszony w ramach wyrażenia wdzięczności królowi Tajlandii, a okazją miały być bodajże 80 urodziny. Niestety z różnych przyczyn nastąpił mały obsuw. Król ma już lat 81, a posąg jeszcze nie został ukończony.

Obok posągu jest świątynia buddyjska. Po dokonaniu odpowiednich zabiegów turystka otrzymuje od mnicha błogosławieństwo wszelkiego szczęścia. W przypadku Ewy skutkowało ono niemal natychmiast potężnym siniakiem na kolanie, bo biedactwo dzymnęło nóżką o jakiś sprzęt.

Ja w tym czasie postanowiłem kolejny raz dać się sponiewierać falom oceanu. Plaża znowu znacząco się skurczyła. W zasadzie przestała istnieć. Po zejściu z trawnika od razu wkraczało się do wody. Powiewa czerwona flaga. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami wlazłem mniej więcej do kolan i z dziecięcą radością dawałem się oblewać słonej wodzie, przewracać, moczyć na różne sposoby.

W drodze powrotnej do hotelu z nieba zaczynają spadać pierwsze krople deszczu. Stoję na brzegu i obserwuję nadpływające nad wyspę ciemne skłębione chmury. Zaczyna grzmieć. Po chwili z nieba leją się strumienie wody. Wycofuję się do hotelu. Zasypiam na łóżku.

Ostatnia kolacja. Smutno mi jakoś. Odmawiam sobie lodów. I tak czuję, że dzięki niebiańskiej kuchni hotelowej przybrałem w pasie. Siedzimy przy stoliku dłużej niż zwykle. Ja wzrokiem omiatam wszystkie sztućce i zastanawiam się, czemu ani razy nie przydźwigałem tu aparatu. Ciekawe, czy uda mi się zapamiętać tę salę, lub chociaż te wszystkie kanapeczki, lody, ech. Jakieś takie konsumpcyjne myśli.

Już mieliśmy wychodzić, gdy nagle na scenie, która zajmuje jedną ze ścian restauracji, zaczął się przedziwny pokaz. Oto pojawiły się tancerki w bardzo rozbudowanych i jaskrawo kolorowych kreacjach stylizowanych na stroje tancerek brazylijskich. W tle muzyka, przeboje sprzed lat z silnym kobiecym wokalem. Jedna z osób na scenie brała na siebie rolę wokalistki i z mikrofonem przy ustach naśladowała śpiew. Pozostałe osoby wykonywały jakiś prosty układ choreograficzny. Piszę osoby, bo nie od razu zajarzyłem, że na scenie są wyłącznie faceci. Miałem przed oczyma show transwestytów. Niektórzy byli bardzo podobni do kobiet, inni wręcz przeciwnie. A to szczena ewidentnie za szeroka, a to noga jakaś nie za bardzo.

Występ pięknych chłopców to była porażka z artystycznego punktu widzenia, ale ile miałem z nich śmiechu, to moje. Nie podopinane stroje, zjeżdżające z piersi. Początkowo wywołali u nas salwy wesołości, ale ile można się śmiać, do tego po kolacji, z pełnymi trzewiami.

Jedna z piosenek rozpoczynała się dosyć spokojnie i melodyjnie, by od któregoś momentu, w pobliżu refrenu, niejako wybuchnąć ekspresją wysokich dźwięków. Na scenie trzech faciów. Ten w środku mięci mikrofon w pobliżu karminowych ust, a po bokach ustawili się dwaj koledzy wdziani w bardzo rozbudowane suknie. W miarę zbliżania się do refrenu zaczynają się obracać i coś tam sobie manipulować przy plecach. Wreszcie jest, refren piosenki. Wokalistka szczerzy się, wymachuje i podskakuje. Kolega po prawej dynamicznym pociągnięciem dwóch sznurków rozwija nad głową ogromny wachlarz i też już się szczerzy w kierunku publiki. My siedzimy nieco po lewej stronie sceny, ale bardzo blisko, więc widzimy dokładnie. Dla symetrii koleś po lewej miał wykonać taki sam manewr i też okryć się wachlarzem. Ale coś poszło nie tak. Jakoś tak się przykurczył w kierunku ziemi i nerwowo szarpie za sznurki. Widzimy przy tym wyraźne pęknięcie w stroju zewnętrznym, przebiegające wzdłuż kręgosłupa, przez które widać górę obszernych majtasów. Walczy w przykucku, pociąga i... w końcu jakoś udaje mu się zmusić strój do współpracy. Twarz nieco wykrzywiona, ale gra swoją rolę. My tym czasem wyłącznie dzięki wieloletniej wprawie utrzymujemy się w pozycjach mniej więcej siedzących.

Co numer, to radośniej. W jednej z kolejnych pieśni kolo z rozbudowaną szczeną szeptał w mikrofon. Światło jakoś tak niefortunnie padało na jego facjatę, że odniosłem wrażenie, że brakuje mu po jednej stronie zębów. Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Ewą. Znowu musiała się chwycić stolika, by nie spaść ze śmiechu. Co prawda nie od razu ostro zobaczyła o co chodzi, bo zieleń jej oczu już od chwil kilku zalewały łzy wesołości.

Były też sceny grupowe. Pierwszy rząd panien (panisk?) pląsał, drugi robił tło lub rozmawiał, a nawet się rozpychał. Taka widać konwencja.

Ale jednak mimo momentalnej brawury brnęli do przodu. Występy kobiecych grup są na ogół wzbogacane odważniejszymi wstawkami choreograficznymi z naciskiem na wymachy nóg. Nie żeby tam zaraz kankan, ale jednak nózia w górę, a nawet kilka jednocześnie, i jakoś tak śmiało. Tymczasem chłopaki pomimo dobrych wydawałoby się warunków preferowali wymachy ramion i to w subtelniejszym kanonie. Następny szczegół to strój, który w zamierzeniu zdobi ale i podkreśla. W przypadku ciała kobiecego również dyskretnie odsłania dając do zrozumienia widzowi na czym polega różnica w anatomii między płciami. Chłopaki zaczerpnęli z wielowiekowej historii mody stroje ciasno osłaniające ciało. Tylko jeden z nich prezentował ten, no, dekolt. Może ze względu na rozbudowaną tkankę w tych okolicach był solistą w aż dwóch utworach.

Występ do posiłku, by nie napisać wprost 'do kotleta', nie przydawał im raczej prestiżu. Po twarzach publiki innej narodowości niż polska odczytywałem raczej znudzenie lub wyuczoną tolerancję. Ja w każdym razie rechotałem szczerze.

Wracamy do pokoju, noga za nogą. Przed budynkiem recepcji hotelu rozstawili stragany drobni handlarze. Sprzedaż powtarza się co dwa dni. Bez ruszania się z hotelu można nabyć typowe pamiątki. A to szkiełko, a to perłę, a to figurkę słonia. Bez tłoku, tylko dla gości hotelu.

Odwiedzamy jeden z pokojów zamieszkiwanych przez ludzi z naszej grupy. Co było fajne, co wspaniałe, szkoda, że się kończy. Czyli typowa rozmowa.

Po powrocie do pokoju zamiast odpoczynku rozpoczyna się nierówna walka z całym tym towarem, który tu przywieźliśmy. Znowu trzeba go jakoś zmieścić w nielicznych centymetrach sześciennych torby podróżnej. Mało tego, tym razem zadanie jest o wiele trudniejsze, bo oprócz tego, co przywieźliśmy ze sobą, trzeba upchać jeszcze te wszystkie niezbędne i przepięknej urody pamiątki. Pakuję więc wszystkie przepocone, wilgotne ciuchy, zbiór osobistych utensyliów, niezbędną na każdym wyjeździe elektronikę. I tak dalej. Aż do ostatniej książki, długopisu i słomkowego kapelusza.

Zostało nam pięć godzin snu.

Strona 12

2008-05-05, poniedziałek, powrót do Warszawy
Śniadanie już o szóstej. Ewa dzielnie wstała i nawet coś tam poskubała z talerzyka. Jedzenie w niejakim pośpiechu. Zabieramy z pokoju torby, sprawdzamy, jeszcze raz sprawdzamy i ponownie sprawdzamy, czy nic nie zostało w którymś z zakamarków pokoju. Wsiadamy do klimatyzowanych busów i odjeżdżamy w kierunku lotniska. Pada deszcz. Bus, którym akurat my mamy jechać, dociera do lotniska jako ostatni, bo szef zapomniał powiadomić obsługę hotelu, że dotrze na lotnisko taksówką.

Odprawa, oczekiwanie na odlot. Próby wydania ostatnich batów na cokolwiek bądź.

Zaczyna się ponad 10 godzinny lot. Pożyczyłem od Łukasza grubaśną księgę napisaną przez Trudi Canavan pt. 'Nowicjuszka'. Sprawnie napisana historia, wciąga. Są pewne cienkości w fabule, poza tym jak na książkę fantasy spodziewałem się nieco większej spójności z innymi, bardziej klasycznymi pozycjami gatunku fantasy. Czego by jednak nie robić, jak bardzo książka nie byłaby wciągająca, taka podróż męczy. Męczy bezruch, krew nie chce krążyć w stanowczo za długich na fotele lotnicze nogach. Wszystko szumi, jedzenie syntetyczne. Dobrze, że jest łapka bliskiej osoby, którą można potrzymać i przytulić.

Mamy przesiadkę w Monachium, ale bez pośpiechu. Przy odprawie po lądowaniu nasz bagaż zostaje otwarty i pobieżnie przejrzany. Zielone służby przeszukują też bagaż Asicy. W jednej z toreb znajdują 'gwiazdki ninja', te takie do rzucania w kierunku przeciwnika. Inna nazwa to 'szurikeny' czy 'szurikany'. Pamiętam, że Tajowie próbowali mi je sprzedać na ulicy. Syn Asicy uległ urokowi tudzież niskiej cenie i kupił sobie chyba ze dwie sztuki. Unia Europejska oskarżyła ją teraz o nielegalne posiadanie broni i to po niemiecku. Utknęła w przepastnych wnętrzach terminalu. Czekamy całą grupą próbując od czasu do czasu połączyć się z nią telefonicznie. Trwa to dobre 40 minut. Wreszcie pojawia się w zupełnie innej części terminala. Zapłakana, w ręku jakiś formalny papier. Skończyło się na mandacie w wysokości 300 EUR i umorzeniem jakiegoś postępowania. Oczywiście gwiazdki zostały skonfiskowane.

Z całej długiej szczeliny czasowej między jednym lotem a drugim zostało już tylko 30 minut. Terminale w Monachium są ogromne. Między miejscem lądowania a kolejnego startu czeka nas długi spacer. Jest jakiś problem z biletami, nie dla wszystkich starczyło. Część osób będzie lecieć do Krakowa przez Katowice, a dalej podróż autobusem. Jakiś koszmar. My mamy już w dłoniach karty pokładowe. Po chwili siedzimy w mniejszej latającej rurze, która już kołuje po płycie lotniska.

Lądujemy w środku nocy w stolicy kraju nad Wisłą. Dzisiaj nie ma już niestety lotu do Gdańska. Jedziemy do pobliskiego hotelu 'Okęcie'. Tylko piętnaście stopni Celsjusza. Jak to w tym kraju, ogólna niemoc i niechęć. Od razu przypomniałem sobie, dlaczego to taki piękny kraj z mnóstwem ciekawych ludzi. Otóż przed snem postanowiłem się napić w hotelowym barze piwa. Światło wygaszone, krzesła na kontuarze, w końcu to bar hotelowy i już minęła 23. Napatoczyła się panna barowa, więc pytam o piwo. Tak, mogę się napić, ona mi naleje. No to ona leje, ja patrzę na złoty strumyk.  Wychodzi jej, że płacę 12 pln. No to ja buch z ręką do kieszeni, a tu tylko zielona stówka. Nie mam drobnych? Na pewno? A czy mogę się w takim razie kopnąć się łaskawie do pokoju po kartę? Nie, nie mogę, bo właśnie zjechałem napić się piwa i mam nawet ze sobą pieniądze. Piwa nie można dopisać do rachunku za pokój. Kolega panny barowej może i by miał drobne, ale jakieś osobne rachunki, kasy, polskie piekło. Nie mogę się napić piwa i ona nie wie, co ja teraz zrobię. Nalała cały kufelek. Stoi między mną i Polską właśnie. Chciało by się powiedzieć nawarzony. Nie napiłem się.

Strona 13

2008-05-06, wtorek, powrót do domu
Ewa bardzo źle spała. Podobno przez pół nocy jakiś niespełniony gość hotelowy atakował czyjeś drzwi. A to z ręki, a to z kopa, słowa też użył. Ja tymczasem jakby mnie ktoś zdzielił bodaj kijem golfowym po nerze, spałem noc całą. Ewie przeszkadzał też współlokator, bo podobno chrapał.

Przechodzimy odprawę w terminalu krajowym portu lotniczego Okęcie. Kto nie był, nie stracił. Za kilka dni terminal krajowy zostanie przeniesiony do nowo otwartego terminalu nr 2, więc w jakiś sposób nasza wizyta jest historyczną.

Jest wspaniała pogoda. Powietrze przejrzyste, jak nie zawsze. Przez cały lot widzimy ziemię. Fantastycznie jest widzieć z góry Żuławy i okolice Gdańska. Aż chciałoby się polatać. Kwitnie rzepak, co dodaje urody.

Po lądowaniu wychodzimy jednym z wyjść i łapiemy taksówkę do centrum Wrzeszcza. Jedyne 25 minut w korku na Słowackiego i jesteśmy. Do domu wchodzimy o 9.20. Mamy przed sobą cały dzień na przygotowanie się do codziennej orki, pracy, rodziny. Do 15 zgrywam na płyty DVD ostatnie zdjęcia.

Pozostają wspomnienia, kolory na zdjęciach, wrażenia ulotne. Dziękuję Ci Ewo, że to mnie zabrałaś w najpiękniejszą podróż mojego życia. Nie zapomnę.
 
Zdjęcia: Ewa & mslonik
Tekst: mslonik

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież