Podróż służbowa służy różnym celom, celom pracodawcy. Jedni lubią podróżować bardziej, drudzy mniej. Podróż służbowa to zawsze nieudany mariaż pracy z podróżą. Nie jedziemy dla swojej przyjemności, a jednak za spędzony w podróżny czas nikt nam nie płaci.  Nie płaci za utratę czasu, jaki pozostaje nam do dyspozycji od chwili opuszczenia zakładu pracy do chwili powrotu do zajęć obowiązkowych. Nasze prawo pracy daje pracodawcy możliwość wysłania pracownika w podróż służbową w zasadzie zawsze. Jako rekompensatę za utracony czas dostajemy nieco ponad 20 pln (2008) tzw. diety plus zwrot kosztów poniesionych w czasie podróży służbowej. Cudnie. Tylko że czas podróży nie jest wliczany do czasu pracy. W ten prosty sposób może się zdarzyć, że jedziemy przez 8 godzin na miejsce podróży służbowej, następnie przez kolejne 8 godzin wykonujemy zwane obowiązki, a przez kolejne 8 godzin wracamy z podróży służbowej. Pracowaliśmy tylko 8 godzin. Reszta to podróż, a podróż z punktu widzenia ustawodawcy to nie praca. To nie jest koszt. Hm... coś straciłem? I z tej prostej przyczyny pracownikom nie opłaca się jeździć w delegacje. Bo delegacja, to koniec 8 godzin odpoczynku, a bywa że i 8 godzin snu.

 

 

 

Wyjście? Skoro musimy jeździć w delegacje, to uprzyjemnijmy sobie ten czas tak bardzo, jak to tylko możliwe. To nasz czas, nasze życie.

Startujemy. Najczęściej muszę wstać bardzo wcześnie, powiedzmy o 4.00. O 4.00 nawet w czerwcu jest ciemnawo. Do chwili pobudki przesypiam tylko 4 godziny.

 

 

 

Przyzwyczaiłem się do różnych oznak niewyspania. Zaczynając od tych najbardziej oczywistych, jak opadanie głowy w czasie kolejnego zebrania, utrata koncentracji, wrażenie ogólnej niemocy. Kolejna faza to przechodzenie w świat sennych urojeń podczas siedzenia przed monitorem. Niby coś robię, nawet myślę o tym, co robię. I nagle następuje jakieś odrętwienie, nadchodzi marzenie i odlatuję. Kolejny objaw to drętwienie kończyn, przechodzący w krótkie drgawki. Na szczycie skali umieściłem omamy węchowe. Mam tak jakoś, że w stanie skrajnego niewyspania oszukuje mnie zmysł węchu. Na przykład potrafię czuć zapach gazu, co w normalnych okolicznościach jak wiadomo sygnalizuje niebezpieczeństwo wybuchu. Zdarzyło mi się już wszczynać alarm, pomimo głębokiej nocy.

 

 

 

Przygotowania do podróży wiążą się z pakowaniem. Trzeba zabrać rzeczy potrzebne oraz najpotrzebniejsze, które decydują potem o wygodzie, a nawet komforcie lub jego braku. Wymyślono różne modele i rozmiary toreb. W wyniku ewolucji publicznych środków transportu zwyciężyła taka z wysuwaną rączką, na kółkach. Powinna się mieścić w luku samolotu, bez problemu mieści się w pociągu.

 

 

 

Komputer przenośny. Dobrze powiedziane. Do mojego pasuje jeszcze określenie „służbowy”, wraz ze wszystkimi blaskami i cieniami tego określenia. Najtańszy z dostępnych w chwili zakupu na rynku. Podczas zakupu czegoś takiego rzadko się myśli o wadze. Sprzedawcy często podają wagę samego komputera, bez zasilacza. W efekcie mój zasilacz ma rozmiar małej cegły, która podczas pracy rozgrzewa się na tyle, by parzyć.

 

 

 

Torbę często trzeba dobrać do komputera indywidualnie. Mieści w sam raz tyle, ile powinna, ale okazało się, że ktoś nie zaplanował jej wytrzymałości. A przecież oprócz komputera chętnie zabieramy różne papiery, karteczki i inne niezbędne rzeczy. Sam komputer to nie wszystko. Mój na przykład ma wbudowany interfejs FireWire, z którego do tej pory ani razu nie skorzystałem i pewnie już nie skorzystam. Nie ma za to karty WiFi ani Bluetooth. Odpowiednie elektroniczne klocki wożę więc w osobnej przegródce. Do tego zabieram ze sobą przynajmniej metr kabla Ethernetowego.

 

 

 

Moim zdaniem należałoby rozróżnić pojęcia komputera przenośnego od komputera zasilanego bateryjnie. Niby mamy dwa w jednym i nazywamy to „z polskawa” notebookiem czy laptopem, bo niby każdy jest przenośny i baterię też ma. Mój ma baterię, ale jest ona mało przydatna. Urządzenie żre tak dużo energii, że bateria nie na wiele się zdaje, ot na nieco ponad godzinę. Baterii nie można wyjąć, odłączyć, co czasami jednak się może przydać, na przykład gdy mamy ze sobą drugą, naładowaną.

 

 

 

Do niektórych typów komputerów przenośnych można dokupić dodatkową baterię akumulatorów. Czasami wystarczy wtedy energii na całe godziny. Wydatek jest niestety spory, chyba że firma stawia. Dochodzi dodatkowa masa takiego gadżetu. Trzeba też pamiętać o ładowaniu. Coś za coś. Czego się nie robi, by obejrzeć w podróży służbowej cudne zestawienie kwartalne.

 

Edycja: 2012-05-25.

Nastąpił postęp. Od 2010 mam nowy notebook (Dell Vostro, przekątna ekranu 15''), który wraz z torbą, myszką i kilkoma drobiazgami oraz powiększonym akumulatorem, który pozwalał mi na nim pracować do 7 godzin waży już tylko 3,40 kg. Dla porównania mój 'domowy' notebook HP 6720s wraz z torbą i mnóstwem gadżetów ale bez akumulatora o zwiększonej żywotności waży aż 4,10 kg.

 

 

 

Podróż pociągiem sypialnym. Jest sporo sztuczek, które odróżniają podróżnika incydentalnego od starego wygi jeżdżącego często np. na trasie Gdańsk-Warszawa-Gdańsk.

 

 

 

Stary wyga wie, jak kupić bilet. Strategia kupna biletu zależy od długości podróży. Weźmy pociąg sypialny. Warto wiedzieć i pamiętać, że z wagonów przeznaczonych do spania nie można się przedostać do pozostałych. Można więc zapomnieć o bogactwie smaków rodem z wagonu WARS-u. Jest się skazanym na łaskę pracownika wagonu sypialnego, który herbatę zrobić może, a i ciacho jakieś po zbójeckiej cenie sprzeda. Chciałoby się z rana przed dotarciem na miejsce spotkania zjeść coś więcej niż słodki batonik. Wtedy myśl o pobliskim wagonie WARS-u może nieco doskwierać.

 

 

 

Jeżeli zamierzasz podróżować sypialnym upewnij się, by bilet obejmował miejsce w środku wagonu. Pudło wagonu opiera się na tzw. wózkach, które trzymają tzw. zestawy kołowe, czyli po ludzku koła pociągu. Czasami koło stuka. Warto zadbać, by nie stukało pod nami przez 10 h podróży.

 

 

 

Podróż nocnym to swoisty folklor. Nawet jeżeli mamy w ręku bilecik na konkretne miejsce, wszystko może ulec zmianie dzięki rezolutności jegomościa opiekującego się danym wagonem. Ma on zwyczaj rozmieszczania ludzi w przedziałach wg docelowego miejsca podróży. Ułatwia mu to budzenie podróżnych wysiadających przed osiągnięciem rozkładowego celu podróży bez przeszkadzania innym.

 

 

 

Dla tych, którzy jeszcze tego nie odkryli: w takim wagonie ciepło pochodzi z kotła opalanego węglem zgromadzonym w miejscu, gdzie w innych wagonach jest zwykle ubikacja. Tak, tak, węglem. To na wypadek, gdyby „prąd się skończył” i pociąg gdzieś utknął na horyzoncie. Ci, którzy śpią, nie zmarzną. Taka zdobycz cywilizacyjna.

 

 

 

Ścianki działowe między przedziałami są na tyle cienkie, że bez trudu można dosłyszeć toczące się rozmowy. Również wtedy, kiedy nie mamy na to żadnej ochoty.

 

 

 

Podróż pociągiem Intercity. Stary wyga wie, że w składach Intercity bywa w gniazdkach prąd. Bilety na miejsca w pociągach Intercity są oczywiście droższe. Na bilecie o takich atrakcjach jak prąd w gniazdkach nie wspomina się słowem. Dzięki temu przewoźnik nie musi uwzględniać reklamacji, gdy prądu jednak nie ma. Stary wyga podróż zaczyna więc od szybkiego wpięcia do któregoś z gniazdek małego zasilacza, np. od telefonu komórkowego.

 

 

 

Załóżmy, że prądu nie ma. Można wtedy metodycznie przeszukać wszystkie gniazdka w przedziale. W przedziale drugiej klasy jest miejsce dla 6 podróżnych, natomiast gniazdka są tylko cztery. Ot, taki mały przyczynek do rozważań o umiejętności liczenia ojców inżynierów. Idźmy dalej. Szansa, że tylko w naszym przedziale nie ma prądu, jest nikła. Warto wtedy odszukać konduktora. Teoretycznie powinien on wiedzieć, w jakim stanie jest przekazany mu skład, czytaj: gdzie jest prąd. Przy tej okazji warto się go zapytać, czy do składu nie dołączono dodatkowego wagonu. Zdarza się bowiem, że cały przedział będzie pełny innych ludzi również dążących w ten sposób do celu. Trzeba wtedy niestety zapomnieć o wyciąganiu się na siedzeniach i innych zachowaniach dowolnych. Ale jeżeli w składzie pociągu jest dodatkowy wagon, dołączony z jakiś powodów, to najczęściej jedzie pusty. Wtedy pozostaje nam już tylko rozrzedzenie gęstwy kosztem zatajenia przed współuczestnikami podróży powodu przenosin.

 

 

 

Gniazdko. Gniazdo z bolcem, bolcem do góry, umieszczone akurat tak, by trzeba było użyć siły przy wpinaniu i wypinaniu przewodu. Nie każdy przewód pasuje. Posiadacze zasilaczy niektórych marek telefonów komórkowych mogą zapomnieć o wpięciu się do gniazdka. Wtyczka „mojego” służbowego komputera przenośnego jest wtyczką kontową, tzn. z wtyczki przewód wychodzi pod kątem prostym do otworów w gniazdku. Pod gniazdkiem jest metalowa beleczka łącząca ze sobą fotele. Względem siebie gniazdko i beleczka są akurat tak, że z piąchy muszę dopychać wtyczkę. Myśl śmiała, że ktoś mógł umieścić gniazdko ciutę choćby wyżej pozostaje złotą, a więc niewypowiedzianą (milczenie wszak jest złotem).

 

 

 

Z prądem różnie bywa. Bywa, że jest, ale tak dziwnie. Razu pewnego dołączyłem zasilacz do gniazdka. Dioda zaświeciła na zielono, więc włączyłem komputer. Po chwili na ekranie komputera pojawiła się informacja o przełączeniu na zasilanie bateryjne. Co żesz, pomyślałem. Przełączyłem się na inne gniazdko. I znowu, przez pierwszych chwil kilka zasilanie z sieci jest, a potem komputer informuje, że ciągnie z baterii. Przyglądam się diodzie na zasilaczu. Zamiast świecić jasnym zielonym światełkiem nadziei, pulsuje.

 

 

 

Z zasłyszanych opowieści wiem, że bywa i tak, że w gniazdu zamiast 230 V jest i 500 V. Czujna tym razem na szczęście obsługa składu wyłącza zasilanie ratując przenośny elektroniczny dobytek podróżnych.

 

 

 

Pan konduktor powiedział mi kiedyś, żebym się nie martwił, bo problem gniazdek elektrycznych w przedziałach podróżnych został już rozwiązany. Po prostu wszystkie przedziały będą miały gniazdka i będzie w nich prąd. Od 2010. Co za ulga.

 

 

 

O czymś takim jak Internet w pociągu to na razie można pomarzyć. Póki co musi nam wystarczyć prąd, a i to tylko w najdroższych pociągach Intercity.

 

 

 

Załóżmy, że prąd jest, komputer przenośny też. Do tego telefon. Mamy więc już w torbie dwa różne zasilacze. Włączam swój komputer. Już po chwili nagrzewa się tak, że czuję go pomimo grubych dżinsów. Nauczyłem się go trzymać na kolanach w taki sposób, by jak najmniej zasłaniać wybrane otwory wentylacyjne. Dzięki temu trochę mniej hałasuje.

 

 

 

Kluczyk „na kwadrat”. Kluczyk „na kwadrat”, to już wyższe wtajemniczenie. Bywało nie raz i nie dwa, że jechałem pozornie przepełnionym pociągiem, który prowadził dwa zupełnie puste wagony opatrzone karteczkami „zarezerwowane”. Za którymś razem wyposażyłem się we wspomniany kluczyk niosąc ulgę zmęczonym rezerwistom czy matce z dzieckiem.

 

 

 

Oblegany pociąg. Czas powrotu. Niech to będzie piątek po południu. Wiadomo, wszyscy wydostają się lub wracają. Jak rzadko robi się ścisk i zakup biletu może być niemożliwy. Czasami stoję w kolejce, bo to trochę jak z grą na loterii: sprzedadzą / nie sprzedadzą, zdążę / nie zdążę. Nie ma biletu? No to trudno. Wsiadamy mimo to do pociągu. Ładujemy się od razu do WARS-u. Siadamy i... przez całą podróż jesteśmy świadomym klientem restauracji na metalowych kołach. Przychodzi konduktor. Tłumaczymy sytuację. Kupujemy bilet, bez miejscówki, bo w WARS-ie miejscówka nie obowiązuje i jedziemy dalej. Sztuczka jest dosyć znana, więc kto pierwszy, ten lepszy. Jeżeli będziemy mieli szczęście, to uda się nam przesiedzieć całą podróż. Nie, w wagonach WARS-u nie ma gniazdek elektrycznych. Będziemy musieli coś kupić. Załóżmy, że za cenę miejscówki.

 

 

 

Podróż samochodem. Jak dla mnie podróżowanie samochodem jest mniej przyjemne niż podróżowanie pociągiem. Jeżeli tylko jest to możliwe, wybieram pociąg. Podróż samochodem to zawsze ryzyko utraty życia lub kalectwa. Sporo zależy od tego, czy jesteśmy kierowcą. Jeżeli nim jesteśmy, problem z tym, co robić z całym danym nam czasem, sam się rozwiązuje. Od naszej kondycji psychofizycznej zależy teraz zdrowie i życie współuczestników podróży. Jeżeli jesteśmy pasażerem, otwierają się przed nami możliwości alternatywnego wykorzystania czasu podróży.

 

 

 

Czytanie w zasadzie odpada. Jest bardzo męczące. Książka skacze przed oczami, wymaga przez to dodatkowego skupienia. Skupienie u co wrażliwszych osobników może się skończyć nawet wymiotami, bo samochód buja. Do tego, by czytać, potrzebujemy całkiem sporo światła. Podczas podróży samochodem nie powinno się zapalać świateł we wnętrzu pojazdu. Pozostaje słuchanie muzyki bądź oglądanie filmów. Czyli znowu potrzebujemy komputera przenośnego. Nie koniec na tym. Dodatkowo przydałby się zasilacz samochodowy. No chyba, że mamy znowu wiadro prądu w postaci zapasowych akumulatorów. Zasilacz samochodowy to niegłupi wynalazek. Przecież komputer to urządzenie elektroniczne, a więc w zasadzie zasilane prądem stałym, a taki wytwarza samochodowy układ zasilania. Odpada wymóg konwersji prądu z postaci zmiennej na stałą, jak to ma miejsce w przypadku zwykłego zasilacza „sieciowego”. Dopada nas wprost inny absurd. Co komputerek nakolanny, czyli laptopik, to inna wtyczuszka do zasilanka. Zdarza się, że nawet laptopy tego samego producenta, ale oznaczone różnymi numerkami, potrafią mieć różne typy wtyczek. Warto o tym pamiętać kupując dodatkowy zasilacz samochodowy. Jakoś tak koło stówy, a ile możliwości...

 

 

 

A skoro przenośny komputer, to warto mieć ze sobą słuchawki. Co prawda to dodatkowy przedmiot, do tego często wrażliwy. Zdarzało mi się, że to właśnie słuchawki decydowały o komforcie. W jaki sposób byśmy nie podróżowali, coś szumi. A to silnik samochodu, a to klimatyzacja w pociągu czy samolocie. Jedyny skuteczny sposób, to puścić sobie dźwięki bezpośrednio w ucho. Dodatkową zaletą jest odizolowanie się od nieraz dokuczliwych sąsiadów, którzy namolnie doprecyzowują szczegóły spotkania, tudzież omawiają postępy ich dziecka w samodzielnym przyswajaniu posiłków. Słuchawki słuchawkom nie równe. Wersje przystosowane do potrzeb podróżnego są wyraźnie droższe. Mają obrotowe muszle, dzięki czemu dają się złożyć. Często są sprzedawane ze specjalnym pudełkiem ułatwiającym ich zapakowanie. Zdarza się, że elektronicznie tłumią szum. Ideał to słuchawki z interfejsem Bluetooth, które pozwalają cieszyć się dźwiękiem bez kabla. Niestety to kosztuje.

 

 

 

Inna refleksja życiowa, to brak wejść audio w większości samochodowych urządzeń multimedialnych, czytaj radio z odtwarzaczem CD. Aż się prosi, by takie coś potrafiło odtworzyć mp3 oraz by można było podpiąć słuchawki. Tak, słuchawki. Proste wyjście audio.

 

 

 

Wyższy poziom wtajemniczenia, to podróż w towarzystwie innych kontestatorów uciech podróżnych. Dobrze, żeby przynajmniej jeden z nich miał rozgałęziacz zasilania samochodowego. Czyli coś w rodzaju popularnej „listwy”, tylko że z gniazdami zasilania jak w samochodzie. Teraz poszaleć może już kilka osób. Spójrzmy bowiem realnie na potrzeby współczesnego człowieka: ładowarka samochodowa do komórki, to raz. Zasilacz do komputera przenośnego, to dwa. Ładowarka do akumulatorków, to trzy. Rozgałęziacz przyda się przynajmniej do ograniczenia walki o jedyne źródełko energii...

 

 

Podróż samolotem. Przewoźnicy z roku na rok zmniejszają masę bagażu, który możemy ze sobą zabrać na pokład samolotu. Podróże służbowe, które wymagają skorzystania z samolotu zwykle trwają najwyżej dwa - trzy dni. Doświadczenie uczy, że należy cały bagaż zabrać ze sobą, by nie zaginął na łączach. Byłem świadkiem sytuacji, gdy nawet na stosunkowo krótkim dystansie, w sercu starej Europy, ginie komuś bagaż. Ani ulubionej koszuli, ani tak podstawowej sprawy, jak szczoteczka do zębów... Bagaż odnalazł się na godzinę przed wylotem powrotnym. Lepiej jest więc mieć go przy sobie. Na lotnisku spotkają nas liczne szykany: a to zdejmowanie butów, a to zdejmowanie paska od spodni. Wszystko w imię abstrakcyjnego bezpieczeństwa. Cały szereg drobnych upokorzeń uzupełnia przeszukiwanie bagażu podręcznego pod kątem obecności różnego rodzaju płynów czy past. Próbując jednocześnie zminimalizować objętość i masę bagażu, wpadłem na pomysł wyposażenia się w próbki pasty do zębów. Niestety jest mała szansa, że znajdziemy je w aptece. Należy ich szukać raczej u naszego dentysty. Podobnie, kiedyś było możliwe zdobycie próbek dezodorantów w opakowaniach o niewielkiej objętości. Jeżeli nie mamy do nich dostępu, pozostaje nabycie kosmetyku 'w kulce'. Jedną z rzeczy, które w zasadzie zawsze znajdują się w moim bagażu podręcznym jest komputer przenośny. Bez torby, myszki i innych akcesoriów. Ostatnio zastanawiam się, czy warto brać razem z nim zasilacz. Wszystko to po jednym z lotów, gdzie poinformowano mnie, że graniczna masa bagażu podręcznego to zaledwie 8 kg.

 

 

Jemy w podróży. Osobnym zagadnieniem jest umiejętność jedzenia w czasie podróży służbowej. Pierwszy etap wtajemniczenia, to przestawienie się na drapieżnictwo. Jemy, kiedy się da, a nie zawsze się da, gdy jesteśmy akurat głodni lub mamy ochotę na małe „conieco”. Sam nie wiem, co gorsze. Najadanie się na zapas, czy jedzenie o dziwnych porach i to tego, co akurat zostało w kuchni. Wyższy etap wtajemniczenia, to jedzenie w taki sposób, by nie przytyć. Tu rada jest tylko jedna. Jeżeli tylko mamy taką szansę, wybierajmy tylko sałatki, względnie rybę lub drób. Bo czy można zrezygnować z piwa?

 

 

 

Powrót. Pamiętajmy, że statystycznie niepokojąco wiele wypadków zdarza się na ostatnich kilometrach przed domem. Następuje rozluźnienie. Tajone pragnienie porzucenia w diabły całego tego rozgardiaszu, smrodu podróży i podróżnych na rzecz własnych śmierdzących starych kapci może zabić...

 

 

 

Potem pozostaje już tylko rozliczyć delegację. Kolejny papierek podsumowujący podróż służbową. O ile umiemy udokumentować koszty. O ile wiemy, co to są faktury, po co nam one i tak dalej. Dwudziesty pierwszy już wiek...

 

 

 

 

Dodaj komentarz