Jak to na szczęście bywa w moim życiu, czasami zdarza się i urlop. Zimowy postanowiłem spędzić w połowie na załatwianiu spraw domowych. Resztę czasu poświęciłem na wizytę u Janka, na Podlasiu.

Nie widzieliśmy się ze dwa lata. Przy czym przed tymi dwoma laty widzieliśmy się może ze trzy godziny. Ileś lat temu studiowaliśmy razem coś ze trzy lata. Cała nasza znajomość to parę opowieści o Stachurze, epizod ze szczurem i włóczęgi po pubach. Wrócił niedawno z Anglii po pięciu czy sześciu latach pobytu. W zeszłym roku postanowił zobaczyć większy kawałek świata, więc spakował nieco rzeczy, wsiadł na motor i pojechał do Mongolii. Teraz ja postanowiłem zabrać nieco rzeczy, pożyczyć samochód i pojechać gdzieś tam, między Łomżę i Białystok.

Jadę. Będą 'nocne Polaków rozmowy', będzie spotkanie po latach. Po tak długim czasie ludzie chyba poznają się od początku. Wspólna pamięć i doświadczenia z przeszłości znikają w niepamięci. Pozostają jakieś niejasne obrazy, jakieś pojedyncze wspomnienia, nawet nie bardzo układające się w całość. Kilka faktów, kilka zmyśleń. Instynkty, zamyślenia pomieszane ze zmyśleniami. Przecież my się prawie nie znamy. Ot, kilka chwil wspólnych, kilka takich, które pozostały w pamięci. Wszystko to nic, tylko obraz tego, kim się było i jest.

Podlasie zajmuje cały horyzont. Świat tworzy zaledwie kilka elementów. Przeważnie jest to mały domek lub drewniana chałupka, czasami jest to drewniany wiatrak, chylący się ku ziemi pod własnym ciężarem, czasami wielki kościół. A poza tym podlasie jest puste, z rozrzuconymi ludzkimi siedzibami. Trochę lasu, ale nie za dużo. Wielkie rzeki, rozlewające się szeroko po łąkach. Cisza, spokój, niezauważalny upływ czasu.

Podlaskie klimaty, jak to nazwał Janek.

Jedziemy szeroką drogą, zwaną utwardzoną drogą gruntową. Z prawej pole, z lewej pole. Nieco dołków, ale za to prosto. I nagle po prawej stronie coś jakby kapliczka. To nie kapliczka - prostuje Janek. To jedno ze zjawisk charakterystyczne dla tego świata. Przydrożny krzyż. Taki, jakie się stawia w miejscu, gdzie ktoś zginął w wypadku samochodowym. Hm... na prostej, szerokiej drodze? Tak, bo to taki podlaski klimat. Chłop wracał ze spotkania towarzystkiego przy sklepie, gdzie też się i piło. Zmęczył się po drodze, spać mu się zachciało okrutnie. Tak się złożyło, że jedynym w miarę równym miejscem była droga, więc zasnął na drodze. Najechał na niego drugi chłop, który akurat chwilę później traktorem jechał. Nieoświetlonym, jak to na Podlasiu.

Janek stoi na poczcie w kolejce do okienka. Chce nadać paczkę, zwyczajnie. Przy okienku jest akurat jakiś starszy facet, który intelektualnie mocuje się z jakimś formularzem. Wreszcie nie wytrzymuje napięcia i zwraca się z prośbą o pomoc do panienki z okienka. Ta niewiele myśląc udziela fachowej porady podnosząc nieco głos, dzięki czemu słyszy ją cała kolejka: "No jak to, tu Pan wypełnia, i tu. To formularz przelewu. W polu 'do' wpisuje pan: 'Izba Wytrzeźwień w Białymstoku', a tu, w polu wartość, wpisuje Pan: trzysta pięćdziesiąt osiem złotych. I tutaj podpis!"

Kierowcy rzadko kiedy przekraczają prędkość 80 km/h. Nawet, gdy droga jest prosta i pusta. A na Podlasiu tak jest często. Jest wyraźnie mniejszy ruch. Początkowo nie mogłem się przyzwyczaić. W pewnym momencie było tak, że przede mną jechał sznur samochodów, wszystkie około 80 km/h. Myślałem, że coś się stało, albo że ślub jakiś, czy co, wszyscy tak zgodnie jadą. W pewnym momencie trafiła się dłuższa prosta, na której udało mi się wszystkich wyprzedzić. Odprowadziły mnie zdziwione oczy prowadzących wyprzedzane pojazdy. Po kilku dniach Janek mi wytłumaczył, że tutaj po prostu tak się jeździ. Bo gdzie się ludzie niby mają spieszyć?

Ubogo się żyje na Podlasiu. Domki malutkie, czasami jeszcze drewniane. Tylko gdzieniegdzie pomalowane. Przeważnie farba już oblazła i stapiają się barwą z ziemią. Za to tutejsze kościoły robią wrażenie. Często są widoczne już ze sporej odległości, rozbudowane, bogate stylem, mocno osadzone w ziemi. Albo tutejsza ludność stawia sobie za cel wystawienie okazałych świątyni, albo ludzie zupełnie nie przywiązują wagi do swoich doczesnych przybytków.

Psy często biegają luzem. Spacerowanie czy też wędrowanie nie jest praktykowane. Jeśli, to przejażdżka ciągnikiem, względnie samochodem. Warto mieć przy sobie kij, względnie w kieszeni parę kamieni. Psy dobrze znają konsekwencje ruchu ręki naśladującego rzut. Ich szczekanie tworzy coś takiego, co trudno nazwać słowami. Wystarczy na takiej wsi wyjść wieczorem przed dom i posłuchać tego szczekania. Długo naszczekują, systematycznie, bez celu. "Tu jest mój dom. To tu. Tu jest dom. Mój dom".

Jedziemy nad wielkie rzeki: Narew i Biebrzę. Nad Narwią udaje mi się zoczyć bobra. Gryzoń taki, całkiem spory. Pływał akurat wzdłuż i wszerz. W środku dnia, bo prawie dokładnie dwunasta była. Łażę ze dwie godziny szukając suchego kawałka lądu, który pozwoliłby mi podejść do jednego z wielkich samotnych drzew. Potem jedziemy nad Biebrzę. Biebrza zimą już zawsze będzie mi się kojarzyła z ciszą. Ciszą absolutną, jakiej nie doświadczyłem w żadnym innym miejscu. Gdy byłem tu poprzednio miałem wrażenie, że moje narciarskie spodnie robią straszny hałas. Tym razem miałem na sobie dżinsy i dużo lepsze buty. Mimo to wydawało mi się, że robię straszny hałas. Odszedłem od drogi jakieś 3 kilometry. Przystanąłem. Bezwietrzny wieczór i absolutna cisza. Nie słyszałem nic. Każdy mój ruch, każde załamanie materiału kurtki robiło w tej ciszy spory hałas, jakiś wyłom gwałtowny, wypełniało miejsce normalnie zajmowane przez szum całej naszej cywilizacji. A tu nic. Słyszę swój oddech, bicie serca. Jestem tylko ja i przyroda. Jakieś tropy, jakieś cienie na horyzoncie. Przestrzeń nie zmącona żadną linią wysokiego napięcia, bruzdą pługu, dymem czy najmniejszym światłem. Ściemnia się, muszę niestety zawrócić.

Pojechaliśmy pod Wiznę. Pamiętam do dzisiaj rozdział z książki do historii opisujący wojnę obronną 1939: 'Wizna, polskie Termopile'. Oddział kapitana Raginisa staje dzielnie naprzeciw pancernym zagonom Guderiana. Męstwo, bohaterstwo, samobójcza śmierć dowódcy. Wystarczy nieco sprzętu, nieco lepiej umocniony odcinek, by niemiecka armia poniosła duże straty. Na wzgórzu, gdzie mieścił się bunkier dowódcy, pamiątkowa tablica. Na maszcie poszarpana brudna flaga. Spuszczone psy, z pól zaciąga gnojem.

Wracam. Trochę porozmawialiśmy, pobyliśmy. Kolejny raz potwierdziło się, że 'da się, tylko trzeba chcieć'. Być wolnym na miarę swoich możliwości i potrzeb. Zwiedzać świat, żyć po swojemu, uczyś się o sobie od innych. Janek przypomniał mi, że trzeba znajdować w tym, co się robi, jakąś przyjemność. Trzeba.

Każde takie spotkanie jest ważne, zmienia nas. Dziękuję...

Dodaj komentarz