Leżę na piaszczystej plaży w odległości jakiś dwustu kroków od początku wody. Brzeg gwałtownie opada w kierunku morza. Pomiędzy mną a granicą łagodnie ale rytmiczne falującego morza jest mała wysepka zieleni. Kilka wychodzących z jednego miejsca pni wierzb rozkłada swoje konary w różne strony świata. Wokół ich podstawy rośnie gęsta morska trawa o ostrych krawędziach źdźbeł. Po białych śladach na pniach drzew widać, że od czasu do czasu w to miejsce docierają morskie fale i byt tej małej wysepki zieleni nie jest pewny. Niektóre z pni już i tak są pochylone nad ziemią, co jest efektem przeszłych ataków z morza i z powietrza.

Jest jasny słoneczny dzień. Pogoda typowa dla naszego wybrzeża. Zamiast wielkiej palącej lampy mamy raczej rażącą światłość bijącą gdzieś z góry. Niebo jest łagodnie przysłonięte cienką warstwą bieli rozpraszającej światło i nadającą mu przenikliwość.

Dopiero przyszedłem. Koło mnie plecak, pod pupą ręcznik. Właśnie się zastanawiam, co dalej. Zaraz założę okulary przeciwsłoneczne, a potem może wyciągnę książkę. Może sprawdzę, jak tam woda, czy nie warto się zamoczyć.

Jestem tu sam. W pobliżu na pewno są ludzie, ale w tej chwili ich nie widzę. Z jednej strony widok ograniczają mi wspomniane wierzby, a z drugiej brzeg załamuje się w taki sposób, że z pozycji siedzącej nie widzę, co znajduje się dalej.

Kładę się na plecach i patrzę chwilę w niebo robiąc z dłoni daszek chroniący przed nadmiarem białej jasności. Nagle niesamowity huk. Nie zdążyłem obrócić do tyłu głowy. Zdążyłem tylko usiąść. Porywa mnie woda. Przez chwilę myślę, że to zabawne. Przecież przy moich ponad 90 kg wagi nagła utrata kontroli nad ciałem jest czymś co najmniej zaskakującym. Czuję, jak się odrywam od podłoża i początkowo sunę tuż nad nim. Kolejne uderzenie wody przewraca mnie i tracę panowanie nad ciałem. Plecak!

W jakiś sposób omijam pobliską kępę drzew. Udaje mi się zatrzymać dopiero w miejscu, gdzie fale wsiąkają w piasek, cofając się z powrotem do morza. Ile to trwało? Zwany moment?

Jestem cały przemoczony, ale nie poobijany. Straciłem orientację. Rozglądam się, sprawdzam gdzie jestem i co się stało. Jestem cały mokry. Mam wodę w uszach i w nosie. Włosy w strąkach. Leżę nieruchomo wczepiony w brzeg. Rozglądam się wokoło. O co w ogóle chodzi? Dlaczego woda uderzyła mnie od tyłu, od strony lądu?

Plecak! No tak, plecak. Woda musiała go zabrać. Jak zwykle miałem w nim te wszystkie papierki i plastiki z numerkami, dzięki którym ściana wydaje pieniądze, a systemy rozpoznają we mnie np. podatnika. Będzie sporo biegania. Mój czas bezpowrotnie tracony w kolejkach i na spotkaniach z anonimowymi urzędnikami.

Odchodzę od wody oceniając zmiany, jakie uczyniło uderzenie fali. Piasek został wyrównany tracąc fakturę pracowicie nanoszoną przez wiatr. Kępa drzew koło której siedziałem wygląda, jakby jakiś wielki grzebień przeczesał wierzbowe konary w kierunku morza. Siadam obok, jak mi się wydaje prawie dokładnie w tym samym miejscu, w którym siedziałem, zanim uderzyła mnie woda. Ciekawe, czy za chwilę nie uderzy kolejna fala, z taką samą siłą. Co się stało dalej w głębi lądu? Nie widać, by fala przyniosła coś ze sobą. Tak jakby wzięła się z znikąd tylko po to, by właśnie mnie uderzyć, porwać i rzucić dokładnie na styku lądu i wody.

Ktoś do mnie macha od strony brzegu. To przecież Mariusz! Jak on tu się znalazł? Włazi do wody co najmniej do pasa. Stoi w miejscu, gdzie zaczyna być już głęboko, za pierwszym podwodnym progiem. Łapie w ręce jakiś worek i wyciąga go na brzeg. Z trudem wstaję i biegnę czując, że mokre ubranie oblepił piasek. Chyba wyglądam dosyć rozpaczliwie. Cały ociekam wodą. Spotykamy się parę metrów od brzegu.

- Widziałem, co się stało. Czemu nie próbowałeś znaleźć plecaka? - pyta, wręczając mi przemoczony worek, w którym rozpoznaję swój plecak.
- Nie wiem, co się stało, skąd ta woda - odpowiadam.
- Mnie też trochę zmoczyło, a potem postanowiłem wyciągnąć twój plecak. Skoro nic Ci nie jest, to mogłeś się chociaż rozejrzeć. Chodźmy stąd. - Mariusz mi zmęczoną twarz. Znowu musiał za kogoś rozwiązać prosty problem, który ten ktoś mógł przecież rozwiązać samodzielnie.

Nie wiem, co powiedzieć. Zarzucam jedno ramię plecaka. Wlokę się znowu ostro pod górę, w kierunku miasta.

Nie wiem, czy chcę stąd iść. Radość z odzyskanych pieniędzy, dokumentów, drobiazgów noszonych w plecaku rozgrzewa. Skąd Mariusz wiedział, że nie będę szukać plecaka?

Tracę ulotną chwilę wolności bycia tylko anonimowym, pozbawionym przymiotów społeczeństwa ciałem na piaszczystym brzegu. Mariusz przecież mnie poznał. Wlazł do wody by przynieść mi plecak pełen pragmatyzmu. Przynajmniej nie stracę czasu na bieganinę po świecie uporządkowanym przez ustawy tworzące z ludzi ledwie obywateli.

Obudziłem się mokry. Sen był bardzo realistyczny, co zdarzyło mi się dotąd tylko kilka razy w życiu. Jeszcze przez chwilę zastanawiam się, czy nie leżę przypadkiem jeszcze ciągle na brzegu. Na skórze i na wargach czuję sól. W nosie mam zapach morskiego wiatru. Przecież jestem w swoim pokoju. Nie ma tu Mariusza. Słońce wstało jakiś czas temu. Światło jest takie same, jak na tamtej plaży.

Czas wstawać. Przy łóżku leży do połowy otwarty plecak. Suchy i realny. Odsuwam go, szukając porzuconych gdzieś wieczorem kapci.
Dodaj komentarz