Nadeszła jesień. Pomimo że wstaję o zwykłej porze, budzę się przed świtem, który teraz towarzyszy mi podczas codziennych porannych czynności. Podobnie wieczór zaskakuje mnie nagłą ciemnością, burząc delikatną równowagę powstałą podczas letnich miesięcy, kiedy to raczej zmęczenie, a nie ciemność, nadawały rytm codzienności.

p9191013_jpg

 

Rzadko zdarza się w Gdańsku ciepła jesień. Tego roku roztacza się wokół nas wraz z wszystkimi dobrodziejstwami. Wciąż pełne życia, ciepłe światło, chociaż pozbawione już letniej białości i przenikliwości, podkreślające nagłe bogactwo kolorów kryjących się dotąd w zieleni. W ogóle nigdy, odkąd pamiętam, nie zdarzyło się tak, żeby w październiku można było jeszcze zaryzykować kąpiel w morzu. Brzegi już opustoszały z przyjezdnych turystów, goszczą teraz w zasadzie tylko mieszkańców okolicznych miejscowości. Po plaży beztrosko ganiają psy, które za pozwoleniem właścicieli mogą się tu znowu biegać. Codziennie możemy teraz wybierać spośród wielu atrakcji zarezerwowanych na czas lata: a to lody, a to przejażdżka rowerami wzdłuż morza, a to oglądanie zdjęć wywieszonych na parkanie Parku Oliwskiego, a to wygrzewanie się na plaży. Nadal warto mieć przy sobie okulary słoneczne, by pozwolić oczom łagodniej przejść przez czas zachodu słońca.

A jednak coś już jest nie tak. Czujemy, że ten kaprys jesiennej pogody to oszustwo. Gdzieś tam za linią horyzontu czają się dżdżyste niże, zimne wichry, wielodniowe sztormy. Póki co wieczorny ciepły wiatr podrywa pierwsze kupki przywiędłych liści klonu o bardzo długich ogonkach. Ewa schyla się po niektóre z nich, skręcając je razem ze sobą, tworząc dzieła jesienią malowane.

Musimy się nieco pilnować, by nie przegapić tych chwil ciepłych, zanim zapadnie zmrok. Wzmożona dyscyplina. Z pracy staramy się wyjść, uciec lub niepostrzeżenie zniknąć jak najbliżej godziny szesnastej. Teraz szybkie telefony, ostatnie konsultacje. Na przykład które wyjście na plażę, gdzie dokładnie, bliżej Brzeźna, czy Sopotu. Czy potem jemy coś razem, czy ruszamy na jakieś spotkanie. Wsiadam na rower i gnam w uzgodnionym kierunku. Czasami śmiałość planu każe mi zostawić rower przy budynku biura. Wtedy biegiem na najbliższą eskaemkę.

Nadchodzi weekend. Może to już ostatni ciepły weekend? Niespodzianka trwa nadal. Piątek, zawsze pełna lenistwa i niespełnialnych projektów sobota. Może niedzielę uda się uratować, może uda się spotkać samą Jesień? Które miejsce wybrać? Nie może być za daleko, nie może być wietrzne. Ja się domagam przestrzeni, Ewa braku wiatru. Wybieram rzekę.

Jedziemy jak zawsze nieznośnie długo. Ruch jest mały, udaje się nam nie zabłądzić. Ja przestrzeń postrzegam raczej intuicyjnie i miasta mi ją zaburzają. Poprzecinane drogami zbyt gęsto i w sposób zbyt jednostajny, bez wyraźnie rozpoznawalnych znamion nie mogę się połapać. Wszystkie tablice drogowe są zielone, a na nich przeważnie białe nazwy. Płachta mapy niewiele tu pomaga, chociaż jej lektura potrafi mi wyjawić szczegóły, których pewnie bez niej bym nie dostrzegł. Ewa postrzega mapę jako swego wroga. Nie widzi warstw, dróg, nazw miejscowości, tylko jakiś zlepek na kształt szmatki, w którą mama wszywała końcówki nitek ze szpulek maszyny do szycia. Coś się przecina, coś zbiega. Pewnie są tam jakieś informacje, ale trzeba by trzymać stale palec w danym miejscu, a do tego czytać te wszystkie tablice przebiegające za szybami samochodu. Nie na tym polega podróżowanie.

Wreszcie stajemy, wysiadamy z samochodu. Ja się wprost rwę, by przesadzić płot i wbiec na zieloną, w oddali już rudziejącą przestrzeń. Witaj ciepły wietrze, witaj wolności!

Idziemy po łące, na której pozostały wielkie walce siana. Można się do takiego przytulić, można na niego wleźć. Pachnie, ale już nie tak intensywnie. Zgromadził w sobie sporo wilgoci i teraz chłonie energię ze słońca roztaczając wokół zapach rozpadu. Rozstajemy się prawie bez słowa. Ja wędruję przed siebie swoim zagubionym krokiem. Zadzierając co chwilę głowę za siebie, robiąc półobroty, czasami poprawiając plecak. Tu liść, tam ptak. Ciepły wiatr gwiżdże mi między włosami. Szukam rzeki.

Ewa została prawie na samym początku pola. Oswaja się z otoczeniem. Wyciągnęła aparat i teraz kroczy między słomianymi olbrzymami poznając ich strukturę, rozłożenie, kolory. Zaczaja się co chwilę, czasami się kładąc, czasami przykucając. Zdjęcie. Potem oględziny, co wyszło, co namalowało światło, co udało się zatrzasnąć, a co uciekło. Kroczy niczym bocian, z nasuniętymi głęboko na nos bardzo ciemnymi szkłami okularów. Czerwona bluza powiewa odsłaniając skórę pleców nad szerokim brązowym paskiem. Jakby tego nie zauważała, zatopiona w próbie uchwycenia postrzeganego.

Macha do mnie. Kombinacje z moją twarzą i słomianymi walcami. No to rewanż, dla równowagi. Łapię jej twarz, niestety za okularami, których na złość nie chce zdjąć, a mi przyszło tą złość cierpliwie uszanować. Wreszcie pozwala mi się złapać za dłoń. Znika całe napięcie związane z wymuszonym przeze mnie obowiązkiem znalezienia się tu i teraz, chłonięcia resztek ciepła i światła jesieni. Jesteśmy chwilę w tym uścisku.

Zmieniamy kierunek. Idziemy teraz razem wzdłuż rzeki. W cieniu widać jesień, która wysadziła liczne małe grzybki w miejscu, gdzie pochylone źdźbła trzciny dotknęły resztek po rozkładających się gałęziach ściągniętych w to miejsce. Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Jeszcze parę kroków i jesteśmy.

Olśniewające kolory. Turzyce zrobiły się brudnorude. W zasadzie widzimy naraz wszystkie odcienie zaczynając od zieleni przechodzącej w brązy, z ciemną czerwienią włącznie. Wszystko to faluje z ciepłym wiatrem, przeplata się, zmienia. Na dole trawa jeszcze żywo zielona. Ewa siada na brzegu mojego widnokręgu, a ja rozglądam się i biegam, jak uchwycić ten niesamowity spokój, piękno płynące z normalności w wąskim kadrze, który do tego jeszcze zniekształca, krzywi, nie zapamięta zapachu, nie poczuje ciepła dłoni. Jej czerwona bluza polarowa mocno odznacza się od otoczenia. Wyciąga książkę. Skupia uwagę osłaniając twarz zasłonką z długich włosów. Łapią promienie słońca rozbijając je na wiele przebłysków rudego, kasztanowatego, prawie czarnego.

Siadamy razem. Jestem szczęśliwy. Wiem, że to się dzieje tu i teraz. Świadomość szczęścia jest we mnie, w każdej myśli, każdym spojrzeniu. Nie umiem tego z siebie wyrzucić, ale w środku wszystko we mnie odczuwa nagle spokój. Chcę jakoś zatrzymać, utrwalić ten moment. Wszystko jest takie, jakie kocham. Ewa z drwiącym zamyśleniem, z ciepłymi dłońmi, łukiem pleców pochylonych nad książką. Jest przyjaciel wiatr łagodnie kołyszący okolicą. Nade wszystko przestrzeń i światło wydobywające kolory z każdego kawałka świata. Zostańcie ze mną, trwajcie dalej. Niech nic się nie zmienia, dalej nie dojrzewa. Te włosy rozwiane, odsłonięta skóra, ciepła trawa. Jeszcze są biedronki i ostatnie motyle, jeszcze nawołują się ptaki, trwaj popołudnie. Polecie.

Czujemy, że zaczyna się robić późno. Naciągamy na siebie kolejne bluzy, zaciągamy rękawy. Stopy w skarpetki i tak dalej, noga za nogą. Wiatr przestaje być ciepły. Już czas. Ewa prowadzi mnie za rękę. Idę z wymuszona bezsilnością, bo dlaczego już koniec.

Nadlatuje kilka par żurawi. Ich klangor co roku jest dla mnie refrenem pieśni o nadchodzącej nieubłaganie strefy niejasności, zgnilizny, zimna i wilgoci. Coś we mnie krzyczy, jak w ich pieśni. Może nie uda mi się przetrwać, może im nie uda się powrócić?

Głośne kichnięcie Ewy.

Przeskakuję ogromną kałużę trochę mocząc buty. Śmiejemy się ze mnie.

Dodaj komentarz