Wpadłem w ciąg. Tym razem w odróżnieniu od ciągu alkoholowego jest to ciąg menedżerski. Po ludzku mówiąc klasa średnia, czyli szczebel kierownika i samodzielnego specjalisty załapał się na szkolenie zewnętrzne zorganizowane przez podobno wiodącą firmę od doradztwa personalnego. Firma, w której pracuję płaci, firma od doradztwa personalnego szkoli. My uczniowie wsiadamy w samochody, jedziemy do dużego ośrodka nad zawsze zimnym morzem. W ośrodku sala konferencyjna, krzesła i my. Prowadzący rozdaje kartki, zadania, trening intelektualny, werbalny. Nie pierwszy to już raz jestem na takim szkoleniu, więc oczekiwania spore.

 

Najbardziej do tej pory niezapomniane ćwiczenie miałem na studiach podyplomowych z zarządzania projektami. Prowadzący podzielił nas na grupy po 3-4 osoby. Każdej grupie rozdał komplet drewnianych listewek ponacinanych w taki sposób, że w sumie z nich wszystkich powinno dać się ułożyć dosyć skomplikowany wzór przypominający 4 przecinające się nawzajem prostokąty. Rozdał instrukcje i dał bodajże 40 minut na przygotowanie się do zadania. A samo zadanie polegało na ułożeniu z listewek zadanego wzoru na czas. Zaczynamy składać wzór, który dostaliśmy na kartce. Po około 30 minutach mam wrażenie, że zadanie jest bardzo trudne, wręcz nie do ułożenia w zadanym czasie. Do tego jeszcze mamy je zrealizować zespołowo, czyli podzielić listewki i dopasować na czas. Coś po 35 minutach udaje nam się po raz pierwszy ułożyć zadany wzór, a tu trzeba go jeszcze zapamiętać i umieć go odtworzyć! Na twarzy wszystkich uczestników zabawy zwątpienie, ale też wyraz determinacji, a także pot. No nic, do walki. Za pierwszym razem udaje nam się ułożyć zadany wzór w czasie poniżej dwóch minut. Za drugim razem poniżej 30 sekund. Wynik, który osiągnęliśmy, wydaje mi się czymś niesamowitym i nierealnym. Jeszcze 10 minut temu byłem gotowy się założyć, że tego zadania nie da się zrealizować w tak krótkim czasie. Po skończeniu zadania trochę inaczej patrzę na świat. Da się!

 

Podobnych emocji oczekiwałem po następnym szkoleniu. Co prawda inna firma, inne okoliczności przyrody, bo zamiast obcych ludzi z różnych firm, obcy ludzie z tej samej firmy. Całkiem fajnie, znowu pot, wyścigi, walka. Kilka niezapomnianych chwil. W pamięci zapadły mi szczególnie dwa.

 

Pierwsze. Każdy z nas dostał potężny plik kartek A4. Tak około 35. Wcielamy się w rolę nowego kierownika, który ma tylko dwie godziny na załatwienie mnóstwa spraw przed wyjazdem zagranicznym. Jedna kartka to jeden list, e-mail lub notatka. Mamy się połapać, co i jak, przydzielić sprawom priorytety, pozałatwiać je. Mamy na to bodajże 60 minut. Nie było łatwo, ale lubię takie zadania. Po jego zakończeniu omówiliśmy, co i jak.

 

Drugie. Każdy z nas dostał rysunek techniczny detalu w rzucie płaskim, okolo 15 wielokątów. Oprócz tego dostaliśmy układanki, coś 56 elementów, czyli poziom 6 letniego dziecka. Do tego kartki, ekierki, linijki, gumki, temperówki itp. Na całe zadanie mamy 45 minut. Zadanie składa się z dwóch części. Część pierwsza polega na precyzyjnym przerysowaniu detalu z zadaną dokładnością 0,5 mm. Część druga polega na ułożeniu układanki. Czas start... I znowu koncentracja, walka.

 

Wszystko szło fajnie do momentu, w którym prowadzący zażądał zwrotu materiałów, bo są objęte prawami autorskimi, a po takim szkoleniu już się zdarzyło, że materiały wyciekły do internetu. Nie przekonał mnie. Płacę, więc wymagam. Zdaje się, że zapłaciłem za jednorazowy występ artysty w postaci trenera z firmy doradztwa personalnego. Tak jakby był artystą weselnym. Ale. Ale na materiałach, które mu zwróciłem, były moje słowa, mój utwór. Wyraźnie było przecież powiedziane, że mogę, a nawet powinienem notować swoje odpowiedzi. Poza tym takie stawianie sprawy powoduje, że następnym razem ciężko się zastanowię, zanim jeszcze raz skorzystam z usług tej właśnie firmy na S. Bo skoro nie mogę zatrzymać materiałów, to może na rynku jest ktoś lepszy, kto przygotuje jeszcze ciekawsze ćwiczenia, będzie bardziej przekonujący, będzie znał więcej anegdot, nie da mi zasnąć na zajęciach... I przypadkiem zupełnym znam kogoś takiego.

 

Za nadmierne przywiązywanie uwagi do praw autorskich wielka czerwona kartka, o czym zresztą powiedziałem prowadzącemu. Niestety pozostali uczestnicy szkolenia przyjęli postawę prowadzącego jako coś normalnego. Taka sobie znieczulica. Pomimo że zapłacili. Zapamiętałem.

 

Refleksja korporacyjna. W trakcie jednego z ćwiczeń pojawił się opis następującej sytuacji. Mamy się wcielić w nowego menedżera, który awansował ponieważ jego poprzednik, bardzo szanowany człowiek o wielkim doświadczeniu, wyczuciu itd. niespodziewanie zmarł. Celem ćwiczenia jest takie pokierowanie zdarzeniami w firmie, by sobie poradzić pomimo straty niezwykle przecież istotnej postaci. Nie pojawia się motyw ani pogrzebu, ani żałoby. Jedynym elementem związanym bezpośrednio ze śmiercią człowieka jest list sekretarki, która prosi o urlop, ponieważ czuła się związana ze zmarłym. Zgodnie z rolą, w którą się wcielamy należy odmówić sekretarce urlopu, ponieważ jest potrzebna 'na stanowisku'.

 

Co pozostało po zmarłym? Tyle samo, co po pracowniku odchodzącym na emeryturę? Na ile jesteśmy potrzebni? Do którego momentu? Czego nas uczą korporacje? Ot, pytania retoryczne.

Dodaj komentarz