M. od razu się zgadza, żeby jechać ze mną na zakupy. Do wigilii zostało zaledwie kilka dni. Dla mnie to przedostatnia szansa, by w ogóle coś podłożyć pod świerka. Mam gotową listę rzeczy, co powinno zracjonalizować poszukiwania. Nie lubię centrów handlowych, ale tym razem nie mam specjalnie wyboru. Prawdopodobieństwo, że tu uda mi się skreślić z listy chociaż niektóre pozycje powinno tu być przecież większe, niż gdzie indziej. Tak sobie tłumaczę.

Przecież nienawidzę pośpiechu i mam w sobie tego popołudnia na tyle dużą siłę, by dostrzec swoją małość, sprzedajność czasu i inne takie tam. Ironicznie znaczy jest.

 

Powoli przebijamy się przez jeszcze bardziej niż zwykle zatłuczone ulice Oliwy, potem pełzniemy przez Wrzeszcz patrząc, jak wyprzedzają nas nieliczni grudniowi rowerzyści. Paskudnie jest na zewnątrz - marznąca wilgoć. Lewoskręt w kierunku GB jest zapchany od wysokości dawnej jednostki wojskowej. M. szarżuje i udaje nam się skręcić tylko po to, by zrozumieć, że dalej nie będzie łatwiej. Wykorzystujemy znajomość topografii Starego Wrzeszcza. Nadkładamy sporo drogi, ale samochód udaje nam się postawić w miarę blisko. Jeszcze tylko kilkaset metrów z buta w zamarzającym deszczu i jesteśmy.

 

Człap, człap, od sklepu do sklepu. Kolorowo, tłoczno, że aż się zmuszam, by jednak kontynuować. Powoli, sukcesywnie przeszukujemy półki w poszukiwaniu kolejnych pozycji z listy. Nawet nieźle idzie. Już jestem za połową. Jest chwila, żeby przystanąć i odetchnąć. No to oddychamy kapustą, mięchem, mieszaniną olejów wszelakich i przypalanych konserwantów. Jakiś geniusz wpadł na pomysł umieszczenia koło siebie kilku barów szybkiej obsługi. A stado ludzi wpadło na pomysł, by siedzieć w tym miejscu i pomimo że co chwilę są trącani przez przechodzących, próbować zjeść. Znieczulica, zatracenie gustu, smaku na rzecz sycenia głodu naszego powszedniego.

 

Między ludźmi przepycha się kobieta. Kilka kroków za nią ciągnie się potężnie zbudowany facet. Na ramieniu ma sznurek prowadzący do ogromnej, pękatej torby w kolorze ciepłego morza. Mały nie jest, ale torba przysłania cały jego dół. Przygięty do ziemi bardziej chyba od myśli coraz wyraźniejszej niż od ciężaru torby wyrzuca z siebie na głos tuż koło mnie: „Jak ja k@%! nie lubię zakupów”. Wystawia przed siebie tę torbę i w nią kopie, co drugi raz.

 

Chwilę później na innym piętrze głośne kobiece głosy. „Złodzieje. K@%! jak tu drogo. Więcej nas tu nie zobaczą”. Ubrane jaskrawo, kolorowo. Odpychają się od tłumu, idą pewnym krokiem, wymachując bokami.

 

Szaleństwo zakupów.

 

 

**

 

Wysyłam sms, że nadleci do niej wigilijny motyl. Odpisuje pytaniem, czy ma otworzyć okno, by mógł wlecieć, bo zimno i jak go pozna. Wolałem uprzedzić, bo jeszcze by się spłoszyła, a tak już wie i będzie w domu.

 

Dzwoni do mnie wigilijny motyl, że zimno jest, musiałby biec przez Oliwę, jest zimno a kreacja jest mało wyjściowa, szczególnie że po drodze będzie mijać komisariat. Przekonał mnie. Chwilę później siedzę w samochodzie i nagrzewam diesla. W progu klatki, w której przyszło motylowi przekroczyć trzydziestkę ściskam krótko wigilijnie dłoń znajomego, coś tam sobie życzymy o świętach.

 

Motyl ma dwa metry wzrostu i jest niezwyczajnie chudy. Na tyle, że gdy stanął bez koszulki na komisji wojskowej, dali mu kategorię D bez dalszych badań. Naciągnął na członki zimowy strój sportowy. Czarny, lekko połyskliwy, uwypuklający i członki i członka. Na oczy żółte okulary ochronne z wkładkami korekcyjnymi. Wygląda przez to jak cyborg, ale czego się nie robi dla ochrony gałek, a do roli motyla pasuje. Na głowie opaska z różowymi serduszkami. Do kompletu różowe skrzydła motyla na gumach, gotowe do zamontowania na plecach, jedno z lekka dziurawe w górnej części. Pożyczone od siostry, a może przehandlowany raczej?

 

Jedziemy do Sopotu. Umówiłem się z kwiaciarkami dzień wcześniej na konkretną godzinę. Zajeżdżam, odbieram bukiet krzaczkowatych róż, wyszczerzając się do nich i do długaśnej kolejki. Zielone wtryniam na tylne siedzenie i przebijamy się przez szarość wigilijnego grudnia. Skręty, światła, zwalniam, jest miejsce. Parking, anioł wyciąga się stopniowo z samochodu, po chwili prostuje. Szeleści siatami, wyciąga skrzydła. Poprawiam mu gumy na plecach, by było w miarę godnie i jak na wigilijnego motyla przystało. W jedną rękę wiecheć pąków, w drugiej siateczka z przesłaniem osobistym i poliwęglanowym nośnikiem z muzyką. Motyl nabiera w wątłą klatę zawilgocony zimny grudzień i mknie żwawo we wskazanym kierunku. Obserwuję go przez szybę. No nie...

 

Łapię za telefon, bo pofrunął za daleko, minął cel. Robi nawrót i tym razem trafia we właściwą furtkę. Za dwie minuty jest z powrotem.

 

Zdyszany, szczerzy się. Mówi, że ryknęła śmiechem, wiecheć i torebkę wzięła, dziękując za pamięć?

 

Wracamy. Popiskuje sms. Jadę przecież. Nie chce mi się czytać. Czar przywołania motyla z wiechciem mnie zmęczył psychicznie i nastawił ostentacyjnie. Motyl jest ciekawy, chce wiedzieć. Czytam, ale zimne słowa, chociaż że fajnie, bo rzadko motyle wigilijne itd.

 

Dziękuje, ale nie kocha.

 

 

Dodaj komentarz