Robi się moda na sieci. Najpierw firmę, w której się udzielam w chwilach niewolnych, w swoją sieć złapała inna firma oferująca na komercyjnych zasadach usługi dla zdrowia. Boli ząb, serducho nie pika jak powinno, innka kolka czy zgaga, wszak zdarza się nawet pracownikowi korporacji. W okolicznościach socjalistycznego państwa opiekuńczego należało się udać do placówki, z którą kontrakt podpisał akurat NFZ, potem wybrać lekarza, znieść fochy paniuś wpisujących jednym palcem z klawiatury jakieś tam identyfikatory zza grubych szkieł okularowych, odsiedzieć swoje w kolejce, spotkać się z lekarzem, który opanował posługiwanie się długopisem w stopniu pozwalającym tylko jemu zrozumieć swe wpisy. Dalej trzeba by zapisać się w długą kolejkę na badania diagnostyczne i po czasie nie możliwym do przewidzenia rozpocząć proces leczenia. Na zasadach komercyjnych wszystko, co wcześniej, uległo wygładzeniu. Ściany w placówkach sieciowych są czyste, kolejek w zasadzie nie ma, przerób jest. Komputerem posługują się już lekarze. Nadal niezdarnie, bo jednym palcem, ale dane trafiają gdzie powinny, a diagnostyka zajmuje godziny. Czyli postęp.

 

Kolejną sieć zastawiła firma, która sobie ubrdała malowniczo, że będę chiał uprawiać 'sport'  chyba. Tak przynajmniej wniosłem z nazwy reklamowanego produktu, czyli 'Multisport'. Idea jest taka, że wpłacam trochę pieniędzy, resztę sumy wpłaca zakład pracy, w którym się udzielamy i w zamian za to mogę sobie chodzić na wybrane obiekty należące do sieci i swe ziemskie jestestwo poddawać. Ze sportem nie ma to nic wspólnego, więc nazwa całego programu jest chybiona, co w moim przypadku uruchamia od razu nieufność. Sport to nie zdrowie, a pieniądze. Wielka machina z niezrozumiałych dla mnie przyczyn finansowana z moich podatków, mająca na celu zwycięstwa nielicznych nad równie nielicznymi spod innego godła i flagi. Proces brudny, grający na szowinizmach, nastawiony na selekcję. Wygrywasz, kochamy Cię, przegrywasz, znikasz. Ów 'multisport' raczej zwać się powinien 'rekreacja', czy raczej bardziej słowiańsko 'zmęczon'. Ale nic to, przejrzałem ofertę. Nie znalazłem nic, poza ewentualnie kursami tańca, co pozwoliłoby się załodze kapitalistycznej placówki zwanej melancholijnie 'zakładem pracy' zintegrować. Głównie siłownie, baseny i aerobiki. A gdyby tak zespołowo? Choćby ograne przecież pykanie w piłkę okrągłą? Nie, niestety. Żadnej siatkówki, koszykówki. Nawet ping-pong, który na ogół wymaga dwóch uczestników, to już za wiele. Ot, postawiono na indywidualizm. Powiało sprawnymi, acz spoconymi singielkami bezskutecznie próbującymi zażegnać cellulitisowi i posuwającymi się małżonkami postanawiającymi zadbać. I takimiż spóźnionymi młodzieńcami gapiącymi się na ich tyłki.

 

Zabrakło oferty mniej zakłamanej, którą nazwałem roboczo 'piwo+' (piwo plus). Coś dla tych, którzy już pogodzili się z niewielką oponką z przodu, która z czasem być moze się rozrośnie. Preferujących raczej zajęcia grupowe, ale nie powodujące nadwyrężenia, a pozwalających poczuć się z innymi. Bilard, kulanie w kręgle. Takie niewinne przykłady. Generalnie wszystkie te formy aktywności, przy których można napić się piwa, słowo zamienić i miło jest. W tle muzyka zagęszczana saksofonem i brzmiąca fortepianikiem, melodyjnie. Bez samotnych wyścigów po bieżni, dźwigania po raz n + 1 sztangi, przepłyniętego basenu w zasikanej wodzie.

 

Odkryłem niszę rynkową dla statusiałych i osiadłych? Oponki czar, portfelu opróżnianie...

Dodaj komentarz