Idę z psem ulcią Piastowską.
Nie mam przecież psa.
Dochodzę do siatkowego ogrodzenia baraków firmy obsługującej miasto, czyli wywożącej śmieci, odśnieżanie i tego typu miejskie zabaw. Nie ma już od dawna tej firmy.
Tej firmy już dawno nie ma. Teraz w tym miejscu jest duży plac budowy i powstają apartamentowce. 
Słyszy charakterystyczny gwizd zimorodka. Wiem, że od tego momentu mam jakieś 3-5 s na jego dostrzeżenie. Jeżeli mi się ta sztuka nie uda, to nie zobaczę siedzącego zimorodka. Potem będę miał jeszcze jedną szansę ujrzenia zimorodka w locie. Przywieram do siatki ogrodzeniowej, zapominam o psie. Staram się zajrzeć w lewy róg ogrodzenia, tak bardzo, jak to tylko możliwe, by dojrzeć ptaszka. Wiem, że samcowi ze swoimi kolorami jest trudno się ukryć. Będzie się wybijał z otoczenia. Zauważam starą furtkę w ogordzeniu. Ma tylko skobel. Wchodzę za ogrodzenie. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegam, że po lewej stronie obejścia, w które właśnie wszedłem, rozpościera się ogromny dół w ziemi, coś jakby opuszczone wyrobisko piasku. Na dnie jest zbiornik wodny. Z jednej ze ścian, tej odchodzącej od ulicy Piastowskiej, wystaje rura, z której spływa woda. Rura w zboczu jest zamocowana pękającym betonem.
Nie ma ptaszka. Przynajmniej ja go nie widzę. Hm... W tym momencie, wydając ten sam gwizd, zryba się mały ptaszek. Jest brązowy. Tylko na skrzydłach ma białe lusterka.
No jasne, przecież to samica. 
Patrzę, jak obniża lot nad wodę i robi koło w kierunku wylotu ze zbiornika wody. Gdy się do niego zbliża, dołącza do niej przepiękny, skrzący się jaskrawymi kolorami  drugi ptaszek. Prawie natychmiast pojawia się też drugi, równie kolorowy. Zaczynają walkę w powietrzu. Trwa ona zaledwie kilka sekund, ale jest bardzo gwałtowna. Ten samczyk, który pojawił się jako drugi, odbija w locie i opuszcza teren stawu. Pozostała para ptaszków robi pełen obrót i znika w szczelinie betonu mocującego rurę wylotową z wodą.
Wiem, gdzie jest gniazdo zimorodków! 
 
Obudziłem się bardzo szczęśliwy. 
Dodaj komentarz