Co za dzień... Dzień tysiąca telefonów. Najpiew ja do Polaka, potem Polacy do mnie. A dalej to już poszło dosyć szeroko. Francuz mówiący niesamowitą wersją angielskiego, z taką liczbą naleciałości francuskich, że z trudem łapałem sens całych zdrań, nie mówiąc o poszczególnych słowach. Dalej Niemki sekretarki ze swoim uroczym "entschulgigung", Holender, znowu Polak... Pod koniec dnia zrobiła się 16:30 i zadzwonił Słowak. Wreszcie odetchnąłem. Ciekawe, że niektóre sekretarki nawet nie starają się wytłumaczyć, że nie mówią po angielsku. Przyjmują stosując sobie jedynie zrozumiałą logiką, że ja zrozumiem to, co one mają mi do powiedzenia. Tak postępują Austriaczki. Niemki przynajmniej próbują sprawdzić, czy rozumiem ich szwargot.
 
Pół dnia ze słuchawką przy uchu, wklepując 11 cyfrowe ciągi. Pomyłka na ostatniej cyfrze szczególnie denerwuje. Ucho się poci, wkoło szum rozmów. I ja próbujący się dowiedzieć na zadane tematy. Ot, biurowa codzienność. 
Dodaj komentarz