Tak się składa, że niektórzy w biurze lubią zjeść śniadanie. Z niezrozumiałych powodów nie potrafią zaopatrzyć się w składniki, czy zrobić sobie kanapki przed przyjściem do pracy. Niepisana świecka tradycja pozwalała przed śniadaniem wyskoczyć na zakupy do pobliskiego sklepu. Fakt, że budynek biura mieści się w okolicy, w której nie ma żadnego baru czy restauracji w promieniu przynajmniej kilometra, jak nie więcej. Za to jakieś 200 m od firmy jest tradycyjny 'spożywczak'. Obok jest jeszcze sklep z pieczywem, oferujący nieraz świeże, ciepłe bułki.

By zachować delikatną równowagę pomiędzy pracodawcą a pracownikiem Ci, którzy nie potrafią sobie przynieść śniadania z domu obmyślili chytry plan, by po składniki do pobliskich sklepów zasuwał tylko jeden z nich. Tak zaczął się codzienny rytuał. Najpierw wybory 'dyżurnego', potem spacer po piętrze z karteczką: kto co chce, ile, za ile itd. Wreszcie z siatą wyrusza, czy słońce, czy deszcz. Po powrocie rozdział zakupów i wspólna konsumpcja.

 

Ponieważ pogoda nie zawsze sprzyja, a ponadto trzeba dużo pamiętać i do tego nosić, dyżurnym najczęściej zostaje student lub najmłodszy z młodych. Tak było i tym razem. Dyżurnym został Piotr, student ostatniego roku elektroniki, pracujący od zaledwie kilku tygodni. Przyjął zadanie z godnością i ruszył w dół po schodach prowadzących do wyjścia z budynku. Przy samych drzwiach spotkał poprzedniego szefa, który wprawdzie formalnie oddał już władzę, ale że firmę własnymi rękami przez n lat budował, a do tego zachował część własności, więc estyma i szacunek. Szef uznawał codzienne pielgrzymki pracowników za chlebem i innym jogurtem, odbywające się do tego w różnych porach dnia, za zwyczajną marnację czasu i zasobów, ale sprawa niknęła wobec nawału spraw o większym priorytecie, wracając jednak co jakiś czas, gdy próba połączenia się przez telefon z przypadkowo wybraną osobą kończyła się niepowodzeniem, co później było objaśniane przez pracownika wyprawą po śniadanie.

 

Oto zetknięcie dwóch osobowości. Poprzedni szef, w sile wieku, żywa legenda, siwa skroń, zawsze elegancko ubrany, co własnymi rękami, dzięki czemu mogą kolejne pokolenia i student młody, rozchełstany:

 

- Dzień dobry. - Piotr przytomnie.

- O, dzień dobry. - Szef jak zwykle z lekkim uśmiechem, oceniając jednocześnie sytuacje. Widać jednak, że chyba Piotra nie kojarzy z imienia, co najwyżej z twarzy. Wbija wzrok w siatę płócienną, z wyraźnie widocznym dużym logo firmy, co ją zakładał.

- Tak rano wychodzisz? - Szef, kontynuując.

- Tak, idę po bułki. Chce szef kilka? - Piotr na to, w pełni wykorzystując szczerość płynącą z młodości i serca prostoty.

Szef coś odburknął niezrozumiale, lekko się zapowietrzając. Piotr wzruszył ramionami, wyminął szefa i opuścił budynek.

 

Tak oto sprawa bułek trafiła na posiedzenie zarządu. Ku chwale organizacji...

 

---------------

Zbieżność imion i postaci czysto przypadkowa.

Dodaj komentarz