Harcerze jakoś nie kojarzyli mi się w młodości zbyt dobrze. Może to przez konieczność zasuwania w mundurkach, dziwną hierarchię, lepszą organizację. A może dlatego, że żadnego nigdy bliżej nie poznałem, a Ci, o których wiedziałem, że są harcerzami, sprawiali wrażenie dosyć zagubionych w czasie i przestrzeni i niebardzo ogarniali tu i teraz?

Mniejsza o to. Trafiłem szczęśliwie w towarzystwo, które samodzielnie potrafiło już w ogólniaku zorganizować się na tyle, by zabrać oprócz plecaków namioty i nawet umieć zrobić coś do jedzenia. Do tego opanowaliśmy wyprawy w co bardziej odległe zakątki Polski.

 

Jedna z takich wypraw, w mieszanym zresztą towarzystwie damsko-męskim, trafiła w Bory Tucholskie. Za bazę służył mały drewniany wiejski dom. Piękno okolicy, które doceniłem dopiero po wielu latach, naszej młodej drużynie dosyć szybko się sprzykrzyło. Powstawały co chwilę śmiałe koncepcje, co by tu w kolejny wieczór. Jeden z nas przypomniał sobie, że przecież przez okno pociągu widział obóz harcerski. Tu zagrał na wyobraźni zgromadzonej młodzieży odmalowując obraz nocnej wyprawy mającej na celu ściągnięcie harcerzom z masztu flagi, co pozwoli odnieść moralne zwycięstwo, zarządać okupu itd.

 

Plan w swej prostocie chwytliwy. Latarki są? Nie, ale jest latarka. Trasa mniej więcej znana. Ruszamy.

 

Rzeczywiście, po dosyć długim marszu docieramy w pobliże obozu. Jest już prawie zupełnie ciemno. Kontury wojskowych namiotów słabo odcinają się od otaczającego mroku. Widać też wysoki maszt, a na nim flagę. Wydaje się, że nikt go nie pilnuje. W oddali słychać jakieś głosy, w tym męskie. Co za wyzwanie!

 

Ściszonymi głosami omawiamy plan. Są wśród nas dziewczyny, a trzeba będzie biec. To może z kilku stron? A nie lepiej jedna osoba się podkradnie? Hm, a co dalej? Trzeba zostawić jakiś list, że okup, gdzie znajdą flagę. Dobra, to do dzieła.

 

W dogodnym momencie wyznaczony do akcji Piotr przelazł pod płotem i otoczył jeden z namiotów. Zmylił mnie ten manewr, bo do masztu prowdziła prosta droga. Chwila oczekiwania i niepewności. Gdzieś przepadł! Czas zaczął się ślimaczyć.

 

Nagle słyszymy pisk dziecka, na niewprawne ucho dziewczynki. Piotr szamocze się ze sznurkiem przy maszcie. Widać, że coś mu nie wychodzi. Słychać męski okrzyk 'Stój!'. Dynamika rośnie. Piotr szarpie za sznurek, zrywając cały takielunek, ale ma i flagę. Uciekając zwija to wszystko w kłębek. Przesadza płot obozu, tym razem górą. Wysyczał 'uciekajcie' i zniknął w ciemnościach. W obozie zapaliły się latarki, słychać męskie głosy. Dajemy w długą, nieco rozbiegając się po lesie. Jest ciemno, prawie nic nie widzę. Las jest rzadki, do tego sosnowy. Dostałem w facjatę na odlew od drzewka. Część z nas ubrała się 'na zielono' by nie powiedzieć, że po wojskowemu. Ale nie dziewczyny. O nie, gdzieżby. Jaskrawe ortalionowe kurteczki, dobry wieczór.

 

Po chwili słyszymy, że jesteśmy gonieni. Do tego jedna z koleżanek informuje nasz peletonik, że Bożena ma chore serce, nie może się denerwować, a co dopiero biegać. Do tego ma już kłopoty z oddychaniem. Na to Bożena, że da radę. I padła. No tak, wyprawa łupieżcza z babami.

 

Oddział mścicieli z obozu harcerskiego bez trudu nas dopadł. Okazało się, że to dwaj faceci, którzy już byli w wojsku. Ponieważ nie stawialiśmy oporu, więc zostaliśmy doprowadzeni do obozu bez zastosowania jakiś specjalnych środków przymusu.

 

Tu, już przy dużo lepszym świetle, okazało się, że jest ich tylko dwóch. Zaczęły się wyjaśnienia. Że flaga, harcerze, okup. No tak, wszystko fajnie, stwierdził jeden z opiekunów obozu, ale napadliśmy na obóz, w którym średnia wieku to lat 11. Dziewczynka, na którą wpadł Piotr, dostała spazmów, o czym musieli zawiadomić kogoś gdzieś. Zadzwonili też przytomnie na policję, informując o napaści. I po co ta flaga, co to za pomysł. No to jeszcze raz, od początku, nasza epicka wersja. Na to oni, że acha, ale to dzieci przecież. Dobrze, że nikomu nic się nie stało, ale coś trzeba powiedzieć policji. My, że przecież tak się zdarza, że harcerzom giną flagi. Oni na to, że nie słyszeli, a poza tym to harcerze ściągają flagi harcerzom, wzajemnie się informując o takich akcjach, a nie tak w nocy, małym dzieciom. Przecież teraz spazmy, policja. Kim my jesteśmy, skąd. Co to za pomysł. I od początku...

 

Rozeszło się po kościach. Policja nie dojechała do obozu, bo nastąpił telefon wyjaśniający. Flaga została zwrócona. Dzieci zachowały cudem spokój. Spazmy chyba nie spowodowały zmian w psychice do końca życia, chociaż i tak być mogło. Bożena przeżyła, pomimo wady serca. Wracaliśmy w świetle jedynej latarki, wsłuchując się w szum ortalionu, omawiając przyczyny porażki.

 

Czuwaj...

Dodaj komentarz