Kolejny program unijy, kapitał ludzki. Zapisy, długi proces rekrutacji. Wreszie telefon w środku tygodnia, że zostałem zakwalifikowany. Hm... Kryteriami był wiek i płeć. Preferowane były kobiety po 45 roku życia, względnie przedstawiciela obojga płci powyżej 45 roku życia. Od razu zaczęły się żarty, że Unia preferuje stare, chore (ślepe?), niepracujące kobiety, więc nie miałem szansy przedrzeć się przez parytet, będąc w miarę zdrowym samcem w nieodpowiednim do wsparcia ze strony czynników ogólnoeuropejskich wieku. Szkoda, że o przyjęciu do programu Akademia Realnych Kompetencji dowiedziałem się na 4 dni przed rozpoczęciem zajęć, co pokrzyżowało mi plany weekendowe i naraziło na stratę pewnej sumy pieniędzy. Nic to, pomyślałem. A był to dopiero początek niespodzianek.

 

 

Następnego dnia zadzwoniłem, bo nie dotarł do mnie zapowiedziany e-mail z programem zajęć. Przeproszono mnie, a chwilę później program dostałem. No dobra. Minimalistyczny dość, ale może tak miało być.  Najważniejsze informacje są. Następnego dnia przyszedł kolejny e-mail z informacją, że nie zostałem zakwalifikowany do programu. Eeeeeyyyyy? Kolejny telefon, kolejne przeprosiny. Jednak jestem na liście, mam przyjść.

 

Sobota, pierwszy dzień zajęć. Docieram pod wskazany adres, chociaż nie było łatwo, bo obca mi była ta część miasta Sopot. Wpadam, a tu w recepcji nikogo, w pierwszej sali nikogo, w drugiej też, w trzeciej tak samo. Miotam się trochę, pytam jedną osobę, drugą. Dobra, moje zajęcia się już zaczęły. Zastanawia mnie grupa ludzi przed drzwiami krytycznie patrząca się w sufit. Zaglądam z wrodzonej ciekawości. Dobrze wyposażona sala komputerowa, nowe meble. A z sufitu płynie strumień. Ach, to wiosna, wiosna pani, stopiła śnieg, a woda znalazła najkrótszą drogę.

 

Wpadam do innej sali, wypełnionej wyłącznie męską populacją. Ponieważ jestem spóźniony, więc nerwowo rzucam się do wskazanego biurka i czym prędzej włączam komputer. Pi, pi, pi, pi... BIOS przekazał komunikat prawdopodobnie o śmierci pamięci i wstrzymał pracę maszyny. Hm... No to rezolutnie przesiadam się na inne stanowisko pracy, jeszcze nie obsadzone, zapewne z powodu czyjegoś spóźnienia. Tym razem komputer odpala. Wpada miła pani z CombiData i rozdaje materiały oraz długopisy. Spośród długopisów tylko mój pisze dla odmiany. Materiały są natomiast niekatualne, sprzed dwóch lat, innego autora. Ale jest rzutnik, jest ekran, można działać. Co prawda nie działa wskaźnik laserowy, bo padły jego baterie, ale za to wykładowca odnalazł prasłowiański długi kij, który się sprawił.

 

No to zaczynamy... Poznaję moc swojej akademii. Tak oto nabywam kolejne realne kompetencje, ucząc się jak administrować systemami komputerowymi, w tym Linuxem (!).

Dodaj komentarz