Chłodny kwietniowy poranek. Czuję się bardzo niewyspany. Zwykle w sobotnie poranki pozwalam sobie na odsypianie zaległości z całego tygodnia. Tym razem od samego rana spędzam czas z Łukaszem. Właśnie trafił się jeden z tych jeszcze nielicznych momentów, kiedy wystarczy mu moja cicha obecność w zasięgu wzroku. Stoi na wysokości swojego stolika, na którym w nieładzie zgromadził rózne narzędzia pracy młodego grafika. Zepchnął je wszystkie w głąb blatu. Na krawędzi ustawił małą plastikową kolorową buteleczkę z dużą nakrętką.
- Ciekawe, czy tu w środku coś jeszcze zostało.
- Ychm... - odpowiadam.
 
Na jego twarzy maluje się skupienie. Odkręca pokrywkę. Delikatnie wyciąga zespolony z nią plastikowy patyk zakończony oczkiem. Już wiem, co to jest. Sam kiedyś się tym bawiłem. To 'pojemnik na bańki mydlane'. No i zaczęlo się.
 
Bańka za bańką. Te pierwsze jakieś takie szarpane gwałtownymi podmuchami z małych płuc, nieduże. Nie interweniuję. Próbuję drzemać. Łukasz obserwuje mnie, czy widzę, co robi. Nabiera kolejne porcje i wydmuchuje bańki. Puszcza je pod światło, tak, by widzieć odbijające się w nich światło słoneczne. Po chwili dostrzega, że bańki, które osiądą na przedmiotach wcześniej zmoczonych pozostałościami po poprzednich bańkach, 'żyją' trochę dłużej.
 
- Zobacz, zobacz!
- Ychm... - odpowiadam.
 
Zamykam oczy. Jest tak cudownie cicho. Gdy je otwieram, widzę jak Łukasz już całkiem sprawnie wydmuchuje coraz większe bańki. Następnie próbuje je złapać na oczko pokrywki, z którego dopiero co zostały wydmuchane. Udaje mu się mniej więcej raz na pięć razy. Gdy złapie taką bańkę, uśmiecha się, a następnie przenosi ją na czubek buteleczki z bańkowym płynem. Bańka dzięki temu wiruje kolorami jeszcze przez dłuższą chwilę. Raz udało mu się nawet posadowić dwie bańki, jedną na drugiej.
 
- Takie całe kolorowe się kręcą.
- Tak, jak w tęczy. - odpowiadam.
 
Znowu zamykam oczy. Ten sam obrazek, raz za razem. Co jakiś czas tylko stukanie oczka do puszczania baniek o dno naczynia z płynem. Po chwili ten sam uśmiech. To samo skupienie i oczy wędrujące za lecącą bańką. Wiele baniek pęka, zanim dadzą się złapać na oczko. Wiele pęka, zanim dadzą się donieść na czubek naczynia. Niezmiennie za każdym razem uśmiech Łukasza.
 
Ciekawe w którym momencie straciłem tą umiejętność cieszenia się wciąż tą samą czynnością. Radość z powtarzania, może doskonalenia. Dzisiaj wolę raczej, gdy coś mi wyjdzie za pierwszym razem. Najczęściej przecież nie ma drugiej próby. Słońce wpadające przez okno, przenoszenie baniek mydlanych. Przyglądanie się kręcącym się mydlinom. Uśmiech małego człowieka. Piękno.
 
- A wiesz, że udało mi się już raz zapalić prawdziwą zapałkę? - Łukasz patrzy na mnie sponad kolejnej wirującej bańki, którą właśnie posadził na buteleczce.
 
Muszę być jednak czujny. Dzieci dzisiaj szybko dorastają.
Dodaj komentarz