Znowu jak ten marynarz, co po powrocie do portu z bardzo długiego rejsu, podczas którego marzył tylko i przede wszystkim o tym momencie, kiedy wreszcie dotknie stopą stałego lądu i wreszcie będzie mógł się zająć tymi wszystkimi sprawami, których nie mógł robić w czasie rejsu, popada w odrętwienie. Tematów jest tak wiele, czas przecieka między palcami. Lista zadań jak zawsze za długa, pragnienie odpoczynku obezwładnia. Każda z tych chwil jest tak piękna i tak cenna. Chciałoby się wszystkie zatrzymać, zamrozić, by potem, w czas kolejnego rejsu cieszyć się nimi, ściągać z otchłani niepamięci...
 
Czuję się podobnie. Czas biegnie nieubłaganie. Z planów ogólnych pozostaje tylko ogólne wrażenie, że trzeba dać odpór pośpiechowi i robić tylko to, co cieszy. W efekcie nawet tak prosta operacja jak założenie bagażnika na dach samochodu ciągnie się ponad godzinę.
 
Wreszcie jestem, obok mnie Łukasz. Spędzimy razem kilka długich dni. W zasadzie bez dostępu do Internetu i innych czasowstrzymywaczy cywilizacyjnych. Być może uda się wsiąść na rowery i pognać w przestrzeń okolicy. Póki co jednak przede wszystkim jest zimno.
 
Budujemy tor samochodowy dla małych chińskich samochodzików. Zabawka jak marzenie. Można skonstruować ogromne pętle po których samochodziki pędzą z zawrotną prędkością. Kiedyś dodatkowo świeciły im się światła. Miałem nawet przywieźć jedną z takich miniaturowych żaróweczek zakupioną w sklepie elektronicznym, ale gdzieś przepadła pośród fałd portfelu. Został tylko woreczek. Jakoś nie miał odwagi się zgubić, drażniąc mnie tym bardziej swoją obecnością.
 
Nadal zimno. Przywiozłem ze sobą koło do rowerka, na oponie napis 12 1/2, pewnie cala. Ile się nadenerwowałem, przy okazji łamiąc łyżkę z bardzo twardego plastiku. Z innej 'dętkowej' akcji wyniosłem naukę, by nigdy, przenigdy nie używać do ściągania dętek śrubokrętów. W końcu z rozpaczy chwyciłem za ogromny śrubokręt ojca. Wtedy się udało. Dzisiaj już mi leci krew z kostki palca wskazującego. Jak zwykle z tego samego miejsca. Obtarcie i uderzenie. Gęsta czerwona ciecz powoli się sączy przez przerwaną skórę i miesza ze smarem. Dosyć tego. Łukasz przynosi mi dłuto, chociaż prosiłem o śrubokręt. Ale przecież nadal zachowuję spokój. Podważam oponę 12 1/2 i zastanawiam się, kto puści pierwszy: dłuto, skraj aluminiowej felgi koła czy może opona. Wreszcie charakteryzstyczny, trudny do opisania dźwięk, jakby coś pękało. Opona wyskakuje z wnętrza felgi. Reszta to już kwestia czasu.
 
Chodzimy chwilę po Czarnym. Jedną z zalet 'samego centrum' jest plac z trzech stron ogrodzony wysokim na jakieś pół metra murkiem. W pobliskim sklepie spożywczym jest automat, w którym za 1 pln można kupić gumową piłeczkę o nadzwyczajnej sprężystości. Rzucam tą piłeczkę Łukaszowi, on próbuje ją złapać, potem on rzuca ją mi. Zabawy jest na dobre 15 minut, gdy w końcu ma dosyć. Łukasz biega między ludźmi, nie kryjąc przy tym radości. Wzrok ma wbity w piłeczkę, która często zupełnie nieprzewidywalnie zmienia tor swojego lotu. Przez cały czas pędzi z maksymalną prędkością, zarzucając nogami podczas gwałtownych skrętów, próbując nadążyć za zmieniającą się sytuacją.
 
Czarne zmienia oblicze. Zdumiewające, jak niewiele trzeba było, by z wyjątkowo smutnej miejscowości, przeraźliwie szarej i ograniczonej, zaczęły bić jakieś kolory. Żółte, jaskrawo błękitne. Nawet dzielnicowy transformator, schowany między śmietnikami a kioskiem ruchu, dostał pomarańczową powłokę. Patrzę na te kilka uliczek, na jakby posklejane kamieniczki. Wszystkie niby inne, a jednak tworzące jedną całość. Przy placu znowu jest restauracja. Prawdziwy kelner pod muchą, z narzędziem pracy w postaci białawej ścierki. Miasteczko.
 
Co mniej więcej pięć minut kolejny ciągnik zarzuca lekko na zakręcie na Rzeczenicę ciągnąc za sobą dłużyce. Jedyna wieżyczka na jednej z kamienic patrzy przetrąconymi okiennicami. Przy placu zasiedli mężczyźni zmagający się z kacem. Jeden z nich w pobliskim sklepie przekonywał sprzedawcę, że może mu dać wódkę bez pieniędzy. Przy tym samym placu są teraz aż trzy apteki. Przypadek?
 
Jeszcze ognisko. Łukasz uparł się, że koniecznie musi je zagasić. Ciągnie za sobą pełen pięciolitrowy baniak wody. Po dotarciu do ogniska nie ma siły, by go podnieść. Sporo wody wylewa się na trawę. Wreszcie ciska całą butlą w ogień, który znika pod potokiem wody. Dobrze? Nie wiem. Zostawia butlę i ucieka do domu. 
 
Chciałoby się więcej, ale komputer bardzo hałasuje, a stoi w pokoju Łukasza. Zresztą obiektywnie robi się późno. Żałuję, że nie mogę się zdecydować na laptopa. Mógłbym wtedy dalej klepać co swoje, dalej w noc. 
Dodaj komentarz