20110419_WniosekPaszport

Argentyna wzywa, a niestety by tam wjechać, póki co trzeba mieć paszport. Wszystko jedno, jak bardzo jest to absurdalne, czy denerwujące, tak to już jest. Sieć powiązań pomiędzy organizacjami zwanymi państwami zmusza obywatela co jakiś czas, by stawić się w urzędzie, by zdobyć kolejną książeczkę, ważną do 10 lat, by dzięki temu przekroczyć granice. Oto ja, obywatel, staję kolejny raz przed urzędem. Zaczęło się, jak to w słowiańskim kraju...

 

Na dobry początek urząd przyjmuje w godzinach mojej pracy oprócz... wtorków, kiedy to jest życiowa szansa na widzenie z urzędnikiem aż do 18. No dobra, tyle Internet. Acha, z ciekawostek wiejących co najmniej egzotyką: wniosku paszportowego nie można sobie wydrukować w domu. Nie, trzeba po formularz osobiście pojechać do urzędu. No cudownie... W dobie Internetu i podobno e-urzędu.

Tydzień później mam wypełniony wniosek, zrobione zdjęcia biometryczne, czyli nos, ucho, oko wyraziste itd. Opłatę raczyłem wnieść drogą elektroniczną. Walę do urzędu kolejny raz. Jest trochę po szesnastej, ale ciżba okrutna. Takich jak ja stado, a do tego zjeżdżają się rodziny: tatusiowie, co właśnie wyrwali się z roboty, mamusie, co pognały do przedszkoli i szkół, teraz spotykają się w korytarzu, lekko spotniali, za to całkiem zdenerwowani. W holu sali urzędu coś jak słupek, wypluwający z siebie po naciśnięciu przycisku papierek, który jest przepustką do spotkania z urzędnikiem. No i proszę. Ledwo po szesnastej, a słupek już mi zakomunikował, że tego dnia nie zostanę obsłużony. Że jak? Dla mnie oznacza to kolejny wtorek, bo przecież nie będę się zrywał z pracy tylko po to, by dostać paszport. Aż tak zdeterminowany, by opuścić kraj piękny i z ciekawymi ludźmi nie jestem.

Miotać zaczynają mną gorące uczucia. Przede wszystkim zawsze frustrująca bezsilność. Co tu można zrobić? Przykopać w ten durny słupek? Panie pracujące przy przyjmowaniu wniosków pewnie dziennie poznają masę ludzi i kolejny awanturujący się klient ich życia jakościowo już i tak nie zmienia. Są tylko elementem całego mechanizmu, nie będąc odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację. Ot, taki błąd systemu. Obywatel nie ma się nawet komu poskarżyć. Panie od wniosków się zwijają, jak potrafią, co widać gołym okiem przez pobliską szybę. Przeglądam tablicę w holu, informującą, co jeszcze dzieje się w tym wielkim budynku. Szukam kogoś, kto zarządza tym całym bałaganem, ale nikogo takiego nie znajduję. Nie no, nie dam się. Postanawiam odczekać z pół godziny i gdy się trochę poluzuje w poczekalni po prostu podejść do jednej z pań i poprosić o obsłużenie. Z czasem rzeczywiście zaczyna się przerzedzać, ale nie dlatego, że klienci są tak sprawnie obsługiwani, tylko dlatego, że po przeczytaniu tekstu na kwitku wypluwanym przez cierpliwy słupek rezygnują i postanawiają przybyć w innym terminie. Żal szczególnie dzieciaków...

Postanawiam pobawić się w predykcję. Obliczam liczbę osób w poczekalni, dzielę ich według kategorii obsługiwanych w tej sali, dzielę przez średni czas obsługi, dodaję osoby stale wchodzące do urzędu... E tam. Nic to nie da, takie zabawy są dobre z kartką i ołówkiem, a nie przed obiadem, po 8 godzinach pracy. Niemniej liczba osób w poczekalni spadła coś do 15, a z numeracji wyświetlanej nad moją głową wynikało, że do obsłużenia pozostało coś 5 numerków. Czyli co dalej? Reset licznika? Jej. Po 45 minutach słupek nagle postanowił wypluć z siebie karteczki z kolejnymi numerkami.

Dalej działo się już typowo: paluch prawy, paluch lewy, termin odbioru...

Ale nawet nie było komu w mordę dać. Obywatel poczuł się znowu sam przeciwko państwu. Tylko dzięki własnej determinacji i złości udało mi się coś załatwić. I co z tego, że przed urzędem wielgachna tablica, że oto 'Unija' na urząd wyłożyła i będzie cudownie. Rzeczywistość to błędy systemu i bezsilność rodzin wystających w tej samej kolejce, co reszta śmiertelników, w nadziei na urlop w kraju, gdzie latem jest ciepło, nie pada i nawet są lunaparki...

Dodaj komentarz