Dawno, dawno temu, w 2008 roku, powziąłem niczym nieuzasadnione pragnienie zorganizowania spotkania klasowego, czyli spotkania ludzi, z którymi chodziłem do jednej klasy w okresie uczęszczania do liceum ogólnokształcącego. Ponieważ od zakończenia ogólniaka minęło już lat trzynaście, a od planowanego zakończenia studiów lat mniej więcej osiem, więc moment wydał mi się odpowiedni.

800_20111009_SpotkanieKlasoweZm

Zapraszam do lektury!

 

Organizacja takiego przedsięwzięcia wymaga przede wszystkim wyboru właściwego momentu na osi czasu. Nie może to być 'okres urlopowy', czyli odpada czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień, ale także przełom grudnia ze styczniem oraz luty. Z wielu względów najlepszym momentem wydał mi się marzec. Przypadek sprawił, że spotkanie odbyło się w dniu święta id. Niemniej istotny jest wybór dnia tygodnia. W dni robocze oczywiście wszyscy są niezwykle zabiegani, a weekendu trochę szkoda, bo coś tam. Koniec końców padło na sobotę. Kolejne wyzwanie to ustalenie miejsca spotkania. Nikt z nas nie dorobił się jeszcze wystarczająco okazałej siedziby, by pomieścić trzydzieści osób. Ja niestety w tym czasie już nie posiadałem udziałów w pubie, który wydawał się idealnym miejscem na tego typu spotkania. Pozostało nam się więc posiłkować jakimś innym lokalem, co wiązało się z nałożeniem na uczestników dobrowolnego podatku, powołaniem skarbnika itd. Tę całą moc atrakcji wziąłem na siebie. Zacząłem poszukiwać lokalu, który zechciałby nas gościć. Jako organizator pozwoliłem sobie wybrać rejon szeroko rozumianego Sopotu oraz Oliwy. Moja wizja spotkania zakładała zjedzenie obiadu i wypicie potem herbaty i innych napojów w niesprecyzowanych ilościach. Z taką wizją udałem się do restauracji leżącej dokładnie przy granicy Gdańska i Sopotu, 'Karczmy polska zagroda'. I tu pierwsza niespodzianka. Goszczenie na raz 30 osób to dla kierownictwa tego lokalu nie był żaden interes. W dodatku w sobotę, kiedy mają i tak najwięcej gości, a nie wiadomo, czy moja grupa w ogóle coś zje. No tak, pomyślałem sobie. Goszczenie ludzi nie może być celem statutowym restauracji. Cios przyszedł też ze strony grupy, bo wyprawa na obiad do restauracji okazała się dla wielu wyzwaniem finansowym (po ośmiu latach od skończenia studiów!). Tia, no to pozostały w takim razie słone paluszki, chrupki i inne przekąski. Skoro nie chcą nas w restauracji, to zapamiętałem sobie dobrze jej nazwę i obiecałem, że moja noga już w niej więcej nie postanie i takie posłanie przekazałem całej grupie. No to Oliwa. Akurat niedawno oddano do użytku budynek u zbiegu ulic Obrońców Westerplatte i Kaprów. Od strony pętli tramwajowej na parterze otwarto 'Jazz Club'. Udaję się po pracy. Nie ma akurat menedżera, ale dostaję do niej (!) telefon. Umawiam się, przybywam w kolejnym terminie. Znowu jest problem, bo nie wiadomo, jak długo będziemy siedzieć, a sobota to jak już wiem jedyny dzień w tygodniu, kiedy można coś zarobić. A może my wcale nie będziemy pić piwa? No, raczej będziemy, ale... I tu dociera do mnie kolejna myśl ironiczna, że przecież poważni ludzie po studiach to już nigdzie się bez samochodu nie ruszają, a samochodu po alkoholu nie prowadzą. Do tego dodajmy absurdalnie wysokie ceny trójmiejskich taksówek i mamy efekt zaniku tradycji strzemiennego, a nawet takiego przy stole. Nic to, idę na kompromis. Po prostu od pewnej godziny lokal zostanie otwarty dla przybywających gości, co pozwoli pubowi wyjść na swoje, a nam nadal przebywać we własnym gronie.

 

Pominąłem do tej pory temat odnalezienia po tylu przecież latach osób chodzących do klasy. Z pomocą przyszła mi utrzymywana od lat książka adresowa. Spotykały mnie już nie raz z tego powodu drwiny, bo po co ja to robię, po co wysyłam życzenia do osób, z którymi nie utrzymuję na co dzień kontaktu. No właśnie po to, by raz na piętnaście lat uzyskać od nich jakiekolwiek sprzężenie zwrotne. A ludziska rozpierzchli się po Polsce, a nawet po świecie. Niespodziewanie ideę spotkania zdecydowana większość odebrała pozytywnie i dawała przynajmniej jakiś znak istnienia. Do tego doszedł popularny w owym czasie portal Nasza Klasa, na którym odnalazłem blisko połowę ludzi ze szkolnych ław. No ale sam kontakt to nie wszystko. Podałem termin, podałem miejsce, wreszcie podałem koszty udziału w imprezie i nr konta, na który miały wpłynąć pieniądze. Kwota jednostkowa była śmieszna, ale wraz ze zbliżaniem się daty, w której miałem wnieść przedpłatę oraz daty samej imprezy, liczba uczestników zaczęła topnieć. Przyczyniło się to oczywiście do wzrostu kwoty jednostkowej, która zaczęła się dzielić przez zmniejszający się mianownik wyrażający liczbę uczestników. Skończyło się na tym, że mniej więcej jedną trzecią całej sumy musiałem wyłożyć z własnej kieszeni. Liczyłem się z tym, ale miłe to nie było.

 

Najsmutniejsze było to, że odmówili mi ludzie, którzy: byli w Polsce, byli w tym samym miejscu, ba, nawet bywali w Oliwie codziennie. Ale akurat tej soboty, pomimo że termin spotkania był znany z ponad miesięcznym wyprzedzeniem, przybyć do Oliwy nie mogli. Nie mogli? Chyba jednak nie. Ale zabrakło im odwagi, by powiedzieć, że nie chcą się spotkać z resztą grupy. Przybyli natomiast ludzie, którzy nie mieszkali już w Trójmieście. Dzisiaj już nie wiem, dlaczego.

 

Kolejny raz wyszła prawda o nadmorskim słowiańskim mężczyźnie. Jest niekomunikatywny, nie utrzymuje kontaktów społecznych, posługuje się co najwyżej równoważnikami zdań. Wartość stanowi dla niego praca. Mówiąc krótko jest interesowny. Nie poświęca czasu na nic, co nie wiąże się z możliwością dorobienia dodatkowych pieniędzy, nawet w weekendy. Oczywiście jest zabiegany, spłaca kredyt i wkrótce urodzi mu się dziecko. Niezaangażowany społecznie, nastawiony konsumpcyjnie. Tak właśnie postrzegałem kolegów równolatków. Do tego doszły oczywiście zadawnione animozje. Wychdodząc od czasów szkolnych, poprzez powody do wykluczenia z kręgu znajomych spowodowane niezaproszeniem kogoś tam na ślub, wesele, brak chociaż zawiadomienia. Koniec końców mieszkanie w jednym mieście i spędzenie wspólnie czterech lat młodości nie zobowiązuje już do niczego.

 

Kobiety dla odmiany potrafiły same z siebie się spotkać. Wszystkie. Niezależnie od organizowanego przeze mnie spotkania. Przezwyciężyć animozje z przeszłości, usiąść przy jednym stole i spojrzeć sobie w oczy, a może nawet wymienić się informacjami. Dlatego przyszłość należy do kobiet. Potrafią rozmawiać, wymieniać się wiedzą. Co prawda na razie do niczego to jeszcze nie prowadzi, ale może w przyszłości unikniemy chociaż wojen...

 

Wreszcie samo spotkanie. Nie pamiętam, czy ustaliłem to sam, czy kolektywnie, że przybędziemy samodzielnie, czyli bez osób towarzyszących w osobach kochanek, kochanków czy żon i małżonków. W ten prosty sposób wykluczyłem też udział osób, które 'uważały się' za osoby stowarzyszone, ale jednak z innych klas. No i foch. Oczekiwałem i jasno artykułowałem swoje oczekiwanie, że dane mi będzie czegoś się nauczyć od każdego, kto przybędzie. Bo przecież nasze drogi się rozeszły, pokończyliśmy różne studia, nabyliśmy umiejętności. Jak to ładnie się mówi wystartowaliśmy w dorosłe życie. Jaki był ten start? Gdzie jesteśmy dzisiaj? Dokąd chcemy dojść?

 

Nie dowiedziałem się. Mało tego, okazało się, że z kiedyś bliskich znajomych pozostała zbieranina przypadkowych ludzi, którzy nie bardzo wiedzą o czym w ogóle mają ze sobą rozmawiać. Wystąpiła zwykła powierzchowność, jak zwykle dająca o sobie poznać poprzez mierzenie wzrokiem rozmiaru brzuchów, tyłów siedzących, koloru cery. Na przyniesionych przez niektórych uczestników zdjęciach z okresu ogólniaka zobaczyłem obco i naiwnie wyglądające dzieci. Nie poznałem ich. Narosły między nami różnice nie do przeskoczenia. Tak światopoglądowe, bo nagle część co prawda wzięła ślub kościelny i przeszła przez cały ten proces, ale w Boga przecież nie wierzy i w kościele od tamtego czasu nie była, jak zwykłe bariery informacyjne typu 'dlaczego mam Ci to powiedzieć, nie mogę'. Potwierdziłem kolejny raz 'tabu kapitalistyczne', które w naszym kraju często jest wprost zapisywane na papierze, zakazujące informowania innych ludzi o wysokości naszych zarobków. Kurcze, ja z tymi ludźmi siedziałem w jednej ławce, czasami spałem w jednym łóżku, czy namiocie, jadłem z jednej miski, dosłownie. A teraz mi nie chcą powiedzieć nawet tego, ile zarabiają? Coś stracili w takim razie, zmienili układ współrzędnych. Oczywiście że naiwnie, ale wyobrażałem sobie, że nawet po latach będziemy tworzyli rodzaj wspólnoty, która pozwoli nam sprawnie mierzyć się z wyzwaniami życia. Bo jeden z nas będzie prawnikiem, drugi lekarzem, trzeci budowlańcem. Dzięki temu będziemy mogli się zapytać o pomoc i dostać ją taniej lub za darmo. Wspólnota nie powstała, a na spotkaniu było zbiegowisko.

 

Czemu to spotkanie w ogóle miało służyć? Z perspektywy czasu widzę, że zaspokoiło przede wszystkim potrzebę próżności, porównania się z innymi. Jakbym brał udział w jakimś wyścigu mającym na celu parcie do przodu najszerszą, najlepiej oświetloną drogą, na której wszystkie przystanki są jasno oznakowane. Pierwszy to studia, drugi to szybkie małżeństwo w pakiecie z kredytem mieszkaniowym i pracą na półtora etatu, trzeci to pierwsze dziecko w pakiecie z kredytem na samochód czy inną meblościankę. Po drodze wczasy w Turcji. Przeraźliwie nudne, nie wnoszące nic do życia ogółu ciągi zdarzeń nie podparte żadną podbudową, potrzebą. Po prostu, takie wybory są przewidywalne, znane. To 'łatwiej' okazuje się codziennym kołowrotem odbierającym ochotę na cokolwiek. Praca-dom, dom-praca, w domu dzieci, ściany, konieczność zrobienia zakupów, zajęcia się dziećmi. I od nowa. Nie ma nawet czasu, ochoty, potrzeby spotkania się z innymi ludźmi. A co, jeżeli oni mają 'lepiej'?

 

Czy chociaż byli szczęśliwi? Po spotkaniu nie było ciągu dalszego. Nie wymieniliśmy się zdjęciami z przeszłości. Osoby, które nie wzięły udziału w spotkaniu już się więcej do mnie nie odezwały. Myślę, że nie stało się nic...

 

Refleksje z perspektywy czasu:

  • 'Karczma polska zagroda' w 2011 roku, w okresie budowy drogi dojazdowej do Ergo Areny, spektakularnie spłonęła. W tej chwili chyba już została odbudowana.
  • 'Jazz Club' w Oliwie upadł. Podejrzewam, że podzielił los wielu oliwskich lokali gastronomiczno-kulturalnych i nie przynosił spodziewanego dochodu. Szkoda. Został zastąpiony przybytkiem, w którym na pionowo ustawionych rurach zwieszają swe gibkie ciała młode kobiety w niekompletnych strojach.
  • Zlikwidowałem konto na portalu Nasza Klasa.
  • Na następne spotkanie klasowe nie pójdę...

 

Dodaj komentarz