students group work 300px

Jednym z elementów pracy w dużej korporacji jest próba wprowadzenia kultury zarządzania i zasad pracy. A jest z czego wybierać. We współczesnym świecie nie wystarczy bowiem być zwyczajnie pracowitym, uporządkowanym i pokornym, czy chociaż średnio rozgarniętym. Każdy nasz krok powinien dotyczyć, postępować i nadążać za zasadami wprowadzonymi przez jaśnie panujące nam kierownictwo. By było się lepiej. Organizacji, społeczeństwu, nam.

Za moich czasów istniał na Politechnice Gdańskiej kierunek Organizacja i Zarządzanie przekornie nazywany przez studentów 'normalnych' kierunków Odpoczynkiem i Zabawą. Czym bowiem jest to całe zarządzanie, jeżeli nie zasadami dotyczącymi sposobu życia, które powinniśmy wszyscy... wyssać z mlekiem matki. Nikt nie zna się lepiej na zarządzaniu czasem, budżetem i zasobami, niż matka wychowująca kilkoro dzieci. Musi przygotować je do życia, a przy okazji nakarmić, odziać, umyć, pomóc zasnąć. A w przerwach: posprzątać dom (higiena pracy), kupić produkty na posiłek (zarządzanie zapasami), uprać brudne ubrania (higiena pracy). Dobrze, jakby jeszcze utrzymywała więzi społeczne, spełniała się jako partnerka, a nawet kochanka (satysfakcja zespołu). I to wszystko dzień po dniu, bez żadnych przerw, w tym chorobowych, czy urlopów. Przynajmniej przez jakieś 15-16 lat. I co wy na to, specjaliści od zarządzania cudzym czasem i zasobami?

Zapraszam do lektury!

Cóż to zatem jest 5S? To zbiór zasad, które mają zorganizować i uporządkować miejsca pracy. Pomysł pochodzi z odległej Japonii, co nie pozostanie bez znaczenia w dalszej części mojego wywodu. Nazwa 5S pochodzi od pierwszych liter pięciu japońskich słów opisujących kolejne etapy wdrożenia tej metody. I tak: 1S = selekcja / sortowanie, 2S = systematyka, 3s = sprzątanie, 4s = standaryzacja, 5s = samodyscyplina / samodoskonalenie.

W myśl powyższych zasad przedmioty, które znajdują się w bezpośrednim zasięgu naszego miejsca pracy powinny być tymi, z których korzystamy najczęściej. Im dalej jakiś przedmiot znajduje się od miejsca naszego pobytu, tym rzadziej powinien być on dostępny. Co więcej, zbędne przedmioty, a więc takie, z których nie skorzystaliśmy w ciągu ostatnich np. 3 miesięcy, powinny zostać usunięte, wyrzucone. Czyli wokół nas powinno stać się dosyć sterylnie, ale przejrzyście. Bić powinien po oczach porządek. Korzystamy zatem tylko z tych zasobów, które rzeczywiście są nam potrzebne. Otaczamy się przedmiotami akurat tymi i tylko w taki sposób, by zrealizować postawione zadania. Oczywiście szalenie upraszczam, nie dotykając na przykład tematu samego w sobie, jakim jest samodyscyplina i samodoskonalenie.

Przykłady z życia wzięte: nie kupujemy sobie więcej ubrań, czy butów, niż potrzebujemy. Dwie, góra 3 pary butów powinny nam wystarczyć. Podobnie z resztą odzieży: tylko to, co jest praktyczne i potrzebne w danej porze roku, pogodzie. Tak samo w kuchni, ogrodzie, życiu. Jeżeli zatem zachce nam się zakupić kolejną parę butów, to w miejsce tej nowej powinniśmy wyrzucić starą, tak by bilans przed i po zakupie się zgadzał.

W tym momencie nie wytrzymałem i spytałem prowadzącego wykładzik o 5S, czy zasada ta dotyczy także życia prywatnego oraz partnerek życiowych w szczególności. Wyobraziłem sobie bowiem, jak to muszę przekonać podczas jednego z popołudni po pracy partnerkę, by pozbyła się swojej kolekcji sukienek oraz kubków na rzecz uporządkowanego życia wg zasad 5S, co przyczyni się do obniżenia kosztów, zwiększy jej wydajność i poprawi satysfakcję z życia. Realne? Nie bardzo. „Kiedy ostatnio korzystałaś z tego kubka?” Pan się skonfundował, ale pozornie wybrnął z sytuacji stwierdzając, że 5S określa zasady obowiązujące w pracy, a nie w życiu prywatnym. Aha... Czyli w pracy 5S, a w domu 'po staremu'? Wprowadzenie takich zasad jak 5S, czy jakichś innych, nie może się udać, jeżeli mamy żyć w swoistej schizofrenii i inaczej postępować w czasie pracy, a inaczej w domu. To jest jakiś bezsens, sprzeczny z ludzką naturą. Bo oto w pracy mamy akceptować wszelakie zmiany, być elastyczni i gotowi na 'nowe', a w domu żyjemy od lat z jedną i tą samą żoną. W pracy wzrost wydajności dzięki lepszej organizacji stanowisk pracy, w domu kołowrót codzienności z ryczącymi dziećmi w roli domowego szczęścia.

No dobrze, załóżmy że zaczynamy gorliwie przestrzegać wymienionych zasad tylko w pracy. Uczymy się 5 faz S, wdrażamy je i czekamy, aż spłyną na nas korzyści: satysfakcja i wydajność. Tak właśnie powstaje sekciarstwo: zamknięte środowisko, społeczność kierująca się zasadami odbiegającymi od obowiązujących poza murami przedsiębiorstwa. Czyż nie z takimi właśnie cechami kojarzą się nam korporacje w pejoratywnym znaczeniu tego terminu?

Nie wiem, skąd się ubrdało tzw. menadżerom, że zmiany można wśród ludności słowiańskiej wprowadzać w dowolnym momencie, bez żadnego wstępu, motywacji i przykładu. A bo prezes przecież nie ma czasu, akurat znowu go nie było, bo zdobywał nowe kontrakty czy udzielał się na innej radzie. Przekaz jest jasny: prezes potrafi więcej niż my, poświęca swój czas dla dobra organizacji. Znaczy dla nas. Amen. Przykładem zatem świeci ktoś inny, dukając coś i pokazując slajdy obrazujące jasną przyszłość. A my, pracownicy? Ot, mamy być elastyczni i chętnie reagować na zmiany, bo jeżeli tak nie zareagujemy, będzie to podstawowy argument, by się nas pozbyć. Wiadomo bowiem, że we wszelkich systemach współczesnego zarządzania pracownik oporny na zmiany jest zbędnym hamulcem w rozwoju doskonalącej się organizacji. Kropka.

Być może właśnie stąd bierze się pozorowany entuzjazm, wypływający moim zdaniem wprost z ignorancji i pragmatyzmu stada. Fundament przecież już był: szkolenie. Słowo klucz. Ktoś wydał pieniądze, materiały przygotował. Do tego była święta w słowiańszczyźnie lista obecności z nieznanych przyczyn często utożsamiana z nabyciem nowych kompetencji. No trudno. To już temat na inny felieton.

Szkolenia trzeba powtarzać. Zwłaszcza zasad, które są obce w danej społeczności, sprzeczne z jej kulturą. Tak się jednak jakoś składa, że o ile oczywiście nowe zasady są mile widziane, to już z wdrażaniem zmian wszelakich radzimy sobie fatalnie. Jak bowiem wygląda odpowiedź na pytanie: jak często powtarzam szkolenie z zasad i kultury pracy w firmie / organizacji, w której pracuję? I oby było to częściej, niż szkolenie z zasad pierwszej pomocy czy bhp. A swoją drogą, czy ktoś w waszej organizacji powtarza okresowo chociaż te właśnie wymienione szkolenia praktyczne?

Pewne zasady w pewnych kulturach są naturalne. A w innych takimi nie są. Być może w Japonii 5S działa i to totalnie, czyli od poziomu prezesa do poziomu przysłowiowej sprzątaczki czy ciecia opiekującego się budynkiem. Może w Japonii wszyscy oni potrafią czytać, po wizycie w ubikacji potrafią skorzystać ze szczotki o ile pozostały jakieś ślady organiczne ich działalności w tym pomieszczeniu. Może potrafią czytać i to nawet ze zrozumieniem. Są skłonni przychodzić do pracy w czystym ubraniu i myć się codziennie. Narzędzia odkładają przynajmniej na miejsce. Wiedzą, co znaczy słowo jakość i potrafią ten termin objaśnić. Niestety moje doświadczenia ze słowiańskiej organizacji są inne. Zamiast 'ubikacja' mówimy 'kibel'. Nawet w dziale rozwoju zdarza się, że nie wiemy, po co jest szczotka. Inżynier nie lubi czytać, bo ma tego dosyć i już. Nie zawsze się też myjemy, bo przecież pocenie się jest takie naturalne. Pożyczamy sobie cudze narzędzia, bo kto nie pożycza... A przecież każdemu zdarza się nie odłożyć na miejsce. Jakość to słowo jakoś z dodatkowym prasłowiańskim 'ć' na końcu. Itd. itp. Wrócę do początkowej tezy. Pewne rzeczy trzeba wynieść z domu, wyssać z mlekiem matki. Inaczej chyba nawet dawanie przykładu kojarzyć się tu będzie z dawaniem d...

Kultura słowiańska jest inna. Parafrazując słowa R. M. Pirsiga: Nie można naprawdę myśleć o tym, co się robi, jednocześnie słuchając radia, słysząc w tle rozmowę telefoniczną kolegi z klientem, słuchając rozmowy kolejnych dwóch kolegów o udanym spotkaniu i kolejnej koleżanki próbującej wyjaśnić o co chodzi z tą fakturą. Być może nasza praca nie wiąże się z wysiłkiem intelektualnym, takie przynajmniej staramy się sprawiać wrażenie, a przecież przyjemnie jest jednocześnie posłuchać radia. Do tego oczywiście wszyscy ustawicznie się spieszymy. Może już nawet nie do końca pamiętamy, do czego. Spieszymy się po prostu, bo inni też się spieszą. I nie zdążamy, nadążamy. Do tego dochodzi dosyć uniwersalny styl bycia: ogólnie jesteśmy dobrze usposobieni, przyjaźni, swobodni, ale nie angażujemy się. Stawiamy siebie na zewnątrz, oddzielając się i usuwając jednocześnie na bok. Uczestniczymy, ale nie w taki sposób, aby troszczyć się o to, co robimy. Dzień za dniem, we własnym małym bagienku, jak to pisał E. Stachura, tragicznej bylejakości.

Wiadomo, że jeżdżenie na rowerze niesie ze sobą szereg korzyści. Zupełnie najlepszą realizacją praktyczną tej idei byłoby zamienienie samochodu na rower. Oto będziemy się poruszać, być może schudniemy. Będziemy fit. Wzrośnie nam wydajność organizmu i jakość życia. Spadną koszty związane z dojazdami do pracy. Podniesie się satysfakcja nas, jako pracownika, ale także przedsiębiorcy, który przykładowo nie będzie musiał przeznaczać tak wiele miejsca na parking. Nikt nie oponuje? Wszyscy rozumieją, że to mocne argumenty za? Słowem rozwój, a do tego wszystko zgodnie z 5S. Ilu z was dojeżdża zatem rowerem do pracy? A teraz spróbujcie przekonać swojego pracodawcę, by przy budynku firmy postawił wam wiatę dla roweru. Z czysto słowiańskiej życzliwości życzę powodzenia.

Komentarze   
-1 # dave 2015-11-11 11:29
Witam. A wziąłeś pod uwagę fakt, że duża część firm swoją działalność opierana samochodach? Czy jak Szef każe ci pojechać z Warszawy do Szczecina to pokonasz tą drogę w kilka godzin? Pracownicy niektórych korporacji myślą dość często,że sport można zaadaptować w ich firmie ale nie każdy musi się tym sportem interesować.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
Dodaj komentarz