Od czasu do czasu Firma organizuje coś, co w zależności od humoru Zarządu, koniunktury lub doraźnej potrzeby zostaje nazwane szkoleniem, spotkaniem integracyjnym, czy zwyczajnie spotkaniem. Obecność pseudoobowiązkowa. W programie liczne atrakcje: jedzenie do oporu, picie ile da się i jeszcze więcej, ewentualnie tańce i inne atrakcje.
 
Nigdy więcej nie pojadę.
 
Po pierwsze takie spotkania są organizowane w piątki i soboty. Pięć z siedmiu dni zasuwam, więc może czas chociaż przez te dwa dni, kiedy trwa namiastka życia, chociaż na chwilę móc zapomnieć o problemach, o tych ludziach przypominających te problemy, o tym całym klimacie pośpiechu i niedoróby. Zasadą często wymaganą w różnego rodzaju Firmach jest rozdzielanie życia prywatnego i czasu spędzanego w pracy. Niech nie będzie wyjątków od tej zasady.
 
Nie jeżdżę, bo uważam, że Ci sami ludzie, którzy spotykają się na codzień w pracy mają prawo od siebie odpocząć chociaż w weekendy.  Nie widzę też powodu, dla którego na tak zwane spotkania firmowe ciągani są partnerzy, a bywa że i dzieci. Czemu to ma służyć? Te kobiety, na codzień narzekające na nieobecność mężów, wypytujące przez telefon kiedy wreszcie powróci, czy jest daleko od domu, czy się ciepło ubrał, tudzież czemu do cholery znowu musi zostać dłużej w pracy, nagle są przedstawiane kolegom kierownikom, kolegom pracownikom. Po co? Żeby im było łatwiej nienawidzić? Żeby łatwiej im było naciskać kolegę męża by się upomniał o podwyżkę?
 
Dzieci na takich imprezach to osobny obrazek. Przy stole głównym biesiadnicy właściwi, czytaj pracownicy z partnerami mniej lub bardziej życiowymi. Przy małym stole, gdzieś na uboczu, dzieci. Mogą z boku obserwować, co się dzieje na stole tudzież między stołami. Co bardziej  poszukujący równowagi w przyrodzie przywódca firmy potrafi dostawić jeszcze jeden stół, przy którym sadza już nie dzieci, ale jeszcze nie dorosłych. Zasiadający przy nim mogą sobie popatrzeć na alkohol, czasami nawet go powąchać, i to wszystko. Mogą za to zjeść to, co dorośli i mają pełnowymiarowe sztućce. Smacznego!
 
Może kiedyś ktoś mi wyjaśni, jaki jest sens tachania ze sobą trzymiesięcznego potomka i wystawianie go na publiczny widok? I te wspaniałe komentarze: rośnie nam nasza firmowa rodzina, przybywa Polaków. O co chodzi?
 
Integracja jak jasna cholera. Paluchy, względnie bardziej dyskretnie brody, wyciągają się co chwilę w kierunku współbiesiadników. Trzeba przecież wyjaśnić, kto jest kim.  Który to kolega kierownik się wydziera, że pracujemy za wolno, za mało wydajnie. Który to kolega z zarządu, kim jest ten łysiejący szybciej od nas. Nie ma za bardzo jak pogadać z innymi, bo hałas panuje biesiadny. Zresztą o czym tu gadać? O pracy po pracy? Pozostają typowy rozrywki polskie, czyli jedzenie i picie, przechodzące lokalnie w żarcie i chlanie. A jakże naturalnie wychodzi prowadzenie po parkiecie kobiety ukochanej, gdy w koło w najlepsze idzie taka oto zabawa.
 
Bywa, że powstaje kącik zapominaczy i debiutantów. Ci albo jeszcze nie mają życiowych partnerów, albo już ich nie mają. Ale też rozmowa nie bardzo się klei. Można za to pić, z czego skwapliwie korzystają.
 
Można też zaobserwować kilka typów ludzkich pracowniczych. Na przykład pan Stefan, na codzień niewyróżniający się specjalnie, więc kojarzony pozytywnie, wykazuje nadzwyczajny talent do przepijania. Z każdym wypije. Czy da radę rzeczywiście z każdym? Ach tak! Sprosta wyzwaniu, choćby miał paść. Dalej gawędziarz, pamiętający losy Firmy od kiedy przyszło mu w niej pracować. Dzięki takim jak on można stworzyć mit bądź legendę, w zależności od potrzeby, o wyjątkowych ludziach, wyjątkowej Firmie. Gawędę musi ważyć, by ominąć momenty niechlubne. Alkohol działa w tym przypadku jak broń obosieczna. Z jednej strony rozwiązuje język, co może być groźne. Z drugiej strony pozwala plączącemu się językowi na tworzenie niedopowiedzeń. O, i jest następne danie. 
 
Dochodzi do żenującej sytuacji, w której sterujący losem Firmy próbują stworzyć wrażenie, że oto wszyscy są braćmi i wspaniale się ze sobą czują. Do tego stopnia, że są gotowi spędzić ze sobą swój czas wolny. Wszyscy przecież się świetnie bawią, są gotowi razem zjeść i nawet się zabawić, cokolwiek to znaczy, oczywiście zdaniem dyrekcji. Lista płac nadal pozostaje tajna, bo co by było, gdyby na przykład informatycy, na codzień siedzący biurko w biurko, ba, mieszkający nawet koło siebie, dowiedzieli się, że zarabiają niejednakowo pomimo tego samego stażu pracy.
 
Ciekawe, czy gdyby  Firma w swej wspaniałomyślności nie płaciła za tego typu spotkanie, to tak zwani pracownicy zdobyliby się na podobne spotkanie za własne pieniądze? Delikatnie obliczając udział jednej osoby kosztuje około 200 pln od głowy, bez kosztów dojazdu. A tu jeszcze prezentacja partnerów życiowych, a nawet dzieci, czytaj społeczeństwa. Czyli chyba sporo więcej. Ja bym się na taki gest nie zdobył. Chciałbym natomiast, by Firma zdobyła się na zapytanie pracownika, czy chce wziąć udział w takiej imprezie, czy też w zamian woli dostać 200 pln.
 
I na koniec ważna wiadomość dla wszystkich pracowników kończących, oby bez kaca, tego typu spotkanie. Właśnie oficjalnie zostali przeszkoleni w sprawiającej Zarządowi bieżąco największy problem  dziedzinie. A to w zarządzaniu jakością, a to w zakresie nowego systemu zarządzania dokumentacją, a to  z zakresu nowego systemu informatycznego. I pięknie jest. Ale czy zdrowo?
Dodaj komentarz