Tak się jakoś złożyło na znanym mi świecie, że większość moich bliskich i znajomych już związała się węzłem małżeńskim. Odtąd są dla siebie mężami i żonami. Nasz język, może przez przypadek, a może celowo, zwraca moją uwagę dosłownością pewnych sformułowań dotyczących wzajemnych relacji między wydawałoby się najbliższymi osobami.
 
Oto żonę (czy też męża) się 'ma', czyli posiada. I po prostu się z nią jest. Po zawarciu małżeństwa dotychczasowi partnerzy nazywani w rozmowach po imieniu stają się anonimowymi żonami czy mężami. Takie sformułowania jak 'muszę porozmawiać z żoną', czy 'spytam się żony' brzmią jak dla mnie podobnie do opisów czynności adresowanych względem np. psa. 'Ja i moja żona'. Czyli kto? No żona właśnie. Ta bezpłciowa, anonimowa, która zwyczajnie jest, więc po co ją nazywać? Już niepotrzebne jej imie, bo oto jest żoną. Zwykłą żoną, Twoją.
 
Spróbuj przywołać do siebie psa komendą 'pies chodź tu', a raczej po prostu 'pies'. Raczej nie przyjdzie, skoro ma imię. Nieraz już słyszałem, gdy mąż wołał najbliższą mu kobitę per 'żono'. Pogratulować.
 
Dlatego nie chę 'mieć' żony. Wolę 'być'. Z konkretnym człowiekiem, chociaż o pospolitym imieniu, zamiast społecznej etykiety.
Dodaj komentarz