Takie są koleje demokracji, że raz na jakiś czas słyszymy o kolejnych wyborach: samorządowych, do sejmu i senatu, do parlamentu europejskiego. Ważne, ile znaczy mój głos. Mój, obywatela.

Z okazji kolejnych zbliżających się wyborów zadałem sobie kolejny raz trud, by przemyśleć moją pozycję, jako obywatela, w tzw. państwie wraz z potencjalnymi konsekwencjami oddania głosu.

Na pierwszy ogień wziąłem obecny system polityczny nazywany w skrócie 'demokracją'. W dużym uproszczeniu demokracja polega na dokonywaniu wyboru przez głosowanie. Rację ma nie ten, kto poda merytoryczne argumenty, ale ten, kto głośniej krzyczy, kto potrafi wpłynąć na innych, by zagłosowali tak, jak on. Dzięki takiej konstrukcji 'głos ludu' jest czasami silniejszy niż 'głos rozsądku'.

Niedawno udało mi się spojrzeć na problem dokonywania wyborów, a więc stanowienia prawa, przez pryzmat gry, zabawy. Istnieje niemała i bardzo popularna grupa gier towarzyskich, które głównie polegają na wzajemnej komunikacji między uczestnikami. Po angielsku to się zwie w skrócie 'RPG' co po rozwinięciu daje 'role playing game'. Termin ten nie doczekał się dotąd moim zdaniem satysfakcjonującego tłumaczenia, bowiem RPG nazywa się po polsku 'grą fabularną'. Uczestnik gry, po zapoznaniu się z jej zasadami, zaczyna odgrywać przydzieloną mu rolę. Na przykład wciela się w sędziego, mordercę, policjanta, polityka. Gry tego typu mają bardziej lub mniej rozbudowany zestaw reguł. Wśród całego mnóstwa gier tego typu mi osobiście bardzo przypadła do gustu 'mafia'. Być może dlatego, że w skrócie polega na umiejętnym przekonywaniu, lobbowaniu części uczestników, która jest lepiej poinformowana, przez część uczestników, którzy są gorzej poinformowani. Pojedyncza rozgrywka trwa dosyć długo, ale warto przynajmniej raz w życiu zagrać, by zauważyć jak ulotne i umowne są pojęcia 'prawdy', a jak ważna umiejętność przekonywania innych. 'Mafia' uczy uczestników kłamać, uczy manipulować, uczy odgrywać przydzieloną rolę, niezależnie od prawdy obiektywnej. Mechanizm podejmowania decyzji opiera się na głosowaniu, a sukces grupy zależy od umiejętności komunikacji i wyników kolejnych głosowań. Analogia do obecnie panującego systemu politycznego nasuwa się sama. Powstaje śmiałe pytanie, czy przypadkiem nie uczestniczymy w jakimś wielkim eksperymencie, ogromnej rozgrywce RPG nazywanej demokracją? Dlaczego wybraliśmy akurat taki ustrój, dlaczego demokracja? Czy na prawdę nie ma lepszego ustroju? Jaką rolę przyszło mi grać? Dlaczego ktoś za mnie napisał reguły?

Udział w wyborach w Polsce jest dobrowolny. Mogę podjąć decyzję, czy chcę brać udział w grze towarzyskiej 'demokracja'. Wmawia mi się, że udział w wyborach oznacza praktyczną realizację idei wolności. Mogę oddać swój głos. Zapomina się jednak, że mój głos nic nie znaczy. W demokracji nie liczy się bowiem głos jednostki, liczy się głos pewnej zbiorowości. Nasz język utożsamia nazwę czynności polegającej na przypisaniu naszej opinii do określonego nazwiska czy partii kandydata ('oddawanie głosu') z mówieniem o ważnej idei, głoszeniem opinii. Całą odpowiedzialność za los codzienny uzależnia się od tej prostej czynności, od jej konsekwencji. Z jednej strony nie da się przewidzieć, jak zachowa się dany kandydat, a z drugiej mówi się o 'odpowiedzialnym' głosowaniu.

Jak łatwo zapomnieć o tym, że pojedyncze opinie wygłaszane przez pojedynczych kandydatów w zasadzie nie mają znaczenia. Załóżmy, że jakimś cudem udaje mi się zapamiętać, że któryś z kandydatów przywiązuje bardzo dużą wagę do zagadnień związanych z rowerami, które bliskie są i mej duszy. Nic to. Przecież szansa na to, że tzw. parlament zajmie się z jego inicjatywy zmianą prawa dostosowującą drogi do potrzeb rowerzystów jest niezwykle niska. Mało tego, ten sam kandydat będzie głosował również w innych sprawach, nijak mających się do uprawiania kolarstwa. Niestety nie jestem w stanie przewidzieć, jak dany kandydat zagłosuje w sprawie zwiększenia podatków, czy ustawy medialnej. Na dobrą sprawę zresztą mało mnie to interesuje. Do szczęścia są mi potrzebne zmiany w prawie o ruchu drogowym, a w tej sprawie mój kandydat nawet nie zostanie przez nikogo zapytany. I co z tego, że nie wiem, jak zagłosuje, skoro nikt mnie o moje zdanie nie pyta? Możliwość zmiany poglądów dopiero podczas kolejnych wyborów w perspektywie trudnej do objęcia ludzkim umysłem. Za jakieś lata.

Jedna z teorii szczęścia, która dotyka zasad funkcjonowania państwa mówi, że szczęście płynące z demokracji można poznać po tym, że obywatel nie orientuje się, kto w tej chwili jest premierem, czy prezydentem. Bez względu na to, kto rządzi, i tak niewiele się przecież zmieni. Nadal będzie 'jakoś', w myśl starej polskiej zasady 'jakoś to będzie'. Gdzieś gubimy przy tym pojęcie jakości. Wszystko jedno, czy zostaną wybrani ludzie o poglądach 'prawych', 'lewych', czy 'centralnych'. Zależy, co będzie do ugrania w danej chwili, kto kogo poprze, a kto kogo nie. Jakoś...

Jedną z zasad funkcjonowania państwa, o której chyba rzadko wspomina się w szkole, jest podejmowanie decyzji za obywatela. To państwo wie lepiej, jak będzie bezpieczniej. To ono wie lepiej, czy mogę wybudować dom, kiedy mam posłać dziecko do szkoły, kiedy mnie uznać za zmarłego. To państwo decyduje o zawarciu związku z drugim człowiekiem. I tak dalej i tym podobne. A jednocześnie mówi się o wolności, wolnych wyborach.

Dochodzi do absurdu. Obywatele nie są zainteresowani dbaniem o wolność, vide udziałem w wyborach. Państwo decyduje za obywatela, że obecnie obowiązująca gra towarzyska pt. 'demokracja' jest dobra dla obywateli. Pozwala więc sobie na hojne rozdzielanie zarabianych przez obywatela pieniędzy na tak bezsensowne wydatki jak puszczanie w telewizji krótkich filmików tłumaczących, jak ważne jest oddawanie głosów w wyborach, czy też jak ważne jest istnienie obecnego systemu. Jeżeli ja, państwo-obywatel, mam się zajmować wyborami politycznymi, to znaczy, że polityka jako taka w ogóle mnie obchodzi. A skoro polityka mnie obchodzi, to znaczy, że obchodzi mnie walka o władzę. O jaką władzę? Po co mi władza? Nad czym, nad kim? I oto ja, państwo-obywatel, nie mogąc za bardzo ustalić dlaczego miałbym zająć się zdobywaniem władzy, zajmę się czymś innym.

Tak, chodzę na wybory. Chodzę z szacunku dla rodziców, którzy walczyli o możliwość zagłosowania na polityków reprezentujących dowolne poglądy. Nie oddam jednak na nich głosu. Nie pozwolę im później powoływać się na moje poparcie, mój mandat. Jako świadomy obywatel kolejny raz wystawię politykom czerwoną kartkę. Obecny system głosowania pozwala na oddanie głosu nieważnego. Na własny użytek nazywam tę metodę wyborem 'trzeciej drogi'. Drogi zgodnej z moim sumieniem, zgodnej z poglądami, zgodnej z obowiązującą regułą 'jakoś!'. Spełniam swój obywatelski obowiązek, biorę udział w szopce demokracji pośredniej i wskazuję, że mam ją w dupie. Anonimowo, a jakże.

Żadna z partii nie ma programu spójnego z moimi przekonaniami. Wybieranie między jednym złem a drugim złem jest złe i nieuczciwe. A co, jeżeli istnieje zło i mniejsze zło? Dobra poszukam.

Kimże jest polityk? To nie zawód, nie powołanie. To potrzeba pchania się tam, gdzie inni nie chcą. Politykowi chodzi o władzę, co już go skreśla z listy indywiduów, którym chciałbym podać rękę. Mali królikowie, mali wiedzą, doświadczeniem, horyzontem myślowym. Hierarchia wartości jest bardzo prosta: polityk jest jeszcze niżej, niż urzędnik państwowy, którym poniekąd też jest. Urzędnik państwowy to obibok bez kompetencji, łapówkarz. Niżej jest właśnie polityk. Nierób, byle do koryta. Słowa bez pokrycia w czynach. Jakoś tak najlepiej jednak niezmiennie pasuje mi słowo hołota.

O mój głos zaciekle walczą tzw. partyjni liderzy. Odnoszę wrażenie, że w kolejnych kampaniach poszczególni kandydaci z danego ugrupowania są jeszcze bardziej anonimowi, niż zwykle. Brakuje mi demokracji w postaci uprawianej w społeczeństwach z nieznanych przyczyn uznawanych za prymitywne: szczepach Indian, klanach afrykańskich. Gdzie ludzie się znają, nie są anonimowi, głosują jawnie. Pytanie: czy znacie ludzi mieszkających w tym samym budynku / ulicy, na której mieszkacie? Wiecie, czym się zajmują, jakie mają poglądy? Czy znacie mieszkańców swojej małej ojczyzny? Co robicie dla tej małej ojczyzny?

Widzę, ach, widzę wyjście.

Pozytywizm jest to oczywiście

(a przede wszystkim praca u podstaw, czyli polskie wnioski z pozytywizmu...)

Dodaj komentarz