Niby jest ten Internet. Prawie wszędzie, jak przekonują operatorzy telefonii komórkowej. Informacja, masa informacji. Wygoda, bo kupić można co bądź, wystarczy poklikać. No właśnie. Czy na prawdę jest tak cudownie? Otóż nie. I nie wiem, czy to stachurowa 'tragiczna bylejakość' charakterystyczna dla kraju z kręgu słowiańszczyzny, czy zwyczajnie wszędzie na świecie jest tak... Bo weźmy takie sklepy internetowe. Niby towaru w bród, niby wybór ogromny, dostępność duża, atrakcyjne ceny i formy płatności, różnorakie warunki dostawy.

 

Celuję od czasu do czasu w damską bieliznę. Partnerka znosi prężnie moje kaprysy, a mnie wyobraźnia co rusz każe poszukiwać nowych rozwiązań. Wystarczy wpisać słowo 'bielizna', by poczciwy Wuj Google wyrzucił z siebie całą masę odnośników do sklepów i sklepików. Szukam wyzwań, podejścia nieszablonowego, łamiącego konwenanse na wysokości dajmy na to majtek, kobiecych oczywiście. I nie jest łatwo już od pierwszego wejrzenia. Po pierwsze zdjęcia. Na ogół biedne, w typowej dla Internetu rozdzielczości. Nie mówię już nawet o tym, że nie pozwalają rozpoznać faktury czy odcienia materiału, bo zdjęcie jest tylko jedno, tylko z czerwonymi majtkami, a ja się zastanawiam, jak wygląda "czarny". Nie można nawet przedmiotu zainteresowania obejrzeć z każdej strony. W przypadku rzeczonych majtek dla wzrokowca męskiego ważny jest tak przód, jak i tył. Postawiłbym nawet wyraźny znak równości pomiędzy obydwoma ujęciami. Tymczasem sprzedawca internetowy w przerażającej większości idzie na łatwiznę i wrzuca zdjęcia wprost z opakowań bielizny. A na opakowaniu miejsca nie ma za wiele, do tego rozdzielczość słaba i ujęcie najczęściej jednostronne. Słowem żenada.

 

Rodzi mi się w głowie od razu pytanie, czy w kraju naszym takim trudnym wyzwaniem jest zakup statywu, aparatu cyfrowego ze środkowej chociaż półki i zapłacenie zgrabnej dziewczynie za kilka ujęć? Przeciaż kontekst oczywisty, więc nawet twarz jej nie musi być widoczna, poza tym może ją długim włosem z głowy wyrastającym zasłonić, jak się wstydzi, że rodzina ją w samych majtkach rozpozna. Dostrzegam nawet zaletę w tym, że każdy jeden model bielizny zaprezentuje mi ta sama dziewczyna. Dzięki temu będę miał skalę porównwawczą. Poza tym sama poza też gra rolę. Wiadomo, że bielizna różnie leży i fajnie, jak na jednym ujęciu modelka zaciska te, no... a na drugim nie i jest śmielej.

 

Przecież można nawet pójść w filmy, filmiki. Z przyjemnym podkładem muzycznym dziewczyna robi pół obrotu na przykład. A materiał w postaci zdjęć mógłby być skalowalny: domyślnie mała fotka, dla chętnych ogromniasta. Czy to jest takie trudne do realizacji? Niestety odnoszę permanentnie wrażenie, że sprawa rozbija się o generalnie niską jakość usług, w tym usług sprzedażnych. Przecież sprzedawcom generalnie nie zależy nic a nic na porównywaniu produktu. Pomijają tym samym bardzo ludzki aspekt dorosłości, jakim jest ciągłe porównywanie i poszukiwanie "lepszości".

 

Pomijam też zupełnie przerażającą szablonowość kroju majtek, ciągnąc wątek. Tak jakby niepojętym wyzwaniem dla projektanta było odrzucenie stereotypu i poszukanie nowego kształtu. Dla przykładu weźmy przód majtek. W zasadzie są dwa kroje: "kobiecy", gdzie przód rozpoczyna się tuż pod pępkiem i rozciąga szeroko na boki, jakby miał na tej przestrzeni wylądować w razie awarii śmigłowiec. Dla kontrastu wersje "męskie" zakładają do dwóch pasków milimetrowej szerokości, względnie pełne rozwarcie z falbaną. Rozwiązania pośrednie nie są zbyt licznie reprezentowane i na ogół powielają stereotyp kobiecy odchudzając go ewentualnie po bokach. A przecież można pójść w romb, trójkąt, można w równoległoboki, trapezy, koła... I bez cekinów. Można bez cekinów. Tak.

 

Bo po co to wszystko, jak nie po to, by klikający internetowicz mógł poczuć, że wybiera, co lubi. Oczami.

 

Jako ćwiczenie z wolności handlu i postępów kapitalizmu proponuję Ci, czytelniku, wyszukanie dowolnego małego produktu, jak choćby tytułowych majtek, w sklepie stacjonarnym. Ćwiczenie ma na celu praktyczne wykazanie rozbieżności pomiędzy światem wirtualnym a światem rzeczywistych, 'stacjonarnych' placówek handlowych. Nie pojawiła się (jeszcze?) sieć powiązań pomiędzy producentem a placówką handlową, niepopularnie nazywana sklepem (popularnie: galerią, centrum).

 

Internet rozczarował też na etapie dzielenia się informacjami. Weźmy największe portale internetowe. Wada podstawowa, to złe rozumienie anonimowości. Na wiodącym portalu lokalnym oraz wiodącym portalu ogólnopolskim pod w zasadzie każdą notą informacyjną czy artykułem można dodać komentarz. Czytaj: każdy może dodać jakikolwiek komentarz. Anonimowo. May więc tysiące anonimowych wpisów, a pole z komentarzami przez to samo przypomina ściek. Kwas i nienawiść, która się tam wylewa, nie ma precedensu. I nic dziwnego, skoro nie ma żadnej cenzury: czy to ze względu na wiek, czy możliwość weryfikacji wypowiedzi. Czy to ma być swoboda wypowiedzi? Moim zdaniem to nadużycie. Co prawda gdzieniegdzie pojawia się funkcja moderatora, ale wydźwięk jest ten sam. Kolejna bieda wynika z ubogiej wyobraźni administratorów forów, którym najwyraźniej trudno sobie wyobrazić, że konieczność indywidualnego rozwijania każdego komentarza i czekanie na reakcję przeglądarki, dociągającej indywidualnie każdą kolejną wypowiedź, jest irytujące. Nie tak wygląda zapis rozmowy, dialogu. Dlaczego nie mogę od razu przeczytać kilku wypowiedzi, komentarza do komentarza? Bez sensu zwyczajnie.

 

Wreszcie zarzut najważniejszy. Internet nie wpłynął na zbudowanie więzi bezpośrednich pomiędzy małymi wspólnotami, takimi jak wspólnoty mieszkaniowe, ludzie zamieszkujący przy jednej ulicy. Wydaje się, że potencjalnie korzyści byłoby multum. Ot, chociażby możliwość skoordynowanych zakupów w miejscowym sklepiku spożywczym. Negocjowanie cen związanych ze sprzątaniem budynków. Przykłady można mnożyć... Osobista refleksja sprzed lat mi przychodzi do głowy, z czasów 'przed Internetem'. Zbudowałem kiedyś własnymi rękami (ale oczywiście z pomocą innych) małą sieć 'osiedlową', która połączyła budynki w pewnej kwaterze miasta. Przez mniej więcej tydzień utrzymywał się stan, gdy komputery już się widziały (peer-to-peer), ale jeszcze nie mieliśmy Internetu. Na każdym z podłączonych komputerów instalowaliśmy komunikator (też peer-to-peer). Po mniej więcej dwóch dniach już wszyscy się znali i byli 'na ty'. Co więcej, dochodziło do zbiorowych dyskusji dotyczących nieprawidłowego parkowania, czy kłopotów z odśnieżaniem. Pojawiły się tym samym więzi, wymiana myśli. Po mniej więcej tygodniu podłączyliśmy Internet. Lokalny komunikator nie był już więcej uruchamiany. Rozmowy zanikły...

 

Taki sam los podzieliło moim zdaniem dziennikarstwo obywatelskie. Oczekiwałem, że przyćmi ono dziennikarstwo profesjonalne, tak jakością, jak i dociekliwością. Niestety. Zamiast przynajmniej intrygujących opowieści z życia małych społeczności lub ujawniania małych przekrętów prowadzących do dużych strat materialnych, w ramach dziennikarstwa obywatelskiego pojawiają się recenzje nowych gier, czy pikników organizowanych przez lokalne społeczności. Może to z niewiedzy, o czym można pisać, a o czym nie można. Może przez niejasne regulaminy i mgliste pojęcie własności intelektualnej. W każdym razie rolę dziennikarstwa obywatelskiego przejęły blogi. Tyle, że jest ich na tyle dużo i są na tyle rozproszone, że możliwości percepcyjne przeciętnego człowieka nie pozwalają mu na skuteczne ogarnianie treści.

Dodaj komentarz