Coś poszło nie tak w kapitalizmie. Na początku była Firma. Nie miała jeszcze kapitału. Korzystała ze zdrowych odruchów pracowników-założycieli, którzy postanowili dodać wartość i stworzyć produkt.
 
By istnieć, Firma musi sprzedawać.  Nie musi mieć pracowników. Jak nie tych, to innych. Sprzedaż jest najważniejsza. Nie ważna jest jakość, lecz sprzedaż. Zasady żądzące sprzedażą mówią, że nie może być próżni. Powstawanie kolejnych Firm zakłada nieustanne wypełnianie próżni, znajdowanie kolejnych obszarów, a nawet tworzenie kolejnych obszarów, gdzie można upchać stworzone produkty.
 
Firmie zależy, żebyś oddał jej całą swoją energię. Będziesz wracał do domu po ośmiu, dziewięciu, dziesięciu a może dwunastu godzinach pracy. Coraz częściej pracownik nie będzie wytwarzać sam jeden całego produktu. Jego praca będzie tylko jedną małą składową. Niezbyt istotną, bo ileż takich kropelek potrzeba? Jak odpowiada pracownik pytany o to, co robi lub jak nazywa się jego stanowisko pracy? Jego dzieło stało się równie trudno uchwytne i piękne co plik w kolejnym katalogu zasobów sieciowych Firmy.
 
Pracownik wraca, jednak wraca, w końcu do domu. I już więcej nie może. Nie dostrzeże piękna spadającego przed wejściem do klatki schodowej liścia, nie zauważy wiatru. Zje coś bez smaku, co wyprodukowały inne Firmy. Pozostaje telewizor zaszumiający postrzegane,  piwo trącące chemikaliami o oficjalnej nazwie 'ulepszacz smaku' i wyro źle pościelone, czekające. Wreszcie późny odpoczynek.
 
Nie udało się specjalnie odprężyć, nie udało się uciec przed myślami o Firmie. Wreszcie udaje się zamknąć oczy. I już jest rano. Co się śniło Pracownikowi, nie pamięta. Ważne, by zdążył na wyznaczoną godzinę prezentując promienny zapał, próbując zwalczyć własną osobowość w myśl wyznaczonych celów. Oczywiście podjęte zadania w myśl zasad o jakości pośpiechu, poszukiwania perfekcjonizmu, pomijając satysfakcję.
 
Któregoś dnia na Pracownika o mały włos nie wpadł rower. Rower krzyknął: 'zobacz, jestem poza statystykami'. I zniknął za zakrętem.
Dodaj komentarz