Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

Mówiło się ostatnio w sferach rządzących o 'oporze pewnych środowisk', 'sieciach układów'. Jacyś 'oni' odbierający możliwość rządzenia i budowania lepszego świata jakimś 'nam'. Oczywiście bez konkretnych przykładów, pokazywania palcem. No to niecha ja będę pierwszym, który rzuci kamieniem. Poczta Polska. Monopolista z racji ustaw, jakiś chorych bytów prawnych. Paczka priorytetowa, zapłacona, VAT odprowadzony w inną szarą sieć. Wędruje 16 dni z miejsca A do miejsca B. Oba miejsca w tym samym kraju nad Wisłą. Mogę sobie reklamować do woli. Czy to coś zmieni? W okienku z nowego szkła, w wyremontowanym urzędzie, usłyszałem: 'Wie Pan, to nie listonosz roznosi, tylko paczkarz. A oni różnie robią'. Co mnie to obchodzi? Zapłaciłem, zawarłem tym samym umowę. Ja obywatel z szarą siecią układów urzędu pocztowego.
Wielkanoc! Zmartwychwstanie Pana!
 
Kilka dni wolnego. Długi weekend. Ja jak ten marynarz w porcie, po długim rejsie. Tyle tematów, by się nimi zająć i wszystkie ważne. Na wszystkie w dni powszednie brakuje czasu. I wreszcie te kilka dni. Możliwoś zwolnienia, nabrania perspektywy. Okazuje się, że 'wszystkie nasze dzienne sprawy' nie są takie ważne. Można wreszcie usiąść, choćby do komputera, zastanowić się, odetchnąć...  
Co za dzień... Dzień tysiąca telefonów. Najpiew ja do Polaka, potem Polacy do mnie. A dalej to już poszło dosyć szeroko. Francuz mówiący niesamowitą wersją angielskiego, z taką liczbą naleciałości francuskich, że z trudem łapałem sens całych zdrań, nie mówiąc o poszczególnych słowach. Dalej Niemki sekretarki ze swoim uroczym "entschulgigung", Holender, znowu Polak... Pod koniec dnia zrobiła się 16:30 i zadzwonił Słowak. Wreszcie odetchnąłem. Ciekawe, że niektóre sekretarki nawet nie starają się wytłumaczyć, że nie mówią po angielsku. Przyjmują stosując sobie jedynie zrozumiałą logiką, że ja zrozumiem to, co one mają mi do powiedzenia. Tak postępują Austriaczki. Niemki przynajmniej próbują sprawdzić, czy rozumiem ich szwargot.
 
Pół dnia ze słuchawką przy uchu, wklepując 11 cyfrowe ciągi. Pomyłka na ostatniej cyfrze szczególnie denerwuje. Ucho się poci, wkoło szum rozmów. I ja próbujący się dowiedzieć na zadane tematy. Ot, biurowa codzienność. 
Zdecydowałem się przejść na komercyjny hosting. Wybór padł na amm.net.pl. Za radą Mariusza i innych życzliwych ludzi. Prawdę mówiąc specjalnie długo się nie zastanawiałem. Przekonali mnie do siebie przede wszystkim dużą przejrzystością instrukcji, informacji. Strona bez nadmiernych wodotrysków, prosta w formie, przejrzysta. Mile zaskoczyły mnie automatycznie wygenerowane informacje o założeniu konta. Wszystko podane w sposób zwięzły i jasny. Póki co zarezerwowałem domenę, zapłaciłem przelewem on-line. Oby tak dalej.
Idę z psem ulcią Piastowską.
Nie mam przecież psa.
Dochodzę do siatkowego ogrodzenia baraków firmy obsługującej miasto, czyli wywożącej śmieci, odśnieżanie i tego typu miejskie zabaw. Nie ma już od dawna tej firmy.
Tej firmy już dawno nie ma. Teraz w tym miejscu jest duży plac budowy i powstają apartamentowce. 
Słyszy charakterystyczny gwizd zimorodka. Wiem, że od tego momentu mam jakieś 3-5 s na jego dostrzeżenie. Jeżeli mi się ta sztuka nie uda, to nie zobaczę siedzącego zimorodka. Potem będę miał jeszcze jedną szansę ujrzenia zimorodka w locie. Przywieram do siatki ogrodzeniowej, zapominam o psie. Staram się zajrzeć w lewy róg ogrodzenia, tak bardzo, jak to tylko możliwe, by dojrzeć ptaszka. Wiem, że samcowi ze swoimi kolorami jest trudno się ukryć. Będzie się wybijał z otoczenia. Zauważam starą furtkę w ogordzeniu. Ma tylko skobel. Wchodzę za ogrodzenie. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegam, że po lewej stronie obejścia, w które właśnie wszedłem, rozpościera się ogromny dół w ziemi, coś jakby opuszczone wyrobisko piasku. Na dnie jest zbiornik wodny. Z jednej ze ścian, tej odchodzącej od ulicy Piastowskiej, wystaje rura, z której spływa woda. Rura w zboczu jest zamocowana pękającym betonem.
Nie ma ptaszka. Przynajmniej ja go nie widzę. Hm... W tym momencie, wydając ten sam gwizd, zryba się mały ptaszek. Jest brązowy. Tylko na skrzydłach ma białe lusterka.
No jasne, przecież to samica. 
Patrzę, jak obniża lot nad wodę i robi koło w kierunku wylotu ze zbiornika wody. Gdy się do niego zbliża, dołącza do niej przepiękny, skrzący się jaskrawymi kolorami  drugi ptaszek. Prawie natychmiast pojawia się też drugi, równie kolorowy. Zaczynają walkę w powietrzu. Trwa ona zaledwie kilka sekund, ale jest bardzo gwałtowna. Ten samczyk, który pojawił się jako drugi, odbija w locie i opuszcza teren stawu. Pozostała para ptaszków robi pełen obrót i znika w szczelinie betonu mocującego rurę wylotową z wodą.
Wiem, gdzie jest gniazdo zimorodków! 
 
Obudziłem się bardzo szczęśliwy.