Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

Coś poszło nie tak w kapitalizmie. Na początku była Firma. Nie miała jeszcze kapitału. Korzystała ze zdrowych odruchów pracowników-założycieli, którzy postanowili dodać wartość i stworzyć produkt.
 
By istnieć, Firma musi sprzedawać.  Nie musi mieć pracowników. Jak nie tych, to innych. Sprzedaż jest najważniejsza. Nie ważna jest jakość, lecz sprzedaż. Zasady żądzące sprzedażą mówią, że nie może być próżni. Powstawanie kolejnych Firm zakłada nieustanne wypełnianie próżni, znajdowanie kolejnych obszarów, a nawet tworzenie kolejnych obszarów, gdzie można upchać stworzone produkty.
 
Firmie zależy, żebyś oddał jej całą swoją energię. Będziesz wracał do domu po ośmiu, dziewięciu, dziesięciu a może dwunastu godzinach pracy. Coraz częściej pracownik nie będzie wytwarzać sam jeden całego produktu. Jego praca będzie tylko jedną małą składową. Niezbyt istotną, bo ileż takich kropelek potrzeba? Jak odpowiada pracownik pytany o to, co robi lub jak nazywa się jego stanowisko pracy? Jego dzieło stało się równie trudno uchwytne i piękne co plik w kolejnym katalogu zasobów sieciowych Firmy.
 
Pracownik wraca, jednak wraca, w końcu do domu. I już więcej nie może. Nie dostrzeże piękna spadającego przed wejściem do klatki schodowej liścia, nie zauważy wiatru. Zje coś bez smaku, co wyprodukowały inne Firmy. Pozostaje telewizor zaszumiający postrzegane,  piwo trącące chemikaliami o oficjalnej nazwie 'ulepszacz smaku' i wyro źle pościelone, czekające. Wreszcie późny odpoczynek.
 
Nie udało się specjalnie odprężyć, nie udało się uciec przed myślami o Firmie. Wreszcie udaje się zamknąć oczy. I już jest rano. Co się śniło Pracownikowi, nie pamięta. Ważne, by zdążył na wyznaczoną godzinę prezentując promienny zapał, próbując zwalczyć własną osobowość w myśl wyznaczonych celów. Oczywiście podjęte zadania w myśl zasad o jakości pośpiechu, poszukiwania perfekcjonizmu, pomijając satysfakcję.
 
Któregoś dnia na Pracownika o mały włos nie wpadł rower. Rower krzyknął: 'zobacz, jestem poza statystykami'. I zniknął za zakrętem.
Tak, myślenia można się nauczyć. Na przekór całemu światowi, na przekór nauczycielom, kierownikom, szefom. Na przekór własnemu zmęczeniu dławiącemu nas czasami od rana, czasami bezkresnie. Można dokonać dekompozycji procesu myślenia, dostrzec etapy, przygotować narzędzia. Następnie nauczyć stosować się stosować te narzędzia i cieszyć z efektu ich stosowania. Sporo na ten temat znalazłem w jednej z najważniejszych książek, jakie spotkałem na swojej drodze. To książka 'Naucz swoje dziecko myśleć' autorstwa Edwarda de Bono.
Dzisiejszym światem w warstwie conajmniej ekonomicznej rządzi zwany kapitalizm. Na codzień w bardziej lub mniej zawoalowany sposób wymusza na nas zachowania konsumpcyjne, czytaj kupowanie, zużywanie, wyrzucanie i od początku: kuopwanie...
 
Nie tak dawno czytałem, że w USA grupa przyjaciół postanowiła nic nie kupować. Wkrótce okazało się, że to postanowienie ma daleko idące konsekwencje, zgoła nie ekonomiczne. Przejrzeli swoje szafy i inne zasoby, zaczęli oszczędzać. Odkryli, że mają sporo wolnego czasu, itd. itp.
 
Przyleciały jerzyki! Ostatnie ptaki, które przylatują do miasta Gdańska i pierwsze, które odlatują. Jakoś wyjątkowo wcześnie tego roku, tak mi się przynajmniej wydaje. Zwykle przylatywały na początku czerwca, czyli za dwa tygodnie.
 
Dlatego jerzyk to dla mnie synonim i zwiastun nadejścia lata. Niestety również odejścia, kiedy nagle znika około 20 sierpnia, by pojawić się dopiero za wiele zbyt długich miesięcy.
 
Więc znowu jest i pojedynczo przelatuje po niebie. Cieszysz mnie, mały przyjacielu. 
Znowu jak ten marynarz, co po powrocie do portu z bardzo długiego rejsu, podczas którego marzył tylko i przede wszystkim o tym momencie, kiedy wreszcie dotknie stopą stałego lądu i wreszcie będzie mógł się zająć tymi wszystkimi sprawami, których nie mógł robić w czasie rejsu, popada w odrętwienie. Tematów jest tak wiele, czas przecieka między palcami. Lista zadań jak zawsze za długa, pragnienie odpoczynku obezwładnia. Każda z tych chwil jest tak piękna i tak cenna. Chciałoby się wszystkie zatrzymać, zamrozić, by potem, w czas kolejnego rejsu cieszyć się nimi, ściągać z otchłani niepamięci...