Sobota wieczór. Prognoza pogody na następny dzień zachęca do opuszczenia domu. Przez cały dzień ma być słonecznie, w południe nawet do +8. Czegóż chcieć więcej? Wysyłam pospieszne zaproszenie e-mailem do znajomych. Wiem, że jest już za późno, by dawać oficjalne ogłoszenie na stronę.
Przeszukuję swoje archiwum map, odnajduję termos, nastawiam budzik...


6:00. Zrywam się z wyra, mimo niedzieli. Szybkie śniadanie, przegląd roweru. Dopompowuję opony. Ładuję cały swój ekwipunek, czyli mapy, drugie okulary, termos z gorącą herbatą, pieniądze, telefon. Ależ tego jest. Po chwili jestem na dworcu. Zaskakująca jak na tę porę kolejka do kasy. Ostatnie sms-y do Mariusza. Niestety nie dał rady wstać. Trudno, jadę sam. 8:04 mój pociąg "Biebrza" punktualnie rusza w kierunku Tczewa. Po chwili dociera do mnie konduktor: "Przecież na końcu ma pan wagon do przewozu rowerów". "Wiem, ale do tej pory był dołączany z przodu składu" - odpowiadam. Warto pamiętać o tym wagonie. Niedługo majówka, cały tydzień wolnego, a nad Biebrzą jest wtedy tak niepowtarzalnie. Chlast się w czoło. Nie wyregulowałem hamulców! Po ostatnich zjazdach tylny już prawie nie trzyma. Za klucze i do samego Tczewa zabawa z linką.

Trochę przed 9:00 jestem w Tczewie. Walczę z okularami, próbuję znaleźć jakiś sklep z bananami. Nie ma? Szkoda. No to może po drodze coś się uda upolować. Wyjeżdżam przez most kolejowy. Uważam, że to największa atrakcja Tczewa. Nie wiem, jak to się dzieje, ale za każdym razem przejeżdżając tym mostem odczuwam dziwną euforię. Może to efekt stroboskopowy tworzony przez metalowe sztachety klatki mostu, szatkujące promienie słońca, może dziwne wrażenie tunelu, może odbłyski wody wiślanej.

Zaraz za mostem wjeżdżam na wał. Jest rozjeżdżony przez spychacz, przez co nie jedzie się zbyt komfortowo. Ziemia jest zmrożona. Muszę jechać koleiną, co wymaga ode mnie dużo uwagi. Na szczęście do mostu pod Kiezmarkiem jest tylko 5 km. Wieje przenikliwy wiatr. Niezbyt mocno, ale jednak. Na razie pusto, żadnego życia. Mijam smutny szary budynek stojący na samej koronie wału. W takim miejscu? Przecież tu się nie da żyć! Budynek okazuje się dziewczyną, jak wyczytałem z czerwonej tabliczki. Ta dziewczyna to "strażnica wałowa".

Za mostem jazda wałem jest już przyjemniejsza. Nie jest rozjeżdżona. Robi się jeszcze zimniej. Skupiam się na przyrodzie. Wypatrzyłem pierwsze sarny. Po chwili moją uwagę przykuwa "wielkoptak". Przypuszczam, że to myszołów. Przez chwilę podróżujemy wspólnie. Leci w zawisie, wykorzystując prądy powietrzne. Co parę minut przysiada na słupkach lub na ziemi. Gdy się zbliżam, wzbija się w powietrze. Wreszcie odbija w kierunku rzeki i niknie w zaroślach. W tym momencie dostrzegam drugiego "wielkoptaka", jakieś 2 km przede mną.

Ratują mnie okulary przeciwsłoneczne. Inaczej chyba bym oślepł. Dojeżdżam do "Mątawów Wielkich". Postanawiam porzucić swój plan jazdy cały czas wałem. Posłusznie kieruję się z niebieskim szlakiem pieszym i czarnym rowerowym. Zaczyna się asfalt, przyspieszam, rozgrzewam się, kończy się asfalt. Po chwili dojeżdżam do skrzyżowania drogi utwardzonej z asfaltową. Zasiadam w wiacie autobusowej na małą przerwę. Rozgrzewam się gorącą herbatą, studiuję mapę. Z pobliskiego gospodarstwa dobiegają mnie odgłosy "świńskiej górki", jakby to powiedział wicepremier. W drogę!

Po chwili docieram do celu swojej wyprawy. Mątawski Las. Robi na mnie niesamowite wrażenie. Bardzo gęsty, wręcz nieprzenikniony, a przez to ciemny. Jest to las liściasty, lecz pomimo zimy, a więc braku liści, trudno w niego zajrzeć. Ziemia prawie wszędzie podmokła, bagienna. Wrażenie robią na mnie zwalone, pozostawione pnie drzew. Słowem sama natura. Szczególną uwagę zwracam na jeden gatunek drzewa, o złotawej korze. To chyba topola, ale nie potrafię określić gatunku. Las ciągnie się zaledwie 3 km, ale tworzy unikalną atmosferę. Więc to tak wyglądał las, w którym żyli Prusowie. Na pewno tu jeszcze wrócę!

Jadąc dalej dojeżdżam do jakiś dziwnych stawów. Krążą nad nimi drapieżniki. Dostrzegam grupę niedzielnych wędkarzy podlodowych. Przepiękny krajobraz. Idealne oświetlenie i kolory zimy. Dojeżdżam do Piekła. Tędy przebiegała granica Wolnego Miasta Gdańska. Po powrocie do domu przeczytałem, że mam szczęście, że udało mi się znaleźć tablicę z nazwą miejscowości. Podobno kolekcjonerzy chętnie je kradną. Miejscowość robi na mnie przygnębiające wrażenie podupadłej wsi. Jadę dalej.

Biała Góra, ujście Nogatu. Infrastruktura rzeczna jest bardzo dobrze utrzymana. Na samej śludzie rośnie ogromne drzewo z wieloma "głowami" jemioły. Nic, tylko całować dziewczyny. Z daleka słyszę trel jemiołuszek. Spore stado. Udaje mi się podejść na tyle blisko, by wyraźnie widzieć ich sterczące na głowach czubki. Niestety miejscowy sklep jest nieczynny  :-(  Co robić? Trudna decyzja. Albo przebić się na południe, na wysokość Gniewu, albo... Studiując mapę wypatrzyłem rezerwat "Węgry". Ha, to by było, w jedną niedzielę być w Piekle i na Węgrzech  :-)  Wprawdzie dokładna nazwa to "Parów Węgry", ale to przecież to samo  ;-) . Pytam się miejscowych o prom do Grudziądza, ale najwyraźniej moje przybycie stanowi dla nich szok społeczny. Pytam się trzech osób, każda na hasło prom reaguje zdziwieniem.

No to jadę w kierunku Węgrów. Najpierw wybieram wariant szlakiem czerwonym. Jakiś kilometr za wsią pokornie poddałem się naturze. Tu ziemia już rozmarzła. Żuławskie mady oblepiają mi dokładnie rower. Daję sobie spokój i zawracam. Ten kilometr kosztował mnie masę energii. Zziajany ponownie staję we wsi. Wjeżdżam na szlak niebieski, który natychmiast zagłębia się w lesie. Od razu lepiej. Ku mojemu zaskoczeniu w lesie jeszcze leży śnieg. Raźno pedałuję, opuszczam szlak niebieski i kieruję się "na przełaj" ku najbliższej drodze. Przekonałem sam siebie, że tu się nie da zabłądzić, a poza tym mam jeszcze sporo czasu do zmroku. Docieram do drogi, odnajduję szlak czerwony. Jadę przez kolejne wsie. Zaczyna mi się dłużyć, ale nie poddaję się. Krajobraz polny i nijaki. Nie widać Nogatu, chociaż wiem, że jadę prawie jego brzegiem. Wreszcie docieram do jakiegoś dworu i widzę konie. Czyli zgodnie z mapą. Tylko gdzie te Węgry? Zatrzymuje się samochód, pytają mnie o drogę. Zabłądzili. No tak, w takie miejsca można trafić tylko przypadkiem. Niestety moja mapa skończyła się akurat w tym miejscu. Wiem, że jestem mniej więcej w połowie drogi między Sztumem i Malborkiem. Patrzę na zegarek, 13:30. Czas już wracać. Ale najpierw Węgry. Są, 300 m dalej. Wjeżdżam do parowu, przejeżdżam na drugą stronę. Urokliwe miejsce, ale bez porównania z Mątawskim Lasem. Wracam...

Droga powrotna to była w zasadzie wierna kopia drogi "do". Tyle, że wracam cały czas asfaltem. Zamieniłem się w "połykacza kilometrów". Czuję już zmęczenie i zimno. W "Białej Górze" dostrzegam otwarte drzwi sklepu. O zbawcy. Napycham kałdun węglowodanami, krzepię się gorącą herbatą. W drogę, do Tczewa. Słońce coraz niżej. Dostałem niesamowitego przyspieszenia. Patrzę na licznik. 22 km/h, 25 km/h. Wrzuciłem swój szosowy blat, 52 zębiszcza. Utrzymuję stałe tempo 27 km/h. Niesamowite. Znad głowy startuje mi krogulec, chyba. Już jestem na skrzyżowaniu pod Kiezmarkiem. Kolejny krogulec, tego widzę go bardzo wyraźnie, leci nisko nad ziemią. Znowu most kolejowy w Tczewie i już jestem na dworcu. Kolejka po bilet,
sms-y informujące świat, że żyję. Jeszcze 20 minut i już się chwieję w złomie kolejowym w kierunku domu.

Mapa: "Z biegiem Wisły. Grudziądz-Gdańsk", skala: 1:75 000. Wydawnictow EKO Kapio.
Bilans: 86 km.
Czas: od 9:00 (Tczew) do 15:00 (Tczew)
Koszty: bilet tam 12,50, bilet stamtąd 10,50; 2 snickersy, kiełbasa itd. 10,50
Foto: Sony-Ericsson K700i
Wrażenia: bezcenne  ;-)

W załączniku niespodzianka. Wprowadziłem wszystkie najważniejsze punkty, które odwiedziłem po drodze, na mapę w aplikacji "Google Earth". Przypominam, że ta aplikacja jest darmowa. Można ją ściągnąć stąd: http://earth.google.com/download-earth.html. Załączony plik należy zaimportować do tej aplikacji. Proponuję samodzielnie odszukać w panelu "Places" podkatalog "Sightseeing" (ang. zwiedzanie). Jeżeli podczepicie
w tym katalogu wspomniany już plik i wciśniecie następnie trójkącik (play), to aplikacja pokaże Wam kolejne odwiedzone przeze mnie miejsca. Uważam, że ta opcja jest dużo lepsza, niż zamieszczanie pod relacją mapy.
 
Dodaj komentarz