Takie tam moje nieśmiałe próby. Do tej pory do szuflady przede wszystkim. Przeszukałem szuflady i co się nadawało wystawiłem na widok publiczny. Nie znaczy to, że skończyłem. Większość tych słów składanych, zestawianych, łączonych, ma charakter nigdy nie dokończonych, uciekających myśli, które od czasu do czasu udaje mi się na chwilę chociaż zatrzymać, zmaterializować, zapisać.

 

Poniższy podział wynika wyłącznie ze względów edytorskich: jak udało się złapać niewiele słów - mała forma. Jak nieco więcej, forma staje się większa.

 

Ostrzegam, że słowa zebrane w tej części strony mają charakter nic nie znaczącej fikcji. Nie ma więc związku pomiędzy osobami znanymi mi z życia, a tymi przedstawionymi, spersonifikowanymi czy inaczej pomacanymi tymi słowami.

 

Przyjemnej lektury...

 

 Niedziela, więc mam wolne, a skoro wstałem, to znaczy, że jest po 9. Pada. Na śniadanie zjadłem to co zwykle. Teraz mi się trochę odbija. Siedzę przy herbacie i słucham Smolika, kawałka o śnieniu (S. Dreams). Dzwonek do drzwi. Dziwne, ale nie niemożliwe. To może być firma sprzątająca klatkę schodową. Podchodzę do domofonu.

- Kto tam? - Pytam.

- Anna.

Jak to Anna? Ta Anna?

- Jak?

- No Anka. Wpuść mnie.

Jasne. Wpuszczam. Bzyczenie zamka, trzask pchanych drzwi. Weszła do klatki. Ale jak to? Skąd wiedziała, gdzie teraz mieszkam? Kim teraz jest? „Wyobraź sobie, że nie istnieję”. Tak brzmiał jej ostatni sms.

Zamykam drzwi do łazienki, sprawdzam, czy nie mam za dużego chlewu w łazience i czujnie zamykam drzwi do sypialni.

- Wejdź.

Stoi na progu w lekkim rozkroku. Nie ścięła włosów. Na ramieniu ma ten swój plecak, który ją zawsze wyróżniał – z jednym szerokim ramiączkiem. Zimowa kurtka, golf. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak ten jej wyraz twarzy, zawsze bezczelny.

Jest prawie mojego wzrostu, więc może mi patrzeć prosto w oczy. Nie patrzy. Ma opuszczone ramiona i lekko się garbi.

- Wejdź. - Powtarzam.

Zapalam światło w korytarzu, ale żarówki rozgrzeją się za dobrą chwilę. Zamykam za nią drzwi i gapię się teraz na jej ocieplane buty.

- Jak się domyślasz nie miałam dokąd pójść... - zaczęła.

- Tak, domyślam się. Przecież nie istniejesz. Musiało się więc stać coś fatalnego, że postanowiłaś zmienić czasoprzestrzeń.

Co najmniej skończyły się jej pieniądze. Albo ktoś ją wciągnął w długi, bo przecież sama była na to zbyt rozsądna. Od zawsze.

- Może herbaty się napijesz? Nawet jakąś kawę powinienem mieć – zaczynam. - Ile to już lat?

- Co ile lat? - Pyta.

- No... Ile lat się nie widzieliśmy.


 

Będzie parę miesięcy, kiedy jechałem ostatni raz do pracy 'kolejką', czyli składem SKM. Dzisiaj tak się złożyło, że poczłapałem piechotą na peron. Listopadowy poranek, mrożona zgnilizna i półmrok. Automat wypluwa z siebie bilet. Powstrzymuję się kolejny raz od rzucania przekleństw na firmę psudokapitalistyczną, co nie potrafi uszanować podróżnego... Nadjeżdża i skład, projekt jeszcze przedwojenny. Sam skład chociaż odnawiany, już po trzydziestce. 'Pociągów będzie mniej, za to będą dłuższe' przypominam sobie ostatnią wiadomość do ludu wystosowaną przez marketing firmy przewozowej. No jest 'trochu' ścisk. Blisko mnie stoi kobieta, która pcha mi się od razu do głowy. Zaczynam studia poznawcze...

 

Na początek dostała punkty naturalne za barwę włosów. Wiadomo, to co na głowie naturalną biżuterią kobiety. I znowu plusy do charyzmy za brak grzywki, synonimu mężatki. Zamiast tego upięła co nad czołem na bok prostą spinką. Zatrzymałem się na tej spince, potem po czole i nad odsłonięte ucho... Z powrotem na spinkę. Hm... Często spinka jest jakaś wymyślna, przechodząca z przedmiotu użytkowego w biżuterię. Albo jest przemyślnie chowana. A tu włos prosty, spinka też. No dobra.

 

Rozluźnia się, mniej ludziów przez chwilę, to siadam. O proszę, siadła kolo mnie. Skromne, ale eleganckie rękawiczki. Ściąga. Zadbane dłonie. Aż niezwyczajne. Bo utarło się w mojej głowie, że kobiety w kraju tym odpuszczają sobie górne końcówki: a to każdy pazur innej długości, albo niedoskonałości maskowane plastikiem klejonym do końców palców, do tego oczojebnym istotnie. Ech... Tym bardziej kolejne punkty. Wstrzymuję się, by nie wykrzywić facjaty bezrozumnie, gdy z torby wyciąga... książkę. Do tego otwiera ją i zaczyna czytać. I nie na początku! Ideał się dosiadł do eskaemki? Przecież łatwo zrazić współczesną, której się wydaje, że ocieka zajebistością, pytaniem, jaką książkę czytała ostatnio.

 

Sumuję punkty, gryzdam w swoim kajeciku. Duża stacja. Wysiada ona, wysiadam ja. Już w samym wyjściu z przedziału rozdzieliła nas jakaś szara. Te włosy... Są na schodach. Przyspieszam, łapię ją za rękaw kurtki:

 

- Być może często słyszy pani te słowa, ale...

 

metoda kopów bieżących

Nazwa naukowa metody polegającej na stawianiu młodemu człowiekowi świeżo przyjętemu do pracy kolejnych nierealnych wyzwań mających go wyrwać ze stanu
tragicznej bylejakości
i prowadzić przez życie wprost do kapitalistycznego szczęścia.
'tragiczna bylejakość' bodajże wystąpiła u Stachury, więc ją tylko cytuję.

Nigdy nie miałem problemu z pochwyceniem ulotnych doznań szczęścia. Wiem, kiedy jestem szczęśliwy. Staram się łapać tych momentów jak najwięcej. Nazywać je, celebrować, spowalniać upływ czasu. Szanuję je wielce, a nawet zapamiętywać.

Może to nadzwyczajne wyczucie rzeczywistości, ale potrafię też wyczuć, że ładuję się w nieprzyjemne sytuacje. Niestety najczęściej jest tak, że sama świadomość nie wystarczy.

Wiedziałem, że nadszedł czas, kiedy muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, co będę dalej robił w czasie niewolnym swojego życia. Uporałem się wielkim trudem, znojem, zmęczeniem i znowu trudem z dużym zadaniem. Zadaniem, które miało swój początek i swój koniec. To, co miało być napisane i zrobione, leżało obok mnie na łóżku. Wystarczyło wyjść z pokoju, przejechać parę kilometrów Warszawy, zapłacić przy wejściu, zanieść zgromadzone papiery i kwitek zapłaty, a potem pojechać na urlop, który zaczynał mi się następnego dnia. Czyli w zasadzie oprócz dwóch godzin miałem ten dzień dla siebie.

Obudziłem się za wcześnie, z pierwszym trelem dzwońca. Siadłem na krawędzi łóżka w pustym, niewielkim pokoju. Na ścianie mały, czternastocalowy, niedziałający telewizor. Czajnik pamiętający lepsze czasy. Skromnie. We wszystkim stłumiony wielokrotnym sprzątaniem i wietrzeniem zapach dymu papierosów.

Wsadzam twarz w dłonie i czochram siwiejące. Siedzę tak chyba długo. Nie chcę znaleźć zegarka ani okularów. Nie wiem, co dalej. Wiem, że wstanę, wykonam podstawowe czynności egzystencjalne, a potem zgodnie z planem złożę papiery w odpowiednie miejsce. Ale co dalej tak w ogóle?

Przez głowę w kółko przelatuje mi myśl napisana kiedyś przez Marka Hłasko „po wielkim wysiłku nawet sukces wydaje się koszmarnym snem”. Nie spałem coś do pierwszej, czy która to była. Prawie cały dzień nie jadłem. Nie wyspałem się, nie byłem też głodny. Wstanę chyba.

Czas podjąć męskie decyzje. Może jednak posłuchać się podświadomości, zrobić to, co zamierzałem zrobić od dawna? Przecież to jest właśnie ten moment, żeby złożyć wypowiedzenie i odejść z tarczą. Nie odkładać spraw najważniejszych. Niemal czuję, że zamiast anioła stróża stał tego ranka nade mną najcierpliwszy ze wszystkich świętych, święty nigdy. Jak zwykle milczał.

Przed nim siedziała skulona, zmęczona postać, złapana przez samego siebie w pułapkę myślogonu. A to odpowiedzialność, czyli słowo klucz przyszłych ojców, samotne matki księgowe przed zamknięciem miesiąca, głównych programistów i tych


wszystkich, którym kazano. Dorosłość już od dawna znaczy dla mnie umiejętność rezygnowania z przyjemności, odmawiania sobie, a w zasadzie nawet zakazywania. Wraz z pracą w dużej firmie z ambicjami na coś więcej doszedł jeszcze rygor planowania. Dzięki niemu wiedziałem ile czasu poświęcę na spanie, ile na podróż, że zakupy żywności zajmują mi do czterdziestu minut, a poranna kąpiel około dwudziestu.

 

Dzięki zdobyczom planowania wiedziałem, że albo w ciągu najbliższego roku wezmę kredyt mieszkaniowy, który będę spłacać przez najbliższe 30 lat, albo już nigdy go nie wezmę i będę zdany na łaskę rodziny, obok której teraz mieszkam w jednym starym domu. Rodzice będą coraz starci, ja nadal nie będę mieć łazienki.

Jak taki wytarty sprany sweter. Wiadomo, że dobrze by się go nadal nosiło, ale w szafie jest jeszcze kilka swetrów. Ten wymaga prania, a i tak już nie będzie lepszy. Tamte są nowe, cieplejsze. Tylko siła przyzwyczajenia powoduje, że go nie wyrzucamy na śmietnik. Jestem w firmie takim swetrem. Czarnym z pomarańczowym pasem na wysokości piersi. Chwilowo bez siły.

Jesteś też ty. Nie umiem z tobą już od dawna porozmawiać. Gdy udaje mi się usiąść w twoim domu i patrzeć na te niesamowite dłonie, sposób, w jaki się kulisz w fotelu, czy drapiesz po udach od razu powoduje, że nie potrafię nic powiedzieć. Najczęściej jestem zmęczony, strasznie zmęczony, nieuleczalnie. Siedzę i bezmyślnie przerzucam kanały w telewizorze, wysyłając za przesuwającymi się po ekranie postaciami swoje marzenia. Myślę o podróży, ucieczce, znalezieniu się w miejscu, gdzie nie będzie szumu, nie będzie tego wszystkiego, co ciągle tłumi moją wrażliwość, oddala od nas.

Moja miłość jest nienazwana od czasu, jak usłyszałem, że wypowiadanie 'kocham' przychodzi mi za łatwo, jest banalne. Jak cała moja codzienność i oczekiwanie na twoją spontaniczność, czy choćby ściszenie telewizora. Chwilę wieczorem, o której powiesz, że jest dla nas, byśmy mogli porozmawiać. Tak strasznie za tobą tęsknię wieczorami siedząc zaledwie kilka metrów koło ciebie.

Teraz mógłbym to zmienić. Z urlopu zrobiłem jeszcze jedno zadania na długiej codziennej liście telefonów i tematów do załatwienia gdzieś między planowanymi zebraniami. Wyszukałem ogłoszenie w Internecie. Nie było kiedy poszukać ocen, wrażeń odpoczywających w tym miejscu w przeszłości. Cholera, daleko jakoś. Sprawdziłem na mapie, że ponad 350 km. W pobliżu jeziora, co nic nie znaczy, jak ta droga z hakiem. Mogą być kłopoty z ciepłą wodą, tyle zapamiętałem. I jak najszybciej trze-


ba było wpłacić zaliczkę. Zapłaciłem, wrzuciłem do osobnego katalogu potwierdzenie.

 

To już za dwa dni. Mam akurat tyle czasu, żeby się spakować, założyć na dach rower, wyjąć pieniądze i w drogę. Z niezwykłą szczegółowością docierają do mnie wszystkie czynności, które złożą się na zapakowaną walizkę, zatankowany samochód i inne drobiazgi składające się na moment wyjazdu.

Po co mi to. Powinienem do ciebie zadzwonić. Znowu prosić, żebyś przyjechała do mnie. O niczym bardziej nie marzę. Chcę ciebie. Całej.

Fajnie, gdybyś mnie wspierała, gdybyś wiedziała, z czym sam walczę, jakie mam wątpliwości, czego się boję. Tylko co wtedy... Nie mówię Ci o tych wszystkich swoich wnętrznościach, bo wydają mi się banalne. Od czasu, jak mnie podsumowałaś „to zmień”, nie mam odwagi. Taka zmiana dotyczy mnie, dlatego jest taka trudna.

Wiem, co chciałem usłyszeć. O pomocy, że nawet jak przez kilka miesięcy nie będę mógł znaleźć pracy, to mi pożyczysz pieniądze. Głównie chodziło o wiarę, że nie wykorzystam sytuacji, nie będę się starał żyć z twoich pieniędzy, ale będę aktywnie szukać. Albo pomogę ci rozkręcić twój mały, wiecznie kulejący kawałek kapitalizmu.

Wiem, że potrafię się przestawić i zająć czymś innym. Po latach wtłaczania swojej osobowości w ramki korporacyjnej obowiązkowości już wiem. Wystarczy, że przestanę patrzeć na zegarek, pozwalając sobie tym razem na włożenie kawałka swojej duszy w to, co mam do zrobienia. Bez ciągłego upychania w godzinie jeszcze większej liczby zadań w imię bezpostaciowych wskaźników.

Pamiętam słowa kobiety, jaka wtedy z ciebie wylazła. Przecież mężczyzna powinien sobie radzić. Nie wyobrażasz sobie sytuacji, w której mogłabyś utrzymywać faceta. Do tego miesiącami, jak sam powiedziałem. Faceci powinni sobie radzić. Tego oczekują kobiety. Cała prawda o wyzwolonym partnerstwie.

Wstaję z łóżka i włącza się automat. Łazienka. Nie golę się. Z jakiejś zasady. Ponieważ trudno było powiedzieć, z jakiej, skorzystałem z pomocy dziadka powtarzającego, że co to za mężczyzna, który z własnej woli z samego rana kładzie sobie nóż na gardle.

Świeci słońce, gdy wychodzę z malutkiego hoteliku pracowniczego w poszukiwaniu najbliższego spożywczaka. Będzie śniadanie mistrzów, jak już odstoję swoje w kolejce. Praski sklep o poranku, pełny spóźnionych, spieszących na pierwszą zmianę. Napychają do reklamówek jogurty, bułki, czasem żółty ser. Stare


agregaty chłodnicze charakterystycznie szemrzą. Bez sensu te wszystkie reklamówki rozkładające się potem setki lat na wysypiskach lub latające w poprzek brudnej ulicy.

 

Na Grochowie jest szaro i zwyczajnie. Rozklekotane pociągi wolno sunące przez wyjątkowo szeroki przejazd kolejowy. Zbudowano nad nim szeroką kładkę dla pieszych, ale komu by się chciało wdrapywać po schodach. Przecież samochody i tak przejeżdżają przez tory niemal w tym samym miejscu. Dziury w jezdni komponują mi się przed oczami ze zmęczoną zielenią pełni lata. Ciągnę siebie w kierunku pętli autobusowej mijając ludzi, którzy w godzinach pracy biurowej załatwiają inne sprawy, niż widoczna praca.

Zasadę tę znalazłem wertując przypadkowy podręcznik traktujący o istocie zarządzania ryzykiem. Nie potrafię jej dokładnie zacytować, ale mniej więcej szło to jakoś tak:

 

Jeżeli już wiesz, że masz problem, to w pierwszej kolejności sprawdź, czy nie jesteś jego częścią.

 

(autor nieznany)

 

Gdańsk, 2009