750 IMG 1105 MojNrStartowy

Ukończyłem Maraton Solidarności 2018. Postanowiłem zapisać kilka myśli, wspomnień.

Zapraszam do lektury!

Zacząłem biegać pod koniec listopada 2017 r. Pewnie nie każdy dzisiaj pamięta, że to był wyjątkowo mokry rok. Padało niemal codziennie, do tego o tej porze roku wcześnie zapada zmrok. Piszę o tym, bo nie ułatwiało to początków, które, jak wiadomo, nie są łatwe. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie biegał od czasu szkoły średniej. I tu dodam, że nie lubiłem tzw. “wuefu”, a tym bardziej biegania. Tak więc praca-biurko, dom-biurko przez ponad 15 lat, co dało nieco ponad 15 kg nadwagi. Nie jest jednak tak, że przez cały ten czas zupełnie nic nie robiłem, czyli że zupełnie się nie ruszałem. Przez cały ten czas dojeżdżałem do pracy rowerem. Bez względu na to, gdzie w danym czasie pracowałem, czy mieszkałem, miałem to szczęście, że mogłem korzystać z roweru jak ze środka transportu. Doświadczenia związane z dojeżdżaniem na rowerze do pracy to zdecydowanie temat na osobny artykuł. W tym miejscu dość wspomnieć, że taka codzienna porcja aktywności nie wystarczy, by zachować tzw. formę lub by utrzymać stałą masę. Zwyczajnie jest to zbyt mała dawka ruchu, spala się zbyt mało energii.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć, że oprócz dojeżdżania na rowerze do pracy wykorzystywałem też rower do dłuższych wycieczek. Te z kolei zdarzały się na tyle rzadko, że nawet gdy przekraczałem 100 km, to były to raczej jednorazowe akcje, które co najwyżej każdorazowo nadwyrężały mi organizm, zamiast budować formę.

Plan polegał na stworzeniu wzajemnie, jednocześnie oddziałujących na siebie biegunów: biegam-chudnę, czyli: biegam, żeby schudnąć, ale też: gdy chudnę, jest mi łatwiej biegać. Niestety w praktyce to nie do końca zadziałało w ten sposób.

To było już drugie podejście do biegania w roku 2017. Pierwsze miało miejsce pod koniec sierpnia i skończyło się już po niecałych dwóch tygodniach kłującym bólem w prawym kolanie. Znałem ten ból z przeszłości, z jazdy na rowerze, kiedy zdarzało mi się znacznie przeciążyć staw poprzez jazdę z niską kadencją i z ciężkim przełożeniem. Cóż, w takich przypadkach pomagało przede wszystkim odstawienie roweru, na przynajmniej jakiś czas. Tak też zrobiłem, całkowicie rezygnując z biegania.

Nauczony doświadczeniem z lata w listopadzie postanowiłem stopniować wysiłek, zwiększając jednocześnie liczbę treningów. Oznaczało to, że biegałem 3x w tygodniu, niezależnie od pogody. W pierwszym tygodniu przebiegłem 3x 2,5 km, w kolejnym 3x 3 km itd. Czyli zwiększałem dystans pokonywany tygodniowo o 1,5 km. Plan był prosty - dojść do dystansu 3x 15 km = 45 km. Zbyt ambitnie? Być może.

Chrzest bojowy to był bieg w Gdyni na dystansie 10 km, gdzie udało mi się uzyskać czas poniżej 1 h, co poczytałem sobie za duży sukces. Pod koniec marca, ale jeszcze przed rozpoczęciem kalendarzowej wiosny, przebiegłem swój pierwszy półmaraton w czasie 1 h 53 min., co uznałem za osobiste osiągnięcie. I to był w zasadzie koniec startów w zorganizowanych imprezach biegowych. W kwietniu obserwowałem gdański maraton z perspektywy widza. Po głowie chodziło mi już wtedy pytanie, czy się odważę…

Mam 42 lata, więc start na dystansie 42 km mógł zdarzyć się ‘teraz albo nigdy’. Kupiłem bilet… Maraton Solidarności odbywa się co roku 15 sierpnia. W tym roku wypadło, że w środę, a więc w środku tygodnia.

Czy dam radę? Za główne wyzwanie uznałem temperaturę powietrza. Tego roku (2018) mieliśmy wyjątkowo suche i upalne lato. W lipcu próbowałem biegać w środku dnia, około południa. To była mordęga. Dystans 16 km, który zwykle pokonywałem bez większego problemu, spowodował całkowite wyczerpanie organizmu. Do tego stopnia, że musiałem usiąść, by napić się wody i złapać oddech.

Najdłuższy dystans, jaki pokonałem przed startem w maratonie to było coś trochę ponad 30 km. Wieczorem, pod koniec czerwca, gdy temperatura spadła poniżej 25 st. C.

Czy to wystarczy? Czy pracowałem wystarczająco ciężko? W okresie dwóch tygodni bezpośrednio przed maratonem przebiegałem 3x 15 km, czując narastające zmęczenie.

Odbieram pakiet startowy. Przy okazji pierwszy raz w erze po likwidacji Stoczni Gdańskiej odwiedzam salę BHP…

Dzień startu. Wstaję o 6:00, jem śniadanie i idę piechotą na stację SKM we Wrzeszczu. Skład kolejki w znacznym stopniu wypełniony jest zawodnikami udającymi się na start. Wśród nich jest i pan z Norwegii, który wybrał start w tej akurat imprezie, bo o tej porze roku w naszym kraju z reguły jest ciepło. No nic, każdy ma swoje priorytety…

Wstępem do imprezy było przemówienie oficjeli, w tym prezydenta miasta Gdyni, obecnego przewodniczącego NSZZ Solidarność i sekretarza wojewody. Prawie połowa uczestników biegu to ludzie z zagranicy. Całe więc szczęście, że chociaż jeden z przemawiających wpadł na to, by powiedzieć do nich kilka słów po angielsku. Atmosfera jest podniosła. 100-lecie niepodległości, pomnik i cykl maratonów.

Jest chłodniej, niż dzień wcześniej. Nawet spadło kilka kropel deszczu. Stopniowo się przejaśnia. Start. Włączam Endomondo w telefonie. Na plecach mam 3 l wody z rozpuszczonym w nich magnezem. Do tego 10x batonów energetycznych. Na głowie czapka z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne. Ruszam za ‘zającami’ na 4 h 15 min.

Ponieważ często się powtarza pytanie ‘o co chodzi z tymi zającami’, wyjaśniam. Na dłuższych biegach, takich jak półmaratony i maratony, organizatorzy ułatwiają uczestnikom pobicie rekordu życiowego, a może po prostu ukończenie biegu w zakładanym przez nich czasie w taki sposób, że mogą biec za bardziej doświadczonymi, pilnującymi czasu biegaczami. Tak więc, jeżeli uważamy, że damy radę pokonać maraton np. w 4 h 15 min., ale nie chcemy lub nie umiemy pilnować przez cały czas tempa, to wystarczy, że zdamy się na pomoc organizatora w tym zakresie. Organizator znajduje osoby, które deklarują, że pokonają trasę w wyznaczonym czasie. Często wyróżniają się z tłumu innych biegaczy  ciągnąc za sobą balony z wymalowanym czasem, jaki zamierzają osiągnąć. Więc jeżeli uznamy, że to dobry pomysł, to możemy biec za takimi ludźmi, co da nam gwarancję dotarcia do mety w takim czasie, jak widniejący na balonach.

Na początkowym odcinku trasy jest sporo kibiców, co mnie pcha do przodu. Początkowo, aż do mniej więcej Orłowa, drepczę za grupą na 4 h 15 min. W końcu poczułem się na tyle pewnie, by trochę ją wyprzedzić.

Przede wszystkim zapamiętałem zapach stopionego asfaltu. W końcu wyszło słońce, a w Gdańsku w tym czasie trwał remont Al. Grunwaldzkiej i ul. Gospody. W obu tych miejscach został niedawno ułożony świeży asfalt. Ale nawet jeżeli nie był świeży, to i tak jego woń była momentami dosyć wszechobecna.

Drugie wspomnienie też dotyczy zapachu. To spaliny samochodów. Na co dzień z perspektywy pieszego, czy też kierowcy auta, tego tak nie czuję. Być może wysiłek wyostrzył mi zmysły, bo tym razem czuję bardzo wyraźnie, że co któryś samochód nie do końca spala prawidłowo kopaliny.

Biegnę równym tempem mniej więcej do 25 km. W ogóle biegnę do 35 km, przy czym odcinek od 25 km do 35 km to już słabnący trucht. Nie wiem, co się stało. Na pewno coś się zepsuło z żołądkiem i okolicami. Spuchł. Spuchł i bolał. Na tyle, by miarowe oscylacje wywołane biegiem były więcej niż dokuczliwe. Postanowiłem jeść co mniej więcej 5 km jeden baton. Wybrałem batony zawierające wyłącznie naturalne składniki, bez żadnych sztuczydeł. Teraz już wiem, że to o wiele za dużo. Batony zakleiły mi żołądek, co znakomicie utrudniło wchłanianie czegokolwiek.

Obawiałem się, że na trasie będzie zbyt mało wody. Było wręcz przeciwnie. Mogłem spokojnie obejść się bez płynów, które niosłem na plecach.

Od 35 km po prostu idę. Najpierw szybkim krokiem, potem wyraźnie wolniej. W zasadzie Hallera i Jana z Kolna pokonuję idąc, z krótkim fragmentami, gdy przebiegam np. przez skrzyżowania blokowane na tę okoliczność przez kierujących ruchem. Po każdym takim epizodzie przekonuję się, że w dalszym ciągu dokucza mi żołądek. Wyprzedza mnie coraz więcej osób, co wyraźnie pogarsza mi nastrój.

Nie ma się co oszukiwać, bolą mnie też mięśnie nóg. Zmęczyły się, to oczywiste. Nie bolą mnie stopy. Jeszcze nie bolą, nie spuchły. Za to spuchły mi dłonie, a w zasadzie tylko palce. Domyślam się, że to przez za dużą ilość wody w organizmie. Wobec tego przestałem pić i do mety problem ustąpił.

Gdzieś na wysokości ECS wyprzedzają mnie ‘zające’ na 4:45. No to po mnie, pomyślałem. Zmuszam się do biegu. Do mety zostały jeszcze może 2 km. Nagle okazało się, że po pierwsze mogę biec, a po drugie wcale nie jest tak źle. Przyspieszyłem wyraźnie. Ostatnie kilkaset metrów trasy jest ogrodzone barierkami. Przebiegam pomiędzy ludźmi, którzy mi kibicują. Niesamowite uczucie.

Widzę metę! Podnoszę ręce do góry. Po chwili na mojej szyi wisi pamiątkowy medal. Zostaję skierowany do punktu odpoczynku.

4 h 48 min. 24 sek. M40 - 160, open - 507. Pierwsze koty za płoty. Na pewno się poprawię. Wiem, że to nie jest mój pierwszy maraton. Pierwszy ukończony, chociaż nie w całości przebiegnięty. Już wiem, jak to jest…

Na pewno było zbyt ciepło, bym mógł w pełni wykorzystać mój organizm. Nie było jakoś przesadnie gorąco, ale mimo wszystko nie była to moja strefa komfortu. To taki wniosek ogólny, ale przecież 15 sierpnia mogło być znacznie, znacznie cieplej! Co wtedy? Wtedy prawdopodobnie bym się wycofał.

Wracam piechotą przez Gdańsk do stacji SKM Gdańsk Główny. Jest jakieś zacięcie i w pociągu jest mnóstwo ludzi. Wysiadam we Wrzeszczu i dochodzę do domu.

Tego dnia już po biegu zjadłem 500 g makaronu, w dwóch porcjach. Ale to dopiero po paru godzinach od powrotu. Najpierw bowiem musiałem zaczekać, aż mój organizm łaskawie przyswoi w końcu zjedzone wcześniej batony.

Obrażenia? Obawiałem się przede wszystkim o stawy. 42 km na twardej, asfaltowej powierzchni, mogły odnowić wspomnianą już kontuzję z dawnych czasów. Gdyby do tego doszło, musiałbym się wycofać. Tak też powiedziałem sobie przed startem. To była moja czerwona linia, warunek wycofania się. Nic takiego się nie stało. Wygląda więc na to, że wcześniejsze treningi na twardej powierzchni przyniosły spodziewany efekt - organizm się wzmocnił na tyle, by nie wystąpiły obrażenia.

Niektórzy pytali mnie, czy się nie poobcierałem. Jakoś tak mam, że na ogół nie występują u mnie tego typu obrażenia. Nie miałem jakiejś specjalnej bielizny - ot bawełniane majtki, a na nich spodenki do biegania z jakiejś tkaniny syntetycznej.

Po drodze, na trasie biegu, co jakiś czas stał wóz strażacki, a obok niego była tzw. kurtyna wodna. Wydawało mi się świetnym pomysłem, by przebiegać przez rozpyloną wodę. Nie zauważyłem, że efektem ubocznym takiego chwilowego ochłodzenia było przyklejenie się tkaniny spodenek bezpośrednio do ud. Efekt końcowy to dziesiątki drobnych, palących strupów, jakie powstały po oderwaniu spodenek od skóry. Zagoiły się po mniej więcej tygodniu.

Stopy wg krokomierza Xiaomi zrobiły ponad 56 tys. kroków. Już zimą zdarzyła mi się dziwna przygoda - wylew podpaznokciowy. Do czerwca jeden z paznokci zszedł mi kompletnie, a drugi wyglądał niezbyt apetycznie. Za radą koleżanki zainwestowałem w specjalne skarpetki, licząc, że ‘magicznie’ zapobiegnie to dalszym urazom. No i prawie. Po maratonie na dużym palcu stopy zrobił mi się ogromny pęcherz, który objął niemal cały palec. Niespodziewanie zupełnie tego nie czułem aż do mety. Dopiero w domu złapałem się za głowę. Na sąsiadującym palcu był równie duży pęcherz. Oba nie pękły. Przyczyną ich powstania znowu była kurtyna wodna. Przypomniałem sobie, że tak mi się spodobało przebieganie przez wodę, że nie zauważyłem powstałej  w miejscu rozpylania wody kałuży. Wbiegłem w nią. W efekcie przez dłuższy czas jedna ze stóp była mokra, co spowodowało powstanie pęcherza.

Nic więcej mi się nie przytrafiło, poza bólem mięśni, który ustąpił coś po dwóch dniach. Następnego dnia, czyli w czwartek, od rana byłem już w pracy. Czyli dzień jak co dzień.

Czy warto przebiec maraton?

Coś mi się przestawiło w głowie. Tak, zdecydowanie. To, co zawsze wiedziałem, co było do tej pory wynikiem świadomego rozumowania, teraz stanowi dla mnie prawdę podstawową: ludzie są dzielni. Potrafią robić niesamowite rzeczy. Potrafią przebiec wielkie dystanse. Zrobić coś tak niezwykłego, jak bieg przez 4 h. Bez względu na wiek, płeć, kolor skóry. Każdy może pokonać taki dystans. Z nieznanych przyczyn robią to tylko niektórzy.

Teraz maraton to już nie jest coś, co jest za linią horyzontu. To rzeczywistość, którą trzeba przeżyć subiektywnie. By wiedzieć, co to znaczy ‘da się’. By wiedzieć, jak pachnie topiony asfalt, by czuć pot na plecach, by przepocić buty. By wiedzieć, że ważne jest, by po kolejnym kroku postawić kolejny krok.

Nigdy więcej kurtyn wodnych, chyba że na mecie. Uważać z batonami. Poeksperymentować z żelami. Dalej biegać.

images/stories/2018/20180815_MaratonSolidarnosci/750_20180815_MojeZdjecieNaMecie.JPGimages/stories/2018/20180815_MaratonSolidarnosci/750_IMG_1105_MojNrStartowy.JPG

W tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy postanowili mi kibicować. Przede wszystkim tym z Was, którzy pojawili się na trasie. Na samym starcie był Adam, który zamienił ze mną kilka słów i potem towarzyszył mi jeszcze na kilku pierwszych kilometrach. W Oliwie pomachali mi rodzice. We Wrzeszczu wypatrzyłem Sylwię, która towarzyszyła mi coś od 25 km aż do mety. Eli, która nakręciła filmiki i pojawiła się za metą. I Leszkowi, który towarzyszył mi przez kilka km na Hallera i pojawił się także za metą. Dziękuję też wszystkim tym, którzy przysłali mi sms-y wsparcia lub zwyczajnie tego dnia życzyli mi powodzenia.

Jak to zrobić, by chociaż niektórymi doświadczeniami można było podzielić się z innymi? Maraton to taka podróż z samym sobą, o własnym napędzie, na dystansie 42 km. Jak każda podróż, jest spotkaniem z własnym egoizmem. W czasie, gdy inni coś dla innych, ty dla siebie drepczesz. Ze świadomością, że to tylko twoje, subiektywne, niepodzielne doświadczenie. Marzenie, które spełniasz sam. Bo pewnych doświadczeń nie da się przenieść. Albo przeżyjesz je sam, albo nie… Skoro dotarłeś do aż tego miejsca: zrób to.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież