Skończyłem studia podyplomowe pt. 'Sterowniki programowalne i systemy wizualizacji' prowadzone w weekendy na Akademii Morskiej  (AM) 2009 / 2010, czyli dwusemestralne. Skończyłem i bardzo sobie chwalę. Tematem były nie tylko same PLC, czyli, ang. Programmable Logic Controllers, programowalne sterowniki logiczne, ale także systemy wizualizacji oraz wymiana informacji pomiędzy sterownikami poprzez sieci.

 

Trudno powiedzieć, czego się spodziewałem. Po 5 letnich technicznych studiach magisterskich na Politechnice Gdańskiej (PG), wydział ETI, specjalność Automatyka i Robotyka, chciałem pogłębić swoją wiedzę z zakresu PLC oraz przypomnieć sobie, jak to jest na studiach. Gdy byłem na 5 roku mieliśmy chyba 3 zajęcia (w sumie 6 godzin?) ze sterownikami logicznymi produkcji polskiej. Był to wytwór rodzimej myśli technicznej, zresztą absolwentów wydziału. Wtedy zaledwie liznąłem temat, ale wydawał mi się właściwym, ciekawym kierunkiem, bo za pomocą stosunkowo prostych środków technicznych można było uzyskać całkiem sympatyczne efekty, jak sterowanie windą.

 

 

Po studiach trafiłem do pracy do dużej fabryki, w której za główną zasadę przyjmowano, by wszystkie powtarzalne procesy, a więc  całą produkcję powierzyć 'automatom', jak nazywano sterowniki logiczne. Były ich dziesiątki, zajmowały całe szafy w rozdzielniach elektrycznych. Tak było taniej, czytaj takie podejście wymagało stosunkowo najmniej ingerencji ze strony człowieka. Występował natomiast inny problem: co hala, to inna generacja sterowników, względnie inny producent. W efekcie wszystko to razem słabo ze sobą rozmawiało, a ponadto generowało spore koszty materiałowo-magazynowe, bo w zapasie trzeba było mieć nie moduły jednego producenta, ale kilku.

 

W kolejnej pracy znowu zetknąłem się ze sterownikami logicznymi, tym razem jako programista i twórca aplikacji, a nie tylko bierny użytkownik. Były to małe, ale bardzo sympatyczne sterowniki Unitronics, do dzisiaj zresztą z powodzeniem produkowane i oferowane na naszym rynku. Pierwsza aplikacja, pierwszy stres przy wdrażaniu tego rozwiązania w życie.

 

Szybko się okazało, że AM różni się od PG... prawie wszystkim. Zaczynając od czystych ścian i korytarzy, odnowionych ubikacji, czystych, nowocześnie wyposażonych laboratoriów, skończywszy na wyposażeniu sal wykładowych. Mam nadzieję, że od czasu, gdy skończyłem studia na PG, tam też się poprawiło, ale wspomnienia mam nieciekawe, pełne odłążącego linoleum, niedomykających się okien i siermiężnych krzeseł. Sterowników logicznych było coś na PG z 5, a tu proszę: przedstawiciele kilku największych producentów, bo i Mitsubishi i Siemens, i inni, mniejsi gracze. Na PG w ogóle nie było paneli wizualizacyjnych, czy oprogramowania SCADA, na AM było. Na PG nie było w ogóle możliwości zestawienia sieci między sterownikami. Na AM tak. Itd. itp. Wniosek: przepaść jakościowa.

 

Podobna przepaść na niekorzyść PG na etapie przekazywania wiedzy. Dostałem na prawdę dużo materiałów, tak do wykładów, jak i do ćwiczeń. Wiedza była przekazywana w tempie dopasowanej do możliwości percepcyjnych słuchaczy m.in. dzięki temu, że wykładowca rozwiązywał problemy na tablicy, bez skrótów myślowych, co na PG było regułą. Najważniejszą różnicą było jednak ukierunkowanie na praktyczne opanowanie umiejętności. Tego właśnie oczekiwałem po studiach podyplomowych. Mam wrażenie, że studia dzienne na PG służyły przede wszystkim pokazaniu złożoności tego świata i możliwości opanowania niewielkiego jego wycinka, a narzędziem ku temu była głównie lienaryzacja, co pozwalało na zastosowanie dosyć prostego instrumentarium matematyki systemów liniowych. Pozwoliło mi to opuścić mury politechniki z przeświadczeniem o nic niewartym bycie przeciętnego inżyniera i nieskończenie skomplikowanym świecie rzeczywistych problemów. Taką wizję uważam osobiście za niezdrową, bo nie pozwala praktycznie rozwiązać żadnego problemu. Co z tego, że wiem dużo z teorii, jak nie potrafię podłączyć nawet czujnika?!

 

Przykład z życia wzięty, to pytanie ze strony wujka:

- Czego ty się na tych studiach nauczyłeś? Co to były za studia?

- Automatyka i robotyka wujku - odpowiedziałem grzecznie.

- A... automatyka. A pralkę automatyczną umiałbyś mi naprawić? - pyta dalej wujek.

- No nie... - odpowiadam zgodnie z prawdą.

 

Bo faktycznie, przez 5 lat studiów nie dotknęliśmy rzeczywistości nawet na tyle, bym mógł pokusić się rozwiązania tak podstawowego problemu. Dzisiaj oczekiwałbym, że na pierwszym semestrze, wraz ze wskazówkami, jak dotrzeć do dziekanatu, dostanę zdjęcie pralki i po 5 latach studiów podczas egzaminu magisterskiego zostanę odpytany tak z modelu stanowego tejże pralki, jak i ze sposobu jej działania. Co mi z tego, że miałem w tzw. toku studiów podstawy mechaniki, hydrauliki, czy wiedzy o elektryczności, skoro pralka jest mi nadal zagadką...

 

Ale coś się jednak zmienia, bo kolega student PG, ale innego wydziału (EiA) opowiedział, że wyjmowali z samochodu rózne podzespoły i ich zadaniem było opowiedzieć, do czego służą, jakie zbierają sygnały itd. Może więc za n lat i student wydziału ETI nabędzie chociaż pojęcia o otaczającym go świecie...

 

Problem z w zasadzie każdymi studiami polega na tym, że nie bardzo wiadomo, czego się na nich dowiem. Brak punktu odniesienia, porównania. W przypadku studiów na AM było podobnie. Nie uczestniczyłem w szkoleniach ze sterowników logicznych organizowanych przez Siemensa lub firmy z nim kooperujące. Takie szkolenia odbywają się w Gliwicach. Są drogie, ale intensywne. Słyszałem same pochlebne oceny. Niestety nie wziąłem w żadnym z nich udziału, więc ciężko mi coś porównać. A bez porównania pozostaje tylko subiektywna ocena. Swoją ocenę studiów na AM opieram więc, chcąc nie chcąc, na porównaniu z PG.

 

Odbiegłem nieco. Wracając do AM, jedną z rzeczy, których mi zdecydowanie zabrakło na tych zajęciach, było znowu opanowanie jakiegoś wybranego, rzeczywistego problemu technicznego od podstaw. Czyli na przykład stoi silnik elektryczny, a ja muszę do niego dobrać czy to przetwornicę, czy to styczniki, następnie podłączyć sygnały do odpowiednich modułów rozproszonych wejść-wyjść, a te do wejść-wyjść sterownika, a następnie opracować automat stanów i wreszcie napisać program i go przetestować. Oczywiście takie podejście jest dosyć kosztowne dla uczelni, bo wymaga zgromadzenia wspomnianych elementów wejść-wyjść, kabelków, śrubokrętów i całej tej nielubianej przecież materii. Bo znacznie prościej jest posadzić studenta na krześle przed klawiaturą i kazać mu stukać w klawisze i patrzeć się co najwyżej na kolorowe lampki. Niemniej nie tak wygląda praktyka inżyniera, który do dyspozycji dostaje katalog i nr telefonu do przedstawiciela handlowego danego producenta automatyki przemysłowej. Albo młody inżynier przyswoi sobie w szybkim tempie zasady panujące w katalogu i ogarnie temat, albo nie. Niestety, AM poszło utartym torem. Wszystko już było pomontowane, dopasowane, z opisanymi guzikami. A szkoda. Dla zmniejszenia negatywnego efektu dodam, że rozwiązywaliśmy starannie dobrane przykłady 'z życia', jak na przykład sterowanie bramą garażową, czy sterowanie silnikami. Tyle, że wszystko już było ładnie poskładane. Wystarczyło wetknąć wtyczkę 230 V do gniazdka i nacisnąć przycisk 'Start'. Nie tak jest w życiu panowie, nie tak...

 

Pewien bałagan organizacyjny był widoczny i na AM. Zrzucam go jednak na karb panującego ustroju, czyli pseudokapitalizmu polskiego pomieszanego z niejawnym socjalizmem unijnym. Nadal nie liczy się człowiek, natomiast zaczynają się liczyć pieniądze. Pieniądze idą za studiami podyplomowymi: daje je Unia Europejska za realizację założonego programu nauczania. Wobec tego zorganizowano studia, natomiast nie pomyślano o takich szczegółach, jak rezerwacja sal wykładowych, czy zapewnienie na parkingu miejsca na samochód studenta. Były więc 'nieoczekiwane zmiany miejsc', bo przyszedł na wykład profesor i przepędził doktora. Nie było też możliwe poznanie pełnego planu zajęć. Był on generowany w miarę sił i potrzeb, co najwyżej z 3 tygodniowym wyprzedzeniem. Nic to.

 

Kolejny zarzut. Tam, gdzie zdarzyło mi się oglądać prawdziwą automatykę, sterowniki logiczne często gęsto były wykorzystywane do sterowania silnikami prądu zmiennego za pośrednictwem falowników. Sterownik wysyłał rozkazy do falownika, a ten je interpretował i wykonywał, dostarczając w ramach sprzężenia zwrotnego informacji o stanie pracy tak swoim jak i napędu. Niestety nie dane nam było spotkać takiej konfiguracji na tych studiach. Ograniczenia organizacyjne, finansowe, nie takie okoliczności, w każdym razie nie. A szkoda. Prawdę mówiąc o niemocy nie chcę słuchać, nie interesuje mnie już.

 

Za dużo w materiale było wszelakich protokołół sieciowych o bardzo ograniczonych zastosowaniach. Akurat w tym temacie wystarczyłby systematyczny wykład, na którym dowiedzielibyśmy się więcej tak o samym interfejsie: co to jest, z czego się składa, dalej jakie są jego odmiany. Potem nieco słowa mówionego o protokołach. A następnie wycinek przedstawionego podczas wykładu świata, z naciskiem na rozwiązania rzeczywiście stosowane, czyli z jednej strony drogie, skomplikowane protokoły oparte na trzech drutach, gwarantujące 'czas rzeczywisty', z drugiej strony znany z domu Ethernet, szybki, ale nic nie gwarantujący, za to tani i prosty w implementacji. Niestety zabrakło praktycznego otarcia się chociaż o protokół CAN, a jest on wykorzystywany powszechnie nie bez powodu. Był natomiast ProfiBUS. Chwała. Za dużo było natomiast protokołów własnościowych. Zamkniętych, stosowanych do jednego właściwie celu.

 

Generalnie wizja producentów sterowników logicznych nie jest zbyt przyjazna dla użytkownika. Jest to klasyczne przywiązywanie na siłę do swoich rozwiązań użytkownika. Brak kompatybilności pomiędzy rozwiązaniami automatyki przemysłowej różnych producentów zaczyna się bowiem już na wtyczkach, a idzie dalej przez moduły, protokoły, magistrale, języki programowania... Mało otwarty świat. Nie zbudowano jednak jak na razie lepszego. W efekcie bardziej opłaca się zainwestować w kolejne szkolenia, niż zmienić już istniejący system sterowania. I tym trudniej przekazać rzetelnie wiedzę z zakresu sterowników logicznych. Bierze się to, co daje konkretny producent, a nie to, co w jakimś sensie jest najlepsze.

 

Pierwszy z brzegu przykład, to symulatory sterowników logicznych. Niby wszystko jest jasne, każdy wie, o co chodzi w sterownikach logicznych, ale do dzisiaj nie można w Internecie znaleźć porządnego, działającego symulatora sterownika logicznego. Są jakieś nieśmiałe próby, ale przeważnie są to programy niedokończone o bardzo ograniczonej funkcjonalności. Przez studentów dla studentów. Symulatory znakomicie uprościłyby proces nauki, ale także przygotowania oprogramowania aplikacyjnego. Ułatwienie tego procesu nie leży jednak w interesie producentów sterowników, którzy żyją przecież ze sprzętu. Brak symulatora wymusza konieczność siedzenia przy prawdziwym sprzęcie, który można sprzedać... Bez komentarza.

 

Za mało i zbyt chaotycznie było też o nastawianiu PID-ów. Tu zabrakło rzetelności. Przykłady były źle dobrane, a materiał niedostatecznie skoncentrowany. Zabrakło jakiegoś fajnego obiektu, którym można by sympatycznie posterować za pomocą sterownika PID. Owszem, zadanie nie jest proste, ale student wymaga. Temat PID-ów został przerzucony na asystentów, którzy go nie udźwignęli.

 

Sposób rekrutacji na studia. No cóż, temat przykry. Zaledwie 20 miejsc zostało obsadzonych na zasadzie 'kto pierwszy, ten lepszy'. Decydowała kolejność złożenia papierów w dziekanacie. Słabo, słabo. Żadnych kryteriów, typu wiek, doświadczenie zawodowe, realne potrzeby podniesienia kwalifikacji. Studia były słabo rozreklamowane. Ja na przykład dowiedziałem się o nich przez przypadek. W konsekwencji znakomita większość słuchaczy była absolwentami AM i nomen omen studentami pana Kamińskiego.

 

Ponieważ studia były darmowe, więc trudno było egzekwować od wolontariusza wiedzę. Ale z drugiej strony studenci odwdzięczali się wysoką frekwencją, a zaryzykuję też stwierdzenie, że ich aktywność oraz świadomość była znacznie wyższa od studentów studiów dziennych. Wykładowca miał w planach obciążanie słuchaczy dodatkowymi pracami domowymi. Cóż, ze swojej perspektywy muszę przyznać, że bardzo mi ten pomysł nie pasował. Prowadzę w wolnym czasie projekt informatyczny i doskonale wiem, jak bardzo się nie chce po 8, a bywa w moim przypadku często, że po 10 godzinach, żeby jeszcze nagle się przestawić i wieczorami skupiać nad innymi zagadnieniami. Czasami prawie boli. Do tego studia pochłaniały co drugi weekend, a przecież żyje się tylko w weekendy. Nie, zdecydowanie nie. Prace domowe to nieporozumienie.

 

Ważna staje się też filozofia. 'Myślmy globalnie, działajmy lokalnie'. Trochę zabrakło mi 'złotych myśli'. Przykładowo: jeżeli mamy już dwa systemy automatyki, z własnymi bazami danych, własnymi protokołami, oba dosyć mocno wyspecjalizowane, ale jeden z nich jest duży, a drugi w porównaniu z nim znacznie mniejszy. Mamy je połączyć. Jak będzie lepiej: zmienić ten mniejszy tak, by korzystał z protokołu tego większego i rozbudować bazę danych tego dużego tak, by pomieścił informacje gromadzone w bazie tego mniejszego? Dzisiaj już znam odpowiedzi na takie pytania, ale chciałbym je usłyszeć też od wykładowców. Odpowiedź na to konkretne pytanie może zaskakiwać: nie integrujemy tych dwóch systemów. Budujemy wtyczki, które tłumaczą informacje pomiędzy obydwoma systemami i to ściśle określony zasób informacji, a nie wszystko, jak leci.

 

A co z plusów? Załapałem podstawy logiki i dobrze odświeżyłem sobie temat. Tu było blisko ideału. Mi osobiście zabrakło części motywacyjnej przekazywanej już na wstępie. Najpierw wolałbym usłyszeć po co w ogóle są np. przekaźniki zwłoczne, potem ogólne informacje na temat tego, które parametry możemy zmieniać, a na końcu klasyfikacja. Ciągnąc temat przekaźników zwłocznych, sprawa sprowadza się do trzech kresek: dwóch pionowych i jednej poziomej. Głównie możemy przesuwać kreski pionowe, itd. itp. Czasami było trochę 'sucho'. Uczciwie podkreślam, że część motywacyjna zawsze była, ale najczęściej na końcu, co mi akurat nie odpowiadało.

 

Udało się pokazać 'skalę świata'. Z jednej strony dłubaliśmy przy sterowniku, który na końcu kabelka zapalał umowną lampkę, ale z drugiej strony był wykład o dużych systemach SCADA. Może źle się wyraziłem: największych systemach, tak dużych, że kończyła się technika. Ogromne bazy danych, megabajty informacji. Wszystko trafiające tam, gdzie trzeba. Do tego elastyczne systemy raportowania, pełna statystyka. Nie zabrakło też informacji 'ze świata' pokazujących, ile sterowników pracuje w przeciętnej fabryce, ile zajmuje przygotowanie oprogramowania. Dla mnie było tych informacji jeszcze nieco za mało, ale poczułem smak. Kiedyś wyobrażałem sobie, że inżynier przede wszystkim planuje i rozwiązuje problemy nietypowe, bo od zadań typowych i całej 'czarnej roboty' ma techników, względnie młodszych inżynierów. Nie w tym kraju. Jeszcze nie i jeszcze nie wszędzie, bo i to zaczyna się zmieniać. Z powodów ekonomicznych niestety, ale jednak.

 

Studia były ukierunkowane na przekazanie podstaw z programowania i podstaw z logiki automatów stanu. Dużo przykładów, większość była przerabiana praktycznie w trakcie laboratoriów. Proporcje pomiędzy wykładem a laboratorium osiągnęły 1:1. Wielki plus. Cóż jednak z tego, skoro nadal zakłada się, że co drugi inżynier nauczy się przez indukcję? Moim zdaniem nic nie zastąpi samodzielnej pracy z techniką. Nie wystarczy się przyglądać, nawet z bliska. Dopiero osobisty kontakt, z zaangażowaniem psychomotorycznym, że tak się wyrażę, uczy. Tymczasem laboratoria odbywały się w grupach, dwuosobowych, ale jednak grupach. Ponieważ za studia nie płaciłem, więc z tego powodu nie utyskiwałem. Nie wyobrażam sobie jednak sytuacji, w której miałbym płacić, a nie miałbym do dyspozycji indywidualnego stanowiska.

 

Na każdym laboratorium był dostęp do drukarki. W dowolnym momencie można było sobie wydrukować efekty swojej pracy. Wygodnie i sprawnie. W ten prosty sposób zgromadziłem spore archiwum, dzięki któremu będę mógł w miarę szybko do już przerobionego materiału. Trudność przerabianych przykładów rosła stopniowo, co bardzo mi się podobało. Nie były pomijane przykłady trywialne. Nie wiem, może to tylko moje odczucie, ale na PG często przychodziło mi rozwiązywać zadania bardzo trudne i skomplikowane, co bez stosownego wstępu mocno zniechęcało.

 

Zdecydowanie największą zaletą tych studiów była postać i osobowość autora programu nauczania, dyrygenta i orkiestrę w jednej osobie, czyli dr Krzysztofa Kamińskiego. Rzetelnie przekazywana wiedza, ciekawe przykłady, urozmaicony program zajęć. Już po pierwszych zajęciach było dla mnie jasne, że dobrze wykorzystam ten czas tylko dlatego, że trafiłem na właśnie tego wykładowcę. Przy przekazywaniu wiedzy niezwykle ważna jest ten zespół trudnych do zdefiniowania cech, który zwykło się nazywać charyzmą. Profesjonalizm, ale i poczucie humoru. Myślę że nie tylko ja czułem potrzebę komunikacji pomiędzy wykładowcą a studentem, potrzebę zrozumienia, zaciekawienia, zainteresowania. Mi chciało się pracować, chciało się przychodzić. Pomimo weekendów i wczesnej nieraz pory. Bo to, co słyszałem, miało sens. Uczył mnie człowiek, nie postać anonimowa, łatwa do zastąpienia. To nie były wykłady 'gadającej głowy', tylko wiedza podawana w sposób przemyślany. Na PG różnie się mówiło o wykładowcach, ale najczęściej przeważały opinie, że ci, którzy coś potrafili albo zwyczajnie radzili sobie w życiu, już dawno opuścili jej mury. Albo założyli firmy, albo pracują na uczelniach zagranicznych. Na miejscu pozostały miernoty, nieudacznicy i lenie, budujący wokół siebie nieprzenikalną otoczkę. Rzeczywiście, spośród tych, co wyjechali, wracali nieliczni. Potrafię ich policzyć na palcach jednej ręki. Byli to pasjonaci, lub, jak mówił jeden z nich, hobbyści. Prawdziwi naukowcy, zgłębiający wiedzę. Kimś takim jest właśnie pan Kamiński. Panie doktorze, dziękuję za poświęcony mi czas.

 

Studenci studiów podyplomowych to temat sam w sobie. Ludzie wolni, którzy wybrali studia świadomie i dobrowolnie. W efekcie wysokie morale, dociekliwość. Niestety, nie powstały żadne więzi. Z jednej strony nie zależało na tym uczelni. Najwyraźniej do uczelni jeszcze nie dotarło hasło 'społeczność'. Co prawda nadal nie bardzo wiadomo, jaka w tym słowie tkwi wartość, niemniej akcje portali społecznościowych, z najbardziej znanym Facebookiem na czele, nadal zwyżkują. Wydaje się, że utrzymywanie więzi z praktykującymi inżynierami umożliwia przynajmniej weryfikację przydatności wiedzy przekazywanej im w okresie studiów. Cóż, nadal nie w tym kraju. Z drugiej strony sami słuchacze nie czują żadnej potrzeby wymiany informacji między sobą. Jedyne pytanie, jakie dostałem, dotyczyło zrobionych przeze mnie na spotkaniu kończącym studia zdjęć. Bo też nikt oprócz mnie nie wpadł na to, by przynieść aparat... Na to, by wbić się w marynarkę, wpadli nieliczni. Ot, rzeczywistość polskiego inżyniera całe życie biegającego w wytartym swetrze, zakmniętego w sobie, gadającego do sobie podobnych w niezrozumiałym języku. Jak to mawia mój kolega, który liznął trochę świata, 'Ludzie po politechnice są jak czołgi. Nie potrafią się porozumiewać, nie tworzą grup, nie pracują razem'. Tak to jest w tym słowiańskim kraju, że nadal jesteśmy na etapie myśliwego indywidualisty. Rozwiąże problem sam, albo zginie. Żaden z szanownych kolegów nie zdobył się na przekazanie mi wizytówki, bo przypuszczalnie takiego wynalazku nie posiadał. Założyłem na jednym z portali społecznościowych stosowną grupę i rozesłałem zaproszenie do wszystkich słuchaczy. Przez rok nikt oprócz mnie do niej nie przystąpił. Nie dostałem przez ten rok od nikogo żadnej informacji. Nie było i nie ma integracji między ludźmi po uczelniach technicznych.

 

Słabo też było z punktualnością. Nie wiem skąd tolerancja dla spóźniania się. Nie rozumiem i nie chcę rozumieć, jak można 'zaspać' na przykład całą godzinę.

 

Skoro jesteśmy w Polsce, mówmy po polsku. Włączać, a nie 'włanczać'. Do znudzenia. Czy ktoś z nas ma w domu 'włanczniki'? Trzydzieści, a nie 'czydzieści'. Nie ma takiego słowa jak 'ijście'. Tczew, a nie 'czczew'. Polska język trudna język.

 

Podsumowując, otrzymałem jakość za rozsądną cenę. Studia podyplomowe w tej formule nie zostaną już prawdopodobnie nigdy powtórzone. Z jednej strony były zbyt obciążające dla pojedynczego wykładowcy, z drugiej strony osiągnięty został limit możliwości laboratorium i rezerw czasowych, jakimi dysponuje uczelnia realizująca równolegle program studiów dziennych oraz zaocznych. Wreszcie kończą się fundusze unijne, a warunki pozwalające z nich skorzystać dużej uczelni technicznej trudno uznać za szczególnie przyjazne. Dużo sprawozdawczości, ogromna zwłoka pomiędzy realizacja zobowiązania ze strony uczelni, a wypłatą środków unijnych.

Dodaj komentarz