'Tchu mi brak, tchu mi braknie', jak mówią słowa piosenki 'Pustki'. I tak ciągle, na codzień i w święta. Wreszcie, gdy nadchodzi czas względnego spokoju, gdy mogę usiąść, względnie się położyć, odsunąć zwyczajne natręctwa i pomyśleć o czymś, nachodzi mnie czasem ochota poszperania w sieci, poczytania, a nieraz nawet napisania czegoś o czymś. Okazuje się wtedy, że nie mam dostępu do komputera, jest już późno, a komputer stoi w innym pomieszczeniu, jestem na delegacji i znowu jest późno, albo jest wcześnie a ja jestem nadal na delegacji... Dlatego wreszcie zdecydowałem się kupić własnego notebooka.
 
Mam małe pojęcie na temat notebooków. Swoje wymagania umiałem wyrazić za pomocą dość rozmytych terminów w rodzaju 'cichy', 'cichy' oraz 'cichy', koniecznie z kartą 'wifi', ewentualnie z bluetooth, bez wskaźnika na środku ekranu, ale za to z 'touchpadem'. Z punktu widzenia oprogramowania wymaganie było tylko jedno: musi działać pod Linuxem, a w szczególności pod Kubuntu. Kropka.
 
Nie mając pojęcia co gdzie i jak poprosiłem o pomoc MM. Wsiedliśmy w sobotę do niezawodnej 'Hondziawy' i w drogę. MM postanowił odwiedzić 'na początek' kilka sklepów z używanymi notebookami. Te same egzemplarze trafiają na aukcje internetowe, więc taki rekonesans nie różni się specjalnie od oglądania notebooków na Allegro. Tyle, że notebooka warto zobaczyć, dotknąć, a przede wszystkim posłuchać.
 
Służbowo eksploatuję bardzo głośnego notebooka ARISTO 2600 (Model: D40ES). Wyróżniającą cechą tego modelu Aristo jest kobylasty zasilacz rozmiaru cegły wydzielający na zewnątrz ogromne ilości ciepła (DC INPUT: 20V / 5A). To doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że w przypadku małeWgo komputera, który znajduje się w zasadzie zaledwie niecały metr od głowy, fundamentalne znaczenie ma jego bezszmerowość.
 
Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy, mieści się w Gdyni Chyloni. Na wystawie aż gęsto od notebooków. MM odradza mi stare graty, które przykuły moją uwagę z racji bardzo przystępnej ceny. Idąc wzdłuż półki obserwowałem wzrastające ceny. Ponieważ maszyna ma działać bez problemu pod Linuxem, więc uwagę skupiłem na maszynach firmy IBM lub takich, które są wyposażone w podzespoły firmy Intel.
 
Po chwili na ladzie przede mną stał HP Compaq nc6120. Włączam, słucham, patrzę. Ma zainstalowaną MS Windę, bardzo bogate, jak dla mnie, wyposażenie zewnętrzne: port Fire Wire, RS232, czytnik kart pamięci SD, XD, 4 porty USB, port LPT, port PS/2, port video. Jest tak cichy, że w sklepie nie jestem w stanie prawie nic usłyszeć pomimo fizycznego kontaktu ucha z wybranymi miejscami na obudowie. Dobrze.
 
Czas wykonać testy kompatybilności z Linuxem. Wziąłem ze sobą do sklepu płytę z Kubuntu 7.10. Niestety płyta okazała się uszkodzona. System się nie ładował. Na szczęście jeden z pracowników sklepu miał na zapleczu dwie inne dystrybucje, w tym 'Damn Small Linux'. Do dzieła. Linux ładnie się przywitał, zaprezentował kolory, działającego touchpada. Niewiele, ale już coś.
 
No cóż, cena nie zachęca, ale stan zewnętrzny komputerka oraz bogate peryferia jak najbardziej. Przystępuję do negocjacji cenowych. Dostaję spory rabat w zamian za płatność gotówką. Pozostała już tylko wizyta w bankomacie, płatność i z notebookiem pod pachą oraz gwarancją w plecaku wychodzę ze sklepu.
 
Szybko to poszło. Nie minęła nawet godzina i oto jest. A imieniem jego będzie 'Gucek3'... 
 
Post scriptum. Po trzeciej awarii podświetlenia matrycy zwróciłem komputer. Dostałem pieniądze do ręki, w gótowce. Przetstrzegam przed modelem 'nc6120'. W internecie znalazłem nieco informacji, że właśnie dosyć często zawodzi matryca. Cóż więc z tego, że to maszyna marzeń, skoro nie można z niej korzystać...
 
Ku przestrodze innych podaję nr seryjne mojego egzemplarza. Może jeszcze kiedyś ktoś się na niego natknie:
s/n: HUB 6300Q0Y
p/n: PN936AV
 
Zasilacz:
3306257004
CT: 557C40CLL0JIEP
 
Dodaj komentarz