Nienawidzę świąt... Bo po cóż są święta?

 

Zapraszam do lektury!

 

W kulturze kapitalistycznej, a szczególnie w jej wersji dorobkiewiczowskiej, czytaj centralnosłowiańskiej, święto dopiero zaczyna być czysto cywilne, anonimowe i świeckie. Święto na ogół nie powstaje wskutek zakończenia ważnego etapu, na skutek konieczności skonsumowania emocji. Ne. Wiadomo wszak, że nasza kultura nakierowana jest na ciągłe dążenie do celu, a ich osiągnięcie nie powinno powodować satysfakcji czy innych uczuć pozytywnych, a raczej konieczność dalszego dążenia, wyznaczania kolejnych celów. Dalej, więcej, szybciej...

 

Święto jest więc wyznaczane biegiem czasu. Nie ważne, że akurat jest nam źle, nie mamy najmniejszych powodów do radości, a nawet wręcz przeciwnie. Teraz nadchodzi właśnie czas świętowania i teraz powinniśmy świętować! Dlaczego? Bo tak! Bo jest święta CZAS...

 

Kulminacją niejako tego absurdu jest święto powszechne, zwane Sylwestrem. Poświęcone w całej swej świeckości upływowi czasu, pozbawione jakichkolwiek głębszych konotacji. Zgrubnie powiązane z naturą, przypada w środku zimy, kiedy i tak nie ma za bardzo co robić. Po prostu wypada w kalendarzu. Nie bardzo też wiadomo, na czym obchody mają polegać. 'Świętowanie' przybiera więc formę robienia hałasu o nic, spożywania alkoholu i marznięcia w większych lub mniejszych grupach i drużynach.

 

Z nieznanych, kulturowo zapewne powodowanych przyczyn, sposób spędzenia sylwestra ma być wyznacznikiem naszych relacji z innymi ludźmi, ma świadczyć o naszej wrażliwości towarzyskiej, umiejętności odnajdowania się na tym świecie. Ma to też być niejako głębokie przeżycie, dzięki któremu będziemy mogli błysnąć w towarzystwie, a być może także 'coś' zapamiętać.

 

Z biegiem czasu, jak do każdej świeckiej tradycji, tak i do tej dorobiono całą otoczkę. Oto doszły postanowienia noworoczne, dołączyły życzenia składane w cztery oczy w tym szczególnym momencie, gdy naokoło hałas rozrywanych petard, na łepetynę sypie się konfetti, a bywa, że po prostu śnieg. Nie bardzo wiadomo, co powiedzieć i jak tu zbudować intymność. No zabawa.

 

Jej wyrazem jest też szczególny alkohol, którego nazwa przyjęła się od pewnej francuskiej krainy, czyli szampan. Pyskoskrętne, przeważnie cierpkie i niedobre, albo słodkie i niedobre, w kolorze moczu. Do tego skomplikowano znacznie proces wydobycia tego płynu z jego opakowania. Trzeba odbezpieczyć i huknąć w sposób wyrafinowany, by płyn nadmiernie się sam nie wydostał. Tę sztukę, niegdyś uprawianą przez dżentelmenów, dzisiejszy naród traktuje plebejsko. Szampan z tymi płynami z Francji wspólnego nie ma za wiele, a i dżentelmen to słowo zapomniane. Dość powiedzieć, że pija się to często w plastikowym kubeczku i smakuje okropnie.

 

Kobieta się nam uwrażliwi. Na tę właśnie okoliczność, pomimo że dnia poprzedniego snuła się po chałupie w mocno zwyczajnym dresiku, tą razą wbija się w kreację skitraną gdzieś w drugim rzędzie szafy, wydobywa buty, odsłania nogę czy też plecy. Na twarz nakłada żywe barwy, oko zaczyna błyszczeć, podobnież włos. Przymus jaki, czy co? Nie, to kalendarz i kultura wymagają. No i trzeba się zgromadzić. Bo tak we dwoje, to o czym potem opowiadać. Ale w grupie, cho cho, niezapomniane wrażenia. Ona w tę północ zimną będzie czekała na słowa, które być może przypomni sobie w ciepłym lipcu, gdy nie będzie jej coś pasować. Trafią jej te właśnie słowa życzeń wyjątkowo do głowy, gdzie się skojarzą i zareagują w jej tylko wiadomy sposób. Nic to, że język będzie ci się plątał. To na pewno ze wzruszenia.

 

Trudno więc powiedzieć, na czym polega 'niezapomniany' sylwester. Na pewno miejsce musi się wyróżniać. A więc nie balkon, a raczej szczyt góry. Względnie skraj pustyni. Jeżeli plaża, to w odległej krainie, czytaj nie koniecznie ciepłej. Do tego obecność chociaż w pobliżu, czegoś więcej, niż telewizor, czy partner. Życiowy wszak już codzienny.

 

Na ten jeden dzień zmieniają się nawet przepisy. Wolno hałasować w środku nocy, bawić się niebezpiecznymi mieszankami. Gromadzić się z alkoholem po ulicach, bramach i placach. Wtedy wolno. Zgromadźmy się natomiast w jakiś dzień spontanicznie... Jakby zapominano zbiorczo i indywidualnie, co to znaczy prawo. A prawo wszak to zapisane i uporządkowane zwyczaje.

 

Dlatego jak świętować, to na rozkaz. Nie, żebym sobie lubił postrzelać spontanicznie, na stół postawić flachę, zaprosić znajomych i bawić się w najlepsze. Nie, tak się przecież nie robi. Przecież nie można świętować 'bez powodu'. Co innego, gdy kalendarz, gdy zbiorczo. O tak, wtedy to co innego. Na pewno będę akurat wtedy miał nastrój. Bo spontanicznie nie... Skąd kulturowy przymus zabawy na znak kalendarza, pytam się...

 

Drugi rodzaj święta, znowu dyktowanego upływem czasu, to urodziny. Wynalazek nieobchodzony w całym kraju, bo w sporej części pierwszeństwo nad kalendarzem przyznano jednak imieniu, też ni z gruchy, ni z pietruchy. Zostawmy jednak przyczyny, skupmy się na samych urodzinach. Co tu świętować? Że udało się dożyć kolejnej wiosny? Że osobnik lub osobniczka nie postanowili sobie życia odebrać? Że pomimo wszystkiego w nich samych i tego wokoło dają jakoś radę? A czemuż by nie uściskać ich serdecznie z tego powodu po prostu któregoś dnia? O co chodzi? Czemu nie spontanicznie wręczyć kobiecie bukietu kwiatów, a do przyjaciela nie wtargnąć choćby z butelczyną? Na prawdę potrzebujemy dodatkowego bodźca? Nawet, gdy nie wypada on w dogodnym momencie? Nie ważne, czy będziemy mieli czas, czy nie będzie akurat do zrobienia czegoś bardziej użytecznego, czy pasującego do naszych gustów, nie. Przecież urodziny cioci Haliny są i bez nas ona nie da rady. Nasza bytność u niej wzniesie ją ku górze, ubogaci, pozwoli zapamiętać. O losie słodki... Jakaż odpowiedzialność i konieczność. No to raz, bo urodziny już jutro! Co też lubi ciocia Halina, który sklep jeszcze czynny, ile powinniśmy wydać, czy zapakować prezent? I cała ta kołomyja zamiast zbliżać i służyć radości, raczej stresu przydaje.

 

Do tego dochodzi facet dobiegający wiekiem. Trudno w pierwszych słowach pojąć, czego ów dobiega. Najwyraźniej upływ czasu mu nie służy i trosk przydaje. Na wszelki wypadek nazwano to syndromem i napisano na ten temat parę niewartych książek. Tymczasem osobnik męski najwyraźniej ma kłopoty z odnalezieniem się w kulturze naszej, nie cieszy się z upływu czasu, który stale mu przypomina o niespełnionym planie, powinności, małości, nieszczerości. Przecież z istnienia powinien się cieszyć, a tu co? Tort kupny, za stołem ciocia Halina, dzieci się spóźnią. Do banalnych życzeń dostaje kolejny krawat i może przez cały wieczór uda mu się coś burknąć. Potem zaraz straci łączność na skutek alkoholu, za to usta mu się wygną w ni to uśmiech, ni drwinę, ocenioną przez towarzystwo jako pozytywne doświadczenie solenizanta.

 

A bywa przecież, że urodziny do tego jeszcze zaraz po sylwestrze, bo dziecię męskie poczęto w czas kwietniowy...

 

Dlatego wolę przeżywać radość swojego bytu bez kalendarza. Cieszyć się z rzeczy prostych i darmowych, jak zachód słońca, tęcza czy twój uśmiech, piękno dzieła twojej dłoni,  nieprzyzwoite podobno zmęczenie. Bez świąt, ale za to spontanicznie. Bo jesteś... Chociaż nigdy tego nie potrafiłaś ogarnąć.

Dodaj komentarz