Będzie parę miesięcy, kiedy jechałem ostatni raz do pracy 'kolejką', czyli składem SKM. Dzisiaj tak się złożyło, że poczłapałem piechotą na peron. Listopadowy poranek, mrożona zgnilizna i półmrok. Automat wypluwa z siebie bilet. Powstrzymuję się kolejny raz od rzucania przekleństw na firmę psudokapitalistyczną, co nie potrafi uszanować podróżnego... Nadjeżdża i skład, projekt jeszcze przedwojenny. Sam skład chociaż odnawiany, już po trzydziestce. 'Pociągów będzie mniej, za to będą dłuższe' przypominam sobie ostatnią wiadomość do ludu wystosowaną przez marketing firmy przewozowej. No jest 'trochu' ścisk. Blisko mnie stoi kobieta, która pcha mi się od razu do głowy. Zaczynam studia poznawcze...

 

Na początek dostała punkty naturalne za barwę włosów. Wiadomo, to co na głowie naturalną biżuterią kobiety. I znowu plusy do charyzmy za brak grzywki, synonimu mężatki. Zamiast tego upięła co nad czołem na bok prostą spinką. Zatrzymałem się na tej spince, potem po czole i nad odsłonięte ucho... Z powrotem na spinkę. Hm... Często spinka jest jakaś wymyślna, przechodząca z przedmiotu użytkowego w biżuterię. Albo jest przemyślnie chowana. A tu włos prosty, spinka też. No dobra.

 

Rozluźnia się, mniej ludziów przez chwilę, to siadam. O proszę, siadła kolo mnie. Skromne, ale eleganckie rękawiczki. Ściąga. Zadbane dłonie. Aż niezwyczajne. Bo utarło się w mojej głowie, że kobiety w kraju tym odpuszczają sobie górne końcówki: a to każdy pazur innej długości, albo niedoskonałości maskowane plastikiem klejonym do końców palców, do tego oczojebnym istotnie. Ech... Tym bardziej kolejne punkty. Wstrzymuję się, by nie wykrzywić facjaty bezrozumnie, gdy z torby wyciąga... książkę. Do tego otwiera ją i zaczyna czytać. I nie na początku! Ideał się dosiadł do eskaemki? Przecież łatwo zrazić współczesną, której się wydaje, że ocieka zajebistością, pytaniem, jaką książkę czytała ostatnio.

 

Sumuję punkty, gryzdam w swoim kajeciku. Duża stacja. Wysiada ona, wysiadam ja. Już w samym wyjściu z przedziału rozdzieliła nas jakaś szara. Te włosy... Są na schodach. Przyspieszam, łapię ją za rękaw kurtki:

 

- Być może często słyszy pani te słowa, ale...

 

póki w żołądku pełno

nogi chcą nosić a oczy widzieć

myśli same się zmyślają

pamięć - obecna

ależ mój boże jest bezczelnie

bo chce się żyć - diabelnie


Gdańsk, 1997

 

tak kochać

tak patrzeć, żeby widzieć

tak czuć żeby przeżyć

tak pamiętać, żeby nie obrażać

tak myśleć, żeby było

dobrze

 

Gdańsk, 1997

wszystko będzie wspólne

nie będzie bogatych i bogatszych

przestaniecie się obawiać samotności

nie trzeba już będzie szukać sensu w sztuce

zaczniecie odnajdować prawdę

taką prostą, zwyczajną

zapytacie co to, a gdzie to

to cynizm

 

Gdańsk, 1997

takie bajoro, nawet dość rozległe, ale płytkie

głównie żaby, jakieś karasie, wylęgarnie komarów

wieczorkami snuły się takie jakieś opary

różnie ludzie gadają

o melioracji

dziołcha jakich mało, nawet Adamowi wpadła w oko

to dorobił chłopca smukłego w ogóle

miłość, przysięga wierności, te klimaty

potem noc, jakieś kuszenie, hormony

no a dalej na złość nie pamiętam...

klasycznie, jak po przepiciu


Gdańsk, 1997