Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

800_20111003_BrechtLeen_P1000103_v1

 

Październikowe ciepłe, słoneczne popołudnie. Wracam z wyprawy do serca Wysoczyzny Elbląskiej. Rower na dachu, ja w samochodzie. 'Siódemka', ale jak na razie luz. Właśnie minąłem centrum Nowego Dworu Gdańskiego. Dwie jezdnie w każdą stronę, sporo osób w związku z tym 'ciśnie'. Ja nie, bo na dachu rower. Nagle dostrzegam parę, która najwyraźniej próbuje złapać okazję. Lekko hamuję i zatrzymuję się akurat kilka metrów przed nimi. Mam mnóstwo miejsca, bo dzisiaj nikt do mnie nie dołączył, jeździłem na rowerze samotnie. Wkładają plecaki do środka. Dopiero gdy wsiedli i on odezwał się do mnie, zorientowałem się, że są obcokrajowcami. On nazywa się Brecht, ona Leen. Jak mi wyjaśnił jego imię po polsku może znaczyć 'śmiać się'. Ruszamy.

 

Właśnie jadą w podróż dookoła świata, o ile dobrze zrozumiałem. A przynajmniej wybierają się stopem do Azji. W pierwszej kolejności chcą dotrzeć do Moskwy. Tam wsiądą do pociągu i szlakiem transsyberyjskim chcą dojechać aż za Irkuck. Następnie przesiadka na inną linię, którą dojadą do Ułanbator. W razie, gdyby na miejscu było za zimno, spróbują 'przeskoczyć' do któregoś z krajów Azji Południowo-Wschodniej. To tak z grubsza ich plan na najbliższe miesiące. Kilka dni temu wyruszyli z rodzinnej Belgii i w zaledwie dwa dni znaleźli się między Elblągiem a Gdańskiem. Byli i w Wałczu, zdołali nawet obejrzeć Muzeum Ziemi Żuławskiej w Nowym Dworze. Pobieżna lektura mapy Polski przywiodła ich do wniosku, że Gdańsk jest większy od Elbląga, więc może warto go zobaczyć. I tu pojawiłem się ja.

 

Hm, ponieważ zbliżała się osiemnasta, w pierwszej kolejności postanowiłem zapytać o akomodację. Nie mieli żadnego pomysłu, ale przecież w Gdańsku na pewno są jakieś hostele. Na pewno? Przypomniałem sobie o jednym, w którym jednak nigdy nie byłem. Zaczęliśmy od wizyty w hotelu oliwskim, ale tu cena za pokój dwuosobowy była zbliżona do 50 Euro za dobę. No to hostel, na szczęście też w Oliwie: Wolna Chata. Pokój z bodajże 8 miejscami leżącymi, ze śniadaniem, 38 pln za dobę. Rozstajemy się wymieniając wszystkie możliwe współrzędne ludzi pozostających w kontakcie, czyli telefony, e-maile, adresy stron www... I już. Ja jadę w swoją stronę, oni zostali w hostelu.

 

A w głowie aż mi szumiało. Zaczynając od symbolicznego znaczenia spotkania ludzi w podróży, pojęć gościnności, otwartości chęci podzielenia się czymkolwiek, a kończąc na sprawach przyziemnych, by nie powiedzieć, że wręcz egzystencjalnych, jak konieczność zapewnienia schronienia, czy próba dogadania się z gośćmi, nawiązania tzw. porozumienia na poziomie podstawowym...

Była swego czasu w świecie rozwiniętym tendencja, by stawiać robota wszędzie tam, gdzie tylko się dało nim zastąpić człowieka. Bo robot nie męczy się, nie robi sobie przerw na papierosa. Ponadto jest powtarzalny, nie myli się. Co prawda kosztuje oszałamiające sumy, ale w dłuższej perspektywie czasu i przy stabilnym profilu produkcji jednak się zwraca. A gdyby jednak profil produkcji się zmienił, można i robota przestawić. Szybko podniosły się jednak głosy, że takie podejście jest złe z punktu widzenia społeczeństwa. Traci tak jednostka, jak i cała zbiorowość, nie mówiąc o idei humanitaryzmu. Bo praca jest człowiekowi potrzebna, by czuł się potrzebny, poza tym nic przecież człowieka nie zastąpi. Od lewicy, do Kościoła, że źle. (Ziew całą paszczą).

 

800_IMG_1032_MslonikJestWszedzie

Najwyższy człowiek z mslonikowej rodziny, czyli Szymon, nie odmówił sobie możliwości zazielenienia się w portalowej koszulce na Dniach Młodzieży 2011. Od razu obrósł innymi zielonymi ludzikami.

Hola España!

Niby jest ten Internet. Prawie wszędzie, jak przekonują operatorzy telefonii komórkowej. Informacja, masa informacji. Wygoda, bo kupić można co bądź, wystarczy poklikać. No właśnie. Czy na prawdę jest tak cudownie? Otóż nie. I nie wiem, czy to stachurowa 'tragiczna bylejakość' charakterystyczna dla kraju z kręgu słowiańszczyzny, czy zwyczajnie wszędzie na świecie jest tak... Bo weźmy takie sklepy internetowe. Niby towaru w bród, niby wybór ogromny, dostępność duża, atrakcyjne ceny i formy płatności, różnorakie warunki dostawy.

 

Celuję od czasu do czasu w damską bieliznę. Partnerka znosi prężnie moje kaprysy, a mnie wyobraźnia co rusz każe poszukiwać nowych rozwiązań. Wystarczy wpisać słowo 'bielizna', by poczciwy Wuj Google wyrzucił z siebie całą masę odnośników do sklepów i sklepików. Szukam wyzwań, podejścia nieszablonowego, łamiącego konwenanse na wysokości dajmy na to majtek, kobiecych oczywiście. I nie jest łatwo już od pierwszego wejrzenia. Po pierwsze zdjęcia. Na ogół biedne, w typowej dla Internetu rozdzielczości. Nie mówię już nawet o tym, że nie pozwalają rozpoznać faktury czy odcienia materiału, bo zdjęcie jest tylko jedno, tylko z czerwonymi majtkami, a ja się zastanawiam, jak wygląda "czarny". Nie można nawet przedmiotu zainteresowania obejrzeć z każdej strony. W przypadku rzeczonych majtek dla wzrokowca męskiego ważny jest tak przód, jak i tył. Postawiłbym nawet wyraźny znak równości pomiędzy obydwoma ujęciami. Tymczasem sprzedawca internetowy w przerażającej większości idzie na łatwiznę i wrzuca zdjęcia wprost z opakowań bielizny. A na opakowaniu miejsca nie ma za wiele, do tego rozdzielczość słaba i ujęcie najczęściej jednostronne. Słowem żenada.

20110419_WniosekPaszport

Argentyna wzywa, a niestety by tam wjechać, póki co trzeba mieć paszport. Wszystko jedno, jak bardzo jest to absurdalne, czy denerwujące, tak to już jest. Sieć powiązań pomiędzy organizacjami zwanymi państwami zmusza obywatela co jakiś czas, by stawić się w urzędzie, by zdobyć kolejną książeczkę, ważną do 10 lat, by dzięki temu przekroczyć granice. Oto ja, obywatel, staję kolejny raz przed urzędem. Zaczęło się, jak to w słowiańskim kraju...